Tag: Mark Lanegan

rezurekcja

Wielkanoc musi jaka nadciąga, bom wskrzesił chałkę. Pamiętam, jak dwa lata temu już, w piękne, aczkolwiek skażone nowym wiruskiem, wiosenne dni piekliśmy chałki. Pan od Państwa z Europy na K. wygrał. Trzeba to sprawiedliwie przyznać.

To już dwa lata. Wirusek nadal jest, ale nikt na świecie chyba sobie nim dupy nie zawraca.

Czekam cierpliwie, aż nasz (nie)rząd uprzejmie pozwoli nam ściągnąć te szmaty z buzi. Słyszałem, że od 1 kwietnia już niby ma być po tych obostrzeniach. Ale koleżanka coś mi doniosła, że od 1 maja. Eh!

No to mnie wzięło na placka. Zaglądam ja ci na blog Słodkokwaśnej i czytam, i wspominam. W przepisie kolega obiecywał, że sam nakręci filmik o zaplataniu warkocza. Hmm, 2 lata jak w buzię strzelił i nic. Co do przepisu samego, to też mam … ulepszenia. Można szybciej ugnieść.

Plan misterny sobie ułożyłem wczoraj. Ingrediencje nakupiłem i się czaję. Miałem wszystko naszykować w czwartek, żeby w piątek wstać w miarę normalnie i tylko upiec chałkę. Rozmawiałem nawet z samym Mącznym Miszczem – Wielkim Pe. Rzekł, że jeśli chcę się tak naszykować to ok, ale ciasto do zamrażalnika lub lodówki podszepnął mi włożyć. Hmm, nie da się. Za duże ciasto. Albo za mała lodówka.

Rano więc się zerwałem. Przed 6 i zaczynam modzić. Laps na blacie, ja, miska i jedziemy.

Poważyłem, dodałem, zaczyniłem (tzn. zrobiłem zaczyn). Jak sobie drożdże jadły i się pączkowały, to stwierdziłem, że przygotuję się na dalsze procedury. Do 260 gram szwedzkiej mąki dodałem 35 g cukru, jajko, 5 gr soli … i tu mnie motyla noga tknęło. To co sypałem 35 gram to nie był CUKIER! Żem zaklął szpetnie po wtóry raz i zacząłem odsypywać mąkę z solą. Nawet myśl taka rezolutna naszła, żeby wszystko w czorty wywalić i od nowa zacząć. Ale nie, szkoda mąki. Proceduję wściekły dalej. O mały włos, a zamiast zaczynu dałbym jogurt z bananem. Na głos się skarciłem i wziąłem w garść. Wszystko finalnie poszło gładko. Film z jutuba jak pani zaplata warkocze odtwarzałem w zwolnieniu x0,25. Szybko coś paniusia machała rączkami. Nie nadążałem w tempie rzeczywistym.

Nastąpiła dziś też rezurekcja mego piekarnika. Jakiś czas spory temu warzyłem zupę. Nie wiem jak to się stało, ale odcedzając warzywa i mięso, spora część tłustego płynu dostała się w między szybki w drzwiach piekarnika. Zakląłem bardzo nieładnie, bo oczywiście dostęp do tego międzyszybia żaden. Zacieki zaschły i zrobiły się bardzo brzydkie drzwiczki od piekarnika. Jak polerowałem później kuchnię, to świadomie odwracałem wzrok, jak na piekarnik miałem rzucić okiem, kiedy oplatałem kuchnię wzrokiem z dumy. Jak siedziałem na tronie przy otwartych drzwiach, to wstyd widziałem na wprost. Załamany byłem. Już nawet myślałem o zakupie nowego piekarnika. Serio. Tak mam. Jak Maciusiek coś do łba wbije, to nie ma zmiłuj.

I dziś mnie spotkało ogromne szczęście. Kolega przeglądał TikToka (albo tweetera? Nie, chyba tiktoka). Głośne to i głupkowate. Ale w pewnym momencie zobaczyłem jak jakiś chłop rozbiera piekarnik i czyści! Żem się podniecił, jak nigdy. Podbiegłem do pieca, nacisnąłem gdzie trzeba było, zdjąłem to plastikowe i … szybki się wyjęły! Złapałem za szmatę, za mopa parowego, za środek do odtłuszczania i zacząłem szorować. Ekstaza! Teraz sobie siedzę przed piekarnikiem, popijam drinka, palę fajkę i się patrzę jak sroka w gnat w czyściuteńkie drzwiczki (foto już po całym zabiegu zrobione)!

Po południu, po szopingu nadszedł czas relaksu. Się jakiś czas temu umówiłem na testowanie jedzenia u Sowy w Restauracji N31 przy ul. Nowogrodzkiej. Umordowany po szopingu jak pies zaszedłem i po prosiłem o piwo. Niestety mieli tylko małe, butelkowane z browaru Piaseczyńskiego … za … kacze pióro … trzydzieści-o-matko-boska-pięć złociszy. Ale kolega mądrze stwierdził – raz się żyje. Przekonał mnie. Wziąłem. Dobre było.

Oczywiście jak zwykle zamówiłem tatara i był zonk. Jakiś słonawy, bez smaku specjalnego. Ale ciekawym pomysłem były plasterki słoniny. Plastry tuńczyka obsmażone w sezamie jednak lepsze były.

Na główne się wahałem – zgodnie z sugestią Stefana, sąsiada z Santorini, chciałem wziąć oktopusa (zawsze oktopusa bierz [sic!]). U Pana Sowy mięczak serwowany jest z kalmarem i sałatką z fenkuła. Ale wolno pieczona goleń Yorkshire też krzyczała do mnie z karty „zjedz mnie! zjedz mnie!”. Zapytałem się pani kelnerki co mówi o obu daniach. Rzekła, że słyną z ośmiornicy i wysoko poprzeczkę w Warszawie zawiesili. Przekonała mnie. Ten sos rouille też osobliwy. Dobry oktopus.

Dostaliśmy kilka rzeczy gratis (tatar z tuńczyka na czipsie, mini deserek, łyżka lodu z marakują na oczyszczenie kubków smakowych po przystawce, kieliszeczek napitku na koniec), ale rachunek był z serii paragon strasznego strachu!

Mark Lanegan zmartwychwstał. Polskie Znaki wydało płytę, na którą zaprosiły różne osoby. I tam też jest Mark! Eh, co za głos, co za strata. RIP Mark Lanegan.

chuda środa

Jutro wiadomix co jest! Przyrzekam, że ani jednego nie wtranżolę! Rok temu byłem blisko, ale niestety na koniec dnia pękłem. Dałem nawet wpis, że łamiąca wiadomość. Najgorsze było to, że ten pączek wieczorem był już starawy, więc mała przyjemność.

Teraz tak myślę, że jak mam jednak zostać pokonany przez moją słabą silną wolę, to może od razu z rana ze 2 wsunąć? Przecie jak siebie znam, to znowu, robiąc kroki, jakaś cukiernia mnie złapie i zbałamuci!

