Tag: marillion

dobre rączki potrzebne od zaraz

Lubię zupę tajską. A właściwie lubię zupę z mlekiem kokosowym. Skoro takie mniam i mlask, to pewnie niezdrowe.

Once on the lips, forever on the hips!

Trudno. Nie ma co się hamować, jak jest zachcianka. Raz od wielkiego dzwonu można zgrzeszyć. Krewetków sobie nakupiłem w Lidl, bo coś nawet nie drogo było.

 

To już będzie 6 lat, jak zrobiłem remont mieszkania. To już chyba będzie trzeci raz wspomniane w ostatnich trzech wpisach. Przed metamerfozą pozbywałem się rzeczy, w tym płyt CD. Myślę, że ze 100 krążków poszło na klatkę. I ktoś je sobie wziął.

Teraz mnie znowu naszło, żeby przewietrzyć szafkę z muzyką. Nie słucham CD. Od 7 lat wszystko jest na streamingu. No chyba, że Tom Waits i Marillion. Oni zawsze na CD. Myślałem nawet o tym