W Carrefourze dziś ładne takie mieli. Kolorowe. Zapakowane w plastikowe pudełeczka o kolorze transparentnym, czyli moim ulubionym.

No tak teraz myślę, czy to dobry pomysł? Złamać się od razu z rana i zjeść pyszunie, świeże pączusie? Czy starać się nie złamać i znowu jakiegoś starucha przetrącić o 19? Dylematy.

Paluszki sobie się goją. Na jednym cięcie cały czas widać. Na drugim ta linia jakaś przerywana. Pani pielęgniarka mówiła, że nie będzie śladu. Czekamy.

Nadal nie czuję czubków palców. Jak dotykam, to jakby nie moje. Dziwne. Ale pani pielęgniarka mówiła, że tak może być, ale wszystko wróci do normy. Czekamy.

Trochę stopy pobolewają, ale chodzę sobie dzielnie. Żałuję tylko, że biegać nie mogę i grać z chłopakami w bada znowu. Na szczęście na siłkę mogę uczęszczać, więc jakiś tam ruch jest.

Siłownia zmieniona. Jest … inaczej. W końcu w szafkach są wieszaki zamontowane na stałe, więc nie wędrują i nie giną. Szatnia jest jakaś bardziej przestronna. Tylko znowu obsługa numerki rozdaje jakoś nieroztropnie. Non stop koło mnie ktoś się kręci. A dookoła pusto. Dziwne. Ostatnio akurat się ubierałem i jak zakładałem dres to musiałem skakać na jednej nodze, bo ktoś akurat wchodził z lewej, a ktoś wychodził z prawej. A skakać tez nie mogę.

Ciszej jest. (Chamska) muza już tak nie napie…ala jak na starej siłowni. Powierzchnia do ćwiczeń ze dwa razy większa. Na dole ciężary w dwóch salach, a na górze oddzielna część na aeroby i oddzielna na takie tam (na nogi, na ręce, piłki, maty). Fajnie, podoba mi się. Nie ma też napakowanych osób, co śmiertelnie poważnie traktują zajęcia. Nikt tu nie zapisuje w kajeciku, że właśnie podniósł coś z milion razy. Także Nowa Siłka vs Stara Siłka 10 – 1.

A ten jeden to za to, że jak dzieci wchodzą do szatni, to ani be, ani mee, ani kukuryku. Na starej siłce wszyscy mówili „cześć” na wejściu i wyjściu. No może nie wszyscy, ale z 95%. Na nowej siłce z 95% … nie mówi.

Wczoraj pani prof. ze Szczecina zasmuciła mnie wiadomością. Też pisałem na moim blogu o tym panu, że widziałem go nie raz, nie dwa. Ale więcej już nie.

Przyjaciel Kurta Cobaina, Layne Staley’a, Anthony’ego Bourdain’a. Courtney Love wyciągnęła mu pomocną dłoń, kiedy za mocno się zatracił w niedobre substancje. Ponoć rozważali amputację ręki, bo była zmasakrowana nakłuciami. Wokalista Screaming Trees. Miał przygodę z Queens of The Stone Age, z PJ Harvey, z Mad Season, UNKLE. Genialne płyty wraz z Isobel Cambell. Duet z Gregiem Dullim, jako The Gutter Twins. No i solowe płyty ze swoim bandem. Mocny, mroczny głos. Koniec. Szkoda.

 

gossip girls

Najpierw proszę włączyć teledysk, który jest na dole wpisu. Będzie przyjemniej. Dziękuję

 

Traktujesz mnie jak luźne drobne pieniążki brzęczące na dnie twojej torebki

I chyba nawet tego nie zauważasz, bo bujasz się po ulicy z tą poświatą świeczki urodzinowej.

W jasny dzień.

 

Mark Lanegan nie wpadł na szczyt moich podsumowań i nie chuchnął, nie dmuchnął i nie zdmuchnął z pierwszego miejsca Marillionowej „Mocy”.

Znowu mija rok, znowu podsumowań czas! Jak ten czas leci! Przecież prawie nie dalej, jak wczoraj pisałem o kończącym się 2011 roku! Nie wierzę!

Nagrałem sobie płytę z moimi piosenkami roku 2012. Weszło tego tyle, ile weszło. Na całym świecie rządzi Gotye z Kimbrą. Piosenka roku wszędzie oprócz Polski, Australii, Belgii i Holandii, bo w tych krajach „S.t.i.u.t.k.” zamieszało jeszcze pod koniec 2011 roku.

Co sobie nagrałem?

Marillion – Power

Angus i Julia Stone – Yellow Brick Road/Draw Your Swords

Mark Lanegan – St Louis Elegy/Grey goes Black/Gravedigger’s song

Gotye i Kimbra – Somebody That I Used to Know (w 2011 byli też wysoko wymienieni. Nieźle)

Anathema – Untouchable

Coma – Los Cebula i Krokodyle Łzy (dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień, przestań wyć – chodziło za mną cały rok)

Nosowska – Kto? – cóż za genialny tekst! Kto tak pięknie pisze-e piosenki-i? No, Kasia!

Karolina Kozak – Mimochodem

Pete Murray – Blue Sky Blue

Ellie Goulding – Lights (na ingaurację Euro2012 kolega-muzyczny-freak mi „tom paniom” zaprezentował i tak już zostało)

Pokazujesz światła, które powstrzymują mnie przed zamienieniem się w kamień. Zapalasz je, gdy jestem sama. A mówię sobie, że będę silna. I marzę gdy one odchodzą.

Ojej, to ja takiego wierszoklectwa słuchałem?

Dead Can Dance – Amnesia

Birdy – People Help the People – 13 stycznia sobie pomożemy

Seal – Wishing On a Star

 

I po płycie. Szkoda, że moje wszystko odtwarzające de-fał-de nie odtwarza mp3 z płyty. Zmieściłbym całą setkę. Daimondy też by się znalazły nań.

 

Patrzę sobie w niebo i widzę jak leci samolot.

 

Państwo z Europy na K już gdzieś na niebie. Wybrali sobie państwo na „Ha”. Nie żaden tam Honduras, czy HindoChiny, tylko naszą, europejską Ispanię.

Właśnie napisali es-em-esa, że we Frankurcie drinki piją. Heh, może i ja bym sobie piwko łyknął?

Pani Inżynier ze Szczecina też „packen machen” i się wybiera do Modlina na lot do Szkotlandii. Na szczęście Modlin jej zamknęli i z Okęcia frunie. Się dziewczyna zabawi na Sylwestra.

A ja? A mój Sylwester? No chyba zgodnie z tradycją w domu…znowu. Znowu choroba mną zawładnęła. Nic mi się nie chce. Dzwoniłem do muzycznego freaka, co by go uprzedzić, że mogę go absencją w poniedziałek uraczyć. A u nich też szpital. Szanowna małżonka chora jak nigdy. Dzieci też swoje przechodzą. No i kolega jakiś taki nie wyraźny. To zabawa byłaby przednia – herbatka z malinami albo z miodem. Tylko byśmy tęsknym wzrokiem patrzyli na balkon, nie widząc nas tam palących. Heh, do dupy ta końcówka roku znowu.

 

Patrzę na niebo i … coraz częściej myślę o Mieście. Przeklinam tego, kto wymyślił złotą myśl:

Jak raz zobaczysz Nowy Jork, to albo znienawidzisz albo pokochasz to Miasto.

 

A niech se łokieć poliże za te credo.

 

Sylwester w domu? No nic, przynajmniej kaca na drugi dzień nie będzie. Znowu obejrzę jakąś „Mocz przebojów” w TVP albo super sztuczna zabawę z Placu Konstytucji w Polsacie. Nawet Hey sobie ręce pobrudził, bo zapowiada się uczestnictwo mego ulubionego ensamble w tvp2. Kasa rządzi światem.

Filmów będę się bał oglądać, bo rok temu zobaczyłem „BodyGuarda” i niecałe półtora miesiąca później Whitney dołączyła do niebiańskiego chóru. Mam nadzieję, że do niebiańskiego, bo piekło to miała na ziemi. Ale każdy jest kowalem swego losu.

 

Nie chcę też pisać o planach wyjazdowych do Miasta, bom zasiurpryzować chciałbym Ulę. Ale muszę chyba się ujawnić, bo potrzebujemy łącznika w Mieście do zakupu 3 biletów na mecz NBA. Sami Lakersi zagrają. Tzn. nie sami, tylko sami we własnej osobie. Lubię ten zespół nadal, mimo, że koszykówką już się nie zapalam.

Pan K. kazał wynik meczu śledzić. O 16 naszego czasu Manchester United, najlepsza drużyna swiata, zaczyna grać. Ooops, już kwadrans grają.

Heh, West Bromwich się tak wystraszył, że sam sobie gola strzelił.

 

100 dolarów kosztują najtańsze bilety na mecz Los Anheles Lakers vs Brooklyn Nets. A ponoć i tak nie można ich kupić. I tu właśnie przydałaby się pomoc naszej koleżanki Urszuli. Może kogoś zna, a może ten ktoś kogoś zna, kto zna, kto wie, jak kupić bilety? To chyba wypadałoby się zapowiedzieć z nalotem?

Na Broadway bilety też niczego sobie. No kosztowny będzie to wyjazd.

 

Co do dalszych wyjazdów, to planujemy, z naciskiem na wyraz „planujemy” wyskoczyć 26 grudnia 2013 do nowej Zelandii i Australii, czyli Down Under. Nie zapomnieć wyrobić nowego paszportu, nie zapomnieć wyrobić nowego paszportu, nie zapomnieć … bo nie wpuszczą!

Polecieć na koniec świata i się wrócić, to dopiero byłaby … głupota (?)

Dziś się na Onecie zaczęli podniecać niby od niechcenia nagranym coverem w wykonaniu Dody. Ponoć na próbie pani wzięła się za hit disco-dance „Titanium”. Niby przypadkowe wykonanie, niby na próbie, a wyszedł z tego zgrabny teledysk. Powiem tak, Doda według mnie ma świetny głos. I nic więcej dobrego nie mogę o niej powiedzieć. Śpiewa jakiś badziew dla nastolatek. Ten cover też niestety słabo jej wyszedł. Mam wrażenie, że nie rozumie tego co śpiewa. Ale kierunek dobry. Fajna, rockowa pioseneczka.

 

Co jeszcze o tym roku 2013? 37 liczbą tą będzie. A czy 36 było szczęśliwe? Nie wiem. Kompletnie sobie tym głowy nie zawracałem. Ale 37? No taka to pierwsza liczba, może wygram w totka?

A co na 36. miejscu w USA w piosenkach roku? Maroon 5 i Christina Aguilera „ Moves Like Jagger”. No ruchy jak Mick Jagger mam. Choć to się sprawdziło.

 

Kto piorunom ostrzy groty? Kto z impetem nimi miota?

 

A sprawdźmy los dla pani inżynier ze Szczecina. Nie będę głośno wytykał wieku, ale kto na 42. miejscu w podsumowaniu roku 2012 na jej ulubionej liście Trójkowej? T’Love i „Lucy Phere”. Się dziewczyna ucieszy.

 

Wspominając Ti laf, wymienię najgorsze upiory tego roku.

T’Love Lucy Phere, cokolwiek Luxtorpedy, Czeski badziew (jakbyśmy nie mieli polskich artystów do promowania), cokolwiek Piotra Bukartyka, i pewnie wiele innych.

 

Z książek – bezapelacyjnie rządzą „Poniedziałkowe Dzieci” Patti Smith. Niestety muzycznie pani Patti nie załapała się wysoko u mnie.

 

Sporo koncertów widziałem w 2012 roku. dEUS, Mark Lanegan, Diana Krall, Marillion. Hm, chyba jedna nie sporo. Nic ciekawego nie było. Dałem sobie spokój z Madonną, Coldplayem. A w przyszłym roku odpuszczam Depeche Mode. Mam traumę po występie na Legii w 2006 roku. Gdyby Marillion nie był Marillionem, to bym powiedział, że trafił mi się jeden koszmarny występ. Ale jako, że Marillion to Marillion, więc wiele wybaczam. Ale kolejnym razem zastanowię się 100 razy czy pójść znowu. Taki mnie sentyment ujął po występie Anglików w Stodole, że od razu kupiłem sobie ich koncert z Bostonu. Panowie po raz pierwszy od lat zawitali za oceanem. Podesłałem link do kolegi ze Szwajcarii, który już kilka razy krzyżyk na zespół postawił ale był skory posłuchać, bo płyta go zainteresowała.

Co napisał kolega w podziękowaniu za darmowy link do występu live naszego bandu”

Przecież się tego kurwa nie da słuchać. Wyłączyłem w trzecim kawałku.

 

Tak jak powiedziałem, kolega już kilkukrotnie krzyżyk na zespół postawił. I teraz chyba już definitywnie. Ja nadal ich cenie i słucham. Ale na koncert nie wiem czy znowu pójdę.

 

 

Dziś pan K. opowiedział o swojej wizycie w Lidlu. Bo ja tyle o tym sklepie mówię. Rozczarował się. Więcej tam nie wróci. Eh, łza na rzęsie mnie się trzęsie. Mój pierwszy raz też mnie rozczarował. Wleciałem jak głupi do sklepu. Przeleciałem wszystkie półki i stwierdziłem – nic tu nie ma. Ale dałem druga szansę i wszystko się odmieniło. Dziś też wstałem o 5:10 i pierwsze co zrobiłem, to sprawdziłem, o której otwierają. Niby nic nie potrzebowałem ale znowu z pełną torbą wyszedłem.

Zrobiłem kotlety zmielone z małym dodatkiem. Jako, że łosoś nie wyglądał świeżo, postanowiłem otwarty ser z lodówki dorzucić do mięsa. Do tego doszły zmiażdżone czerwone fasolki z puszki. Oczywiście nie mogę zapomnieć o sosie rybnym, zamiast soli, której nie używam.

4 białe śmierci:

– sól

– cukier

– mąka

– lekarz pierwszego kontaktu – to chyba po tej aferze z łowcami skór w Łodzi

 

Kotlety wyszły dobre. Do tego moja ulubiona surówka z białej rzodkiewki. Nie wiem czemu nie mogę nigdy osiągnąć smaku tych dań mojej mamy. U niej zawsze kotlety zmielone i surówka z białej rzodkiewki smakują jak niebo w gębie. A mnie wyszły po prostu dobre.

 

Wstałem o 5:10 nie po to, by pojechać do Lidla. Aż tak źle ze mną nie jest. Po prostu obudził mnie mój natarczywy, nieznośny kaszel. Przypomina mi się wyjazd z czasów studenckich do Suwałk. Ula wtedy też kaszlała jak opętana. Dopiero dziś pochodziłem w jej butach. No cholerstwo straszne. Aż mam wrażenie, ze za chwilę gardło zdrapię.

 

Pokaszlałem się więc po Lidlu i w drodze powrotnej zaszedłem do apteki po nowy syrop. Opisałem moje objawy i pan magister już zacierał ręce na zaproponowanie mi czegoś.

– Aha, do 10 zł poproszę – dodałem na koniec niespiesznie.

Panu mina zrzedła, czując, że z utargu nici.

– Za 10 zł to my za dużego wyboru nie mamy.

– Im tańsze tym lepsze te syropy. I dorzuci pan jeszcze witaminę C 1000, dziękuję.

 

Za wszystko wyszło 11,90 z czego 7,90 za turbo witaminę C. Czyli jest syrop do 10 zł.

Co do tego typu lekarstw, to już dawno przekonałem się, że im taniej, tym skuteczniej.

 

Ostatnia wizyta u lekarza skończyła się wydatkiem sporym na medykamenty. I co? Zjadłem już wszystko, a nadal czuję się fatalnie. Ale chyba w międzyczasie złapałem inną infekcję, więc chyba się nie liczy.

Eh, jakżebym chciał być zdrowy.

Na co komu te szóstki w totku, na co komu materialne rzeczy? Zdrowie jest najważniejsze.

 

 

W tym roku wspominałem o motywie ognia, a widzę, że i niebo się pojawiało często.

Patrzę na niebo i widzę jak leci samolot – „St Louis Elegy”

Blue sky blue come on shine your rays on another fool’s day – “Blue Sky Blue”

 

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie!

 

Lucy Phere na 42-im miejscu. Heh, ależ się pani inżynier ze Szczecina ….

Dobrze, że dopiero po wylądowaniu odczyta ona ten post. Jeszcze gotowa awanturę zrobić w samolocie.

I pamiętajmy – nie używamy słowa „bomba”, jak jesteśmy na lotnisku albo w samolocie. Kosztowny to może być wyraz.

Poproszę B jak Bomba za 10 000 dolarów

 

 

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=1aZxKeANsIw]

You carry me around
Like loose change jingle-jangling
At the bottom of your bag
You don’t seem to feel it though
As you swing down the street
Walking that unique birthday-candle glow
In broad daylight
In broad daylight
And you don’t even know… the way I love you

You never knew power, did you?
Y’thought that power was in a strong arm
People passing laws and gold
Tsunamis and Mushroom Clouds

Oh babe that’s nothing..

You think it’s kinda sweet
The stammer and the tremble in my voice
But don’t mistake it for weakness
Or some kind of incompleteness
Cause round about now
I can feel it tingle-tangling
It’s coiled up inside me
And it’s ready to blow

Diamondy

wilno051

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie

Mojej słabości do pewnej wokalistki proszę nie komentować. W sumie, to Britney Spears już dla mnie odeszła do lamusa, mimo tego, że co chwilę nagrywa coś sama albo z kimś. Ostatnio z Will.i.am’em. Kupcia lekka. Królewka pop sili się na akcent brytyjski chyba.
Ryj Jana, czyli Rihanna. Rok temu nuciłem jak mantrę „znaleźliśmy miłość w beznadziejnym miejscu”, a teraz powtarzam po tysiąckroć – jesteśmy piękni jak diamondy na niebie.
Nasuwa mi się od razu pewna myśl – że coś smakuje jak G. Skąd ludzie wiedzą jak smakuje G?
Nie widziałem nigdy diamondów, nie wiem więc jak wyglądają na niebie. Dlatego też nie wiem, czy Ryj Jana mnie nie obraża. Zapewne chodzi o piękność rozczepionego światła? Jesteśmy piękni jak światło przechodzące przez pryzmat? To już sobie jestem w stanie wizualizować. Ale co to ma znaczyć?
Zarzucają Ryj Jance, że sztuczna, że sama od siebie nic, że słabizna, że nieautentyczność jej drugim imieniem. Oczywiście jadem tak plują w Polsce. Powiem tak, jeśli dziewczynka od 2005 roku ma na liście amerykańskich hitów numerów jeden tyle samo, co stara królowa pop-u, to o czymś to świadczy. Kariera Madge liczy sobie już lat ze trzydzieści. Fakt, że barbadoska ma dwa numery jeden kolaborując z innymi. Ale 10 zaśpiewała sama.

Find light in the beautiful sea, I choose to be happy

Morze mnie nie przekonuje. Może dlatego, że nie przepadam za dużymi akwenami i dużą ilością wody. Mam respekt przed żywiołami. Ale ja również biorę los we własne ręce i wybieram się być szczęśliwym. No bo jakże by inaczej?
Sam się dziwię, że słucham takich popowych dziwolągów. Nawet pani inżynier ze Szczecina się śmieje ze mnie i nie dowierza. Lany Del Rey pani naukowiec też nie rozumie i nie docenia.
No ja tak mam! Muzyka jest dobra albo zła.
Najnowsza płyta Ryj Jana nazywa się „Unapologetic”. Fajny wyraz. Wydaje mi się, że dziś jestem troszkę anapologetyczny. Chyba przez to ciśnienie.

Ach, zapomniałem nadmienić, że jeszcze 3 razy muszę w tygodniu wstać i Święta.

Dziecku znajomych na szczęście już nie muszę puszczać PSY’aja i koszmarnego „Gangnam Style”. Jakimś cudem przemyciłem Green Jelly i ich klasyk „Three Little Pigs”. Co prawda muszę tłumaczyć, kto to Rambo ale i tak dziecko nie jarzy tej postaci. Więc mu mówię, że to taki jakby Janosik. Walczy o sprawiedliwość. Ciekawe, czy dzisiejszy 5-latek, wie kto to Janosik?
Na szczęście dzieci nie rozumieją, że takie coś co się dziwnie pali, to nie jest papieros. Więc kwestię palenia jonitów w teledysku przemilczam.
Młody tak się wkręcił w piosenkę, że powtarza sobie „chuchnę, dmuchnę i zdmuchnę” zapominając co chwila o kolejności tych czasowników.

Little pig, Little pig let me in…
Well, i’m huffing, I’m puffing, I’ll blow your house in

Co do kwestii Świąt, to mój zapał gaśnie. Miałem pojechać do Białego już w środę ale im bliżej wyjazdu, tym bardziej natarczywe staje się jedno pytanie – Co ja tam będę robił tyle czasu?
Podarki nakupione. Część już zawieziona miesiąc temu, więc waliz mieć nie będę.
Może zabiorę chłopaków do kina? Tylko, że weź wybierz coś dla prawie 6-latka i 11-latka na raz? „Frankenweenie” dozwolone od lat 12. Jak zabiorę tylko starszego, to młody powie – babciu, wujek mnie chyba nie kocha. Aż się serce kraja. Poza tym, Tim Burton i tak jest osobliwy, więc nie wiem, czy i ten 11-latek złapie sens filmu. Czarna to niby komedyja. Już ja to widzę.

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie

Koniec roku się zbliża. Pora wybrać piosenkę roku, no bo zaraz zaczną się rankingi i podsumowania.
Waham się pomiędzy Marillion „Power”, a Angusem i Julią Stone „Draw your swords” i „Yellow Brick Road”. A może Mark Lanegan wpadnie na ranking i chuchnie, dmuchnie i zdmuchnie całą konkurencję?
Sylwestra trzeba jakoś jeszcze spędzić. Jakoś dwie propozycje wyjazdu mnie nie przekonują. Do Barcelony nie chce mi się w sumie lecieć na tak naprawdę jeden dzień. W sobotę na 20:00 byśmy się dostali do hotelu. Cała niedziela zwiedzania i o 8 rano w sylwestra pakowanie się do taksówki na lotnisko. Szkoda mi trochę wyjazdu, bo Barcelonę chciałbym zwiedzić na dłużej. No i przy tej opcji pozostaje nadal problem spędzenia Sylwestra. Przylot do Modlina byłby o 16:00. Wydostanie się stamtąd do domu zajęłoby ze dwie godziny. Czyli już prawie zabawę czas zacząć.
Z drugiej strony jest Londyn. Wyjazd na okres niedziela – wtorek. Tylko co tam robić? I to o takiej porze roku. Byłem tam już z 5 razy, więc jakoś nie patrzę na przód na ten wyjazd. Chyba jednak coś w Warszawie trzeba zorganizować.
Ponoć Hey zagra na jakiejś telewizyjnej imprezie we Wrocławiu! „Mocz przebojów” w TVP2, czy jakoś tak. „Koniec świata panie Popiołek”.

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie

Wczoraj widziałem „Wyjazd integracyjny”. Państwo wróciło z teatru i Pani włączyła TV. Zapytałem się jej po co? Przyznała, że w sumie to sama nie wie. Już lepiej było zostać przy muzyce i alkoholu – wino dla Pań, Żak Daniels dla Panów. No ale jak już włączyło się grające pudło, to postanowiliśmy coś wybrać. Niestety nie było kompletnie nic. VOD się też zepsuł. Mam nadzieję, że się zepsuł, a nie że Pani zapomniała zapłacić … znowu. Mąż się strasznie denerwuje, jak na czas nie jest płacone. Także dosyć często wracaliśmy na ten kanał z „Wyjazdem integracyjnym”, że w sumie sporo widzieliśmy. Ponoć komedia (dla mnie dramat) z obsadą doborową. Prawie wszyscy polscy aktorzy tam grają. Poniżej recenzja filmu.

Afgańskie p(h)eruki

Albo afgańscy wigowie.

W przypadku takiej dziwnej muzyki, a właściwie koncertów dziwnych zespołów, to mój przyjaciel ze studiów, wspomniany we wcześniejszych postach jako „muzyczny freak”, informuje mnie na bieżąco. Bodajże w kwietniu roku pańskiego obecnego zostałem uprzejmie uświadomiony, że The Afghan Whigs będą w Polsce. Ja oczywiście natychmiast dałem halo pani inżynier ze Szczecina, największej fance projektów około-Grego-Dulli-gowych. Pani naukowiec się wściekła, rozdrażniła, prawie dostała spazmów, bo dzień, czy dwa wcześniej zarezerwowała sobie sierpniowy urlop. Praga, czy coś tam innego na południe od nas. W każdym bądź razie nasza gruppie nie mogła celebrować tego wydarzenia na żywo.

Wczoraj, mam nadzieję, dzięki moim sms-om, pewnie się popłakała ze wzruszenia. Czyli prawie, jakby tam była z nami.

The Afghan Whigs zawsze miałem w swojej świadomości. Nie znałem ich tak od razu. Wiedziałem, że są, wiedziałem, że warto wiedzieć, że się zna, że się wie kto to. [co za że-zdanie mi wyszło]. Nie słuchałem ich tak od razu, gdyż wydawało mi się, że to jakaś szatańska muzyka, jakieś głośne szarpidruty, że ogólnie chaos i hałas. Głupim musiałem być oceniając tak zespół. Poza tym co mi przeszkadzał mylnie wbity w moją świadomość ich rzekomy styl, skoro w liceum nawet liznąłem death metal. A jak ogólnie wiemy, death metal, [heh, Word automatycznie poprawia „death metal” na „Heath metal”. Ciekawe co to] to dopiero chaos, hałas, darcie wokalisty czy też charczenie.

Kajam się. Teraz po latach przyznaję się do tego, żem i głupi, i ślepy, i upośledzony, i uprzedzony był. Teraz już wiem, że muzyka Grega Dulliego, pod różnymi postaciami, to dźwięki miłe, kojące, osobliwe, relaksujące. A głos?! Eh, zazdroszczę pani inżynier ze Szczecina, że może się nim podniecać, bo mi nie wypada. Ale głos jedyny w swoim rodzaju, rozpoznawalny, fajny.

4 miesiące zleciały szybko. W międzyczasie zdążyłem nawet zgubić bilet. No może nie zgubić, ale udało mi się go nie znaleźć. Po prostu pewnego dnia w lipcu postanowiłem sobie odszukać przepustkę. Wiedziałem, że może być w kilku miejscach, bo w tych właśnie kilku miejscach trzymam takie rzeczy. Po pierwszym, niedbałym i nonszalanckim przeleceniu skrytek, włos mi się zjeżył, pot wystąpił. Skupiłem się, przeleciałem schowki z większą atencją i … ta-da! Jest, znalazł się.

14 sierpnia cały dzień padało. Na szczęście o 19:20 już tylko pokapywało, a o 19:54 pod Proximą już było bezopadowo. Spotkałem się z muzycznym freakiem i jego szanowną małżonką i weszliśmy do środka. Okazało się, że jest jeszcze 6 innych osób, w tym kolega, pozytywny wariat. Im więcej, tym milej.

Widziałem wczoraj mojego Stwórcę. Ten, który mnie uświadomił i zaraził osobą wokalisty. Puszczał The Twilight Singers w radio. To dzięki niemu zacząłem odkrywać The Afghan Whigs i inne projekty około-Grego-Dulli-gowe. To ten pan z radia przedstawił mi najlepszy cover świata The Black is The Color of My True Love’s Hair. Powiem śmiało, że nawet Nina Simone nie zrobiła tego lepiej. A to taka tradycyjna piosenka folkowa, początkowo znana w rejonie Appalachów około 1915 roku. Ale najprawdopodobniej pieśń wywodzi się ze Szkocji. I cóż, że ze Szkocji.

Dzięki stopniowemu odkrywaniu różnych projektów Grega Dulli’ego dotarłem do The Gutter Twins i Marka Lanegana. Choć pana Marka znalazłem również, znowu jakoś nieświadomie, nie łącząc go z Rynsztokowymi Bliźniakami, w mrocznych projektach z Isobelle Campbell. Ale po krótkiej chwili połączyłem fakty i 2+2 zrównało mi się z 4.

Odnotowuję jakiś rekord, bo The Twilight Singers widziałem dwa razy, The Gutter Twins z raz, w tym roku Marka Lanegana. Czyli 4 razy w sumie projekty około-Grego-Dulli-gowe. Wywindowali się na drugie miejsce i gonią projekty około-Marillionowe (9 razy; Marillion 5, Fish 2, Steve Hogart aka h 2). Na ostatnim miejscu tego rankingu jest Tom Waits, widziany ani razu. Tuż przed Tomem jest Królowa Popu – 3 razy – pierwszy, ostatni i o 1 raz za dużo widziana.

W 2001 roku The Afghan Whigs się rozczłonkowało. Z powodów geograficznych i zobowiązań rodzinnych. Mówili nawet, że marne szanse na jakieś nowe wspólne nagrania. Na szczęście Dulli mówił, że to było przyjacielskie rozstanie i niekoniecznie oznaczało oficjalny rozpad zespołu. 11 lat jak w buzię strzelił i proszę! Koncert 14 sierpnia zapowiedziany w Palladium. Czas oczekiwania od kwietnia szybko zleciał. Niestety przeniesiono w międzyczasie miejsce spotkania na fatalną Proximę. Tak myślałem, że powodem było małe zainteresowanie biletami. A Marka Lanegana oglądała cała Proxima w marcu. A teraz? Raptem z 500 osób. Miało to też swoje plusy, bo pod sceną było raczej rzadko i można było podejść bliżej sceny. Tylko nie wiem po co, skoro dźwięk brzmiał lepiej i lepiej oddalając się od sceny. Eh!

Kazali na siebie czekać. Na bilecie zapowiedziano godzinę 20:00. Oczywiście nikt nie zaczyna koncertu zgodnie z informacją na wejściówce. Ale ileż można czekać. Ktoś rzucił, że o 21 wejdą. Brzmiało to sensownie, skoro niezauważalny support skończył o 20:38. Ustawiliśmy się o 20:47 pod sceną i czekamy. O 21:05 poszliśmy zapalić. Wróciwszy nadal zastaliśmy pustkę na scenie. 21:28 była tą godziną. Łomot, hałas na początek i wszedł roztyty Elvis. Ale ale. Elvis schudł! Panowie rocznik połowa lat 60-tych wyglądali młodo, rześko i ochoczo. I taki właśnie był koncert. Widać i czuć było radość z grania. To w sumie najważniejsze. Na początek dało się rozpoznać My Enemy z „Black Love” oraz mój ulubieniec Somethin’ Hot z „1965” (rok urodzenia ex-roztytego Elvisa).

Po kilku chwilach odszedłem rozkoszować się koncertem pod bar. Tak jak pisałem wcześniej, im dalej, tym lepiej. Ale nie wytrzymałem długo i wróciłem do centrum hałasu.

A widownia? Też energiczna, optymistyczna, stęskniona. Wynoszenie na rękach innych (w tym naszego zwariowanego kolegę), lechutkie i bardzo krótkie, wręcz symboliczne pożko (czyli skromne pogo). Greg Dulli był nawet na tyle miły, a może i wzruszony, że wszedł w sobie w tłum pośpiewać. Kiedyś tak samo zrobił Fish w Stodole.

O ile Mark Lanegan, Rynsztokowy Bliźniak, na scenie prezentuje się posągowo z nastawieniem określonym przeze mnie „take it or leave it”, to The Afghan Whigs byli wulkanem energii. Ale również bez żadnego przymilania się do fanow. Po prostu mieli ochotę zagrać wspólnie koncert i docenić fanów, którzy czekali przez lata na to wydarzenie. Spodziewałem się dużo starszej publiczności. Ale rozczarowałem się, czy też zaskoczyłem. Fajnie!

packen ist schon gemacht, czyli verpackung ist fest fertig

„śmiszny” jest ten niemiecki. Szkoda tylko, że tak strasznie brzmi.

Właśnie mnie telefon kolegi rozproszył i zapomniałem co miałem napisać. Zapamiętałem tylko, że poprosił mnie o kupienie jakichś Scary Monster Doll dla córek. Widziałem ze dwie sztuki, jak byłem u nich ostatnio. Trzyletnia córka bardzo lubi te koszmarne wersje Barbie.

Ponadto i po najważniejsze, kolega poinformował, że ponoć w sierpniu w Palladium Afghan Whigs zagra. Wskrzeszyli się, czy co? Roztyty Elvis – zawsze i wszędzie. Oczywiście bezzwłocznie dałem halo pani inżynier ze Szczecina.

 

Fryderyki rozdali. Nosowska po raz 30. nagrodzona. Zaśpiewała swoją „Nomadę” i wyglądała jakby miała wielki sutek na głowie.

Jaki shołbiz, takie nagrody – taka konstatacja wczorajszej gali. Jak Adele w 2011 roku zaśpiewała „Someone Like You” podczas Brits Awards, to od razu wystrzeliła na pierwsze miejsce piosenek w UK. Jak Adele w lutym tego roku zgarnęła zillion Grammy, to trzy jej single wskoczyły do TOP 10 singli w USA. A w Polsce? Co innego słyszysz w radio, a co innego widzisz na Fryderykach. Aż się czasem dziwię, że ktoś płytę wydał, albo, że ktoś taki jest na polskim rynku muzycznym.

Aha, zakupiłem już na Amazonie sześć płyt. Może dzięki mnie Adele wróci na 1. miejsce sprzedaży płyt w USA. A może Mark Lanegan ja wyprzedzi?

 

Wracając do tematu. Pakowanie faktycznie zajęło mi 5 minut. Wczoraj, po 22:00 wyciągnąłem walizę i powkładałem rzeczy. Oprócz podarunków nic nie ma. Trochę pustawo. Trzeba dopchać ubraniami, żeby się antybiotyk w płynie nie potłukł. Do plecaka włożyłem to co pod ręką muszę mieć. Zastanawiam się jeszcze, czy aparatu do walizki nie przełożyć.

Wstałem o 6:38. O dziwo! Nie miałem problemu z zaśnięciem i w miarę wyspany jestem.

W samolocie mam tak, że ścina mnie z nóg od samego startu. Niestety później pani stewardesa mnie budzi i proponuje albo ohydną kawę albo niesmaczne jedzenie. I wtedy o śnie już mogę zapomnieć.

O, muszę odszukać moje stopery i opaskę na oczy, co kiedyś „rozdawali” w KLM-ie.

 

Patrzę sobie na niebo i widzę jak leci samolot

A czyż nie mówili, że stamtąd Jezus nadszedł?

Z ząbkami piranii śnię o tobie…

Nie, nie zwariowałem. Zanuciłem sobie Marka Lanegana. Dwie jego piosenki z ostatniej płyty. Kto wie, ten wie co to.

Pan K. powiedział, że czytał, że to taki Tom Waits. Czyżby mój sen zrobił projekcję i wiedział, że przy okazji koncertu Marka wspomniany będzie Tom? Czytałem ten artykuł dziś.

Nie, nie byłem przekonany, że to Tom Waits, albo że to jakiś jego młodszy brat. Ale i po wczorajszym koncercie, i po przeczytaniu artykułu, i po odsłuchaniu dwóch ostatnich płyt, mam wciąż Toma Waitsa przed oczyma. Coś w tym jest, czy po prostu tęsknie za zobaczeniem Waitsa na żywo? Może zadzwonię do niego jak będę w Mieście, to na jakiś lunch wyskoczymy?

ale czy ten Mark nie jest łudząco podobny do Waitsa? jakby tak być koślawym na jedno oko…

Eh.

Wracając do 19 marca roku tego.

Support na szczęście nie był przerażający. Ale też nie powalający. Brzdąkanie w stylu grunge. Pomyślałem nawet, że Kurt Cobain żyje. Ale melodie ich to już nie dla mnie. Już mnie taka muzyka nie bawi. Creature with the Atom Bomb. No nazwa zespołu pasowała jak ulał. Dokładnie tak wyglądali. Pioseneczki mieli tak rozbudowane, że jak po 10 minutach brzdękania wokalista wydał głos, to aż się zdziwiłem, że ktoś tam na scenie jest i śpiewa.

W porównaniu z koncertem w Szkocji panowie rozgrzewający szybko zakończyli swój występ.

Pan Mark wyszedł wczoraj na scenę i już. Żadnego przymilania się. Żadnej miłości do tłumu. Stał sobie przy mikrofonie i śpiewał. Raz czy dwa głowę na prawo przekręcił. „Senk ju wery macz” z raz powiedział i już. Postawa typu take it or leave it. No prawdziwa gwiazda rocka. Szacunek.

Co mnie uderzyło w tym koncercie? Ano to, że pan śpiewał piosenki. Proste, rockowe piosenki. Bez żadnych ozdobników i fajerwerków. Prosto znaczy dobrze. Podobało mi się. Urzekło mnie do tego stopnia, że już zaemailowałem do Uli, że zobaczyć go w Nowym Jorku nada. Kanieczna!

Myślałem, że dEUS był OK. Ale teraz stwierdzam, że było widać przepaść w klasie artysty. A może po prostu i łagodnie rzec wypadałoby, że różnicę, inność?  Belgowie byli poprawni, dobrzy ale w porównaniu ze zmęczeniem i doświadczeniem Marka Lanegana wypadli faktycznie jak taki efekciarski Coldplay. Czyli dobrze mi się zdawało, że Proxima była za mała dla nich, albo oni za wielcy na Proximę. W Belgii wyprzedają koncerty w halach na kilkanaście tysięcy osób, więc to w Warszawie było jakimś mikro-występem. Może dlatego się nie zmieścili do polskiego klubu?

Jedno jest pewne. Proxima to nie jest miejsce na koncerty. Co prawda nie było wczoraj aż tak fatalnie, jak 8 marca, ale do efektu WOW było bardzo daleko.

Tout est noir, mon amour (wszystko czarnym jest, kochaniutka)

Tout est blanc (wszystko jest białe)

Je t’aime, mon amour (kocham cię, kochanie moje – no prawie jak Maanam)

Comme j’aime la nuit (jakżesz lubię noc)

 

Czyli lekcje francuskiego nie poszły na marne. Fajny jest ten „Gravedigger’s song”. Przy odsłuchaniu płyty na sam przód rzucił mi się “St Louis Elegy”. Ostatnio radio często przypominało „Gray Goes Black”. Pieśń Grabarza jakoś mnie nie urzekała. Do wczoraj, do wysłuchania wersji live. Najjaśniejszy punkt w tym dość mrocznym występie.

Teraz słucham sobie wszystkich jego solowych płyt. Powracam też do duetów z Isobel Campbell. „The Best ofScreaming Trees też jest gdzieś obok. Muszę jeszcze tylko The Queens of The Stone Age odszukać i przesłuchać. Udzielał się trochę Mark Lanegan. A tych projektów to ze czterdzieści – aż się samo ciśnie na usta.

Hm, When Your Number Isn’t Up z płyty „Bubblegum” łudząco przypomina tego Waitsa…jakby tak człowiek był przygłuchy na jedno ucho…

Z ostatniej chwili – niestety Screaming Trees wylatują aż poza kosz. No młodziutki wtedy był. I głos jakiś taki…

Taki jestem rozkoncertowany, że wyszukałem sobie koncerty w en-Y-cee.

Florence and The Machine – nie, bardzo dziękuję. Zdecydowane nie

Bruce “Boss” Sprongsteen – no musiałbym na głowę chyba upaść, żeby wydać 300$

The Cranberries – tak o 20 lat za późno

Mark Lanegan – myślimy, myślimy. Szukamy też okazyjnych cen biletów

Nino Katamadze Tato-ma-gazę – ha, wszyscy o niej już zapomnieli, a tu dziś mi Ula o niej przypomniała. Szkoda, że koncert w dniu, kiedy będę już podziwiał z góry nocną panoramę Miasta. Ceny też niczego sobie. Ceni się!

Jakoś nic więcej ni przykuło mojej uwagi. Madge ze swoją cyrkową trupą wybiera się do Miasta jakoś na jesień. Marillion na lato się zapowiedzieli. No może co jeszcze się pojawi w tak zwanym międzyczasie.

I tak a propos i tych koncertów, i mego lotu (tak, tak, to już za 38 dni), i opowieści koleżanki pracującej w LOT-cie, że limity bagażu się pozmniejszały, odkryłem, że jako członek programu  Miles+More przysługuje mi inny, większy limit bagażu! Choć raz się do czegoś ten program przydał.

Odkryłem właśnie coś. Urzekł mnie niedawno duet Beth Hart i Joe Bonamassa w piosence „I’ll Take Care of You”. To polecam również płytę z 1999 roku Marka Lanegana. Utwór drugi jak i sam tytuł płyty nie wymaga już podawania. Zdecydowanie inna wersja. I głos jakiś łagodny i młody. Pieśń napisana przez Brook’a Benton’a. No proszę, człowiek się uczy całe życie. Mam też nadzieję, że nikt teraz nie sprawdza na wikipedii kim był pan Benton oraz na jujubie jego piosenek. Chociaż to „Rainy Night In Georgia” brzmi inaczej niż reszta jego … szlagierów (?)

 

Czyżby to był już ten wpis, który ustawi mi nowe cele dotyczące liczby wpisów?

Gee…Glee

Hm, pogrzeb Whitney trwał ponad 3 godziny. Kościół New Hope w Newark. Oooo, to blisko Państwa. Mam nadzieję, że nikt z nudów nie umarł. Chociaż na wesoło było. Fajnie to wyglądało. Nie to, żebym oglądał, ale przełączałem sobie TV i padało parę razy to na CNN, to na TVN24, to na coś tam innego. Kevin Costner opowiedział kilka historyjek z czasów kręcenia „Bodygarda”. No na wesoło było.

– A wiesz, byłem na pogrzebie Whitney Houston.

– I jak?

– Boki zrywać

Alicii Keys już nie zniosłem. Nudne to wydarzenie, ale ogólnie wrażenie pozytywne. Ludzie wspominają ją, opowiadają historie z nią związane. Nie ma miejsca na lament i rozpacz. To ja też tak chcę. Chcę, żeby na moim pogrzebie grał Marillion albo Tom Waits i było wesoło. Ludzie mają się cieszyć i wspominać dobre i wesołe rzeczy i sytuacje związane ze mną. Mam nadzieję, że były jakieś.

– a wiesz byłem na pogrzebie mdobrogova

– i jak?

– czytali jego blog. Boki zrywać

Grrr, tak, to chyba nie chcę.

Podsumowując panią to powiem, że fanem nie byłem, płyt nie miałem. Ale za wcześnie. 48 lat!

VIVA TV dała ciała. Tydzień temu zrobili blok o niej. Napisali na ekranie „09.08.1963 – 11.02.2011”. No bo się mówiło, że 48 lat miała. Tylko nikt nie spojrzał, że 1963 + 48 to trochę nie ten rok. Lekkie faux pas, czyli błąd kroków.

Co ja o tej Whitney? A właśnie teraz mnie naszło, że jak Sylwestra spędzałem (jakie spędzałem? Sam zszedł), to pisałem, że „Bodygarda” oglądałem. Znak jakiś, omen znaczy! Ale pamiętam jedną rzecz. Pamięć do rzeczy głupich mam dobrą. Widziałem „The Bodyguard” w kinie. Wiem, wiem, wioska. Byłem w kinie „Pokój” z Ulą. Ciekawe czy to pamięta?

Co do innych telewizyjnych głupot, to muszę się przyznać do czegoś. „Glee” mi się podoba. Znany kolega fotograf mnie zaraził. Puszcza mi jakieś seriale podczas biesiad. I raz, ku mojemu zniesmaczeniu włączył „Glee”. No niezły koszmarek ale wciąga. Taki serial o młodzieży, która śpiewa. Nie wiem czemu i co mi, ale podoba mi się. Takie „Beverly Hills Tysiąc Pięćset Sto Dziewięćset”, tylko tyle, że śpiewają i jest dowcipnie. Odcinek z Gwyneth Paltrow fajny. Pani umie śpiewać. No w sumie z takim mężem przy boku, to wstyd nie umieć. Ale kto jeszcze lubi Coldplay? „Boże nie wiem dokąd zmierzam” – tak śpiewa w wersie Chris Martin. I jak powiedział Marek N, w Trójce – jest to najlepsza recenzja płyty. Niestety kwas wyszedł panom. Nie da się już tego słuchać.

Dla przeciwwagi powiem, że zafascynował mnie jeszcze serial „2 Broke Girls”. Taki o niczym, szybki i głupiutki. Dobre teksty, szybka akcja i fajny pomysł. Biedna pani spotyka w pracy spauperyzowaną ex-bogaczkę. Plus w towarzysze pracy to Ukrainiec i Koreańczyk. Bardzo zgrabny serial. Akcja się dzieje w Mieście w Williamsburgu na Brooklynie. Jak się tam znalazła biedna bogaczka? Wygooglowała sobie. „Miejsce, do którego bogaci nigdy nie zajrzą”. Polecam. I jeszcze mają ciekawą sąsiadkę. Emigrantkę z Warszawy.

Co do płyt, to zdobyłem sobie dziś Mark Lanegan Band i jego nowe dzieło „Blues Funeral” (co ja z tymi pogrzebami dziś!?). Porwało mnie od pierwszego odsłuchu.  Poleciłem od razu mojej znajomej pani inż. ze Szczecina. Powiedziałem, że jest takie cudo, że pan śpiewa, że nagrał tę płytę specjalnie dla niej. I jak pani inż. będzie słuchała albumu, to pan śpiewak ją wybatoży i sponiewiera swoim głosem. Nie myliłem się. A skąd się wziął ten pan? The Gutter Twins – jedno z projektów Grega Dulliego, czyli znane z tego blogu The Twilight Singers. Plus kilka fajnych płyt nagranych przez Marka z Isobelle Campbelle. 19 marca koncert w Prximie. Namawiam kogo się da, żeby pójść.

I jeszcze 8 marca, czyli tuż przed, Deus w Stodole!

Drugie cudo to Angus i Julia Stone i ich „Down the Way” z 2011 r. Kilka piosenek rozwala mnie. Dziś (nie)chcący słuchałem „Draw Your Swords” 5 razy z rzędu. A byłoby i więcej, tylko poszedłem palić i zapomniałem cofnąć „track”.

Do Smith and Burrows i ich “Funny Looking Angels” muszę się jeszcze przyzwyczaić. Thom Smith znany i lubiany z kapeli Editors, a Andy Burrows, to były perkusista grupy Razorlight. Czyli mieszanka w sam raz dla mnie.

Hm, czas odpalić pierwszy sezon „Glee”. Co za wstyd! A może lepiej wyjść na miasto i się od-Glee-zować? Gee… co za dylemat!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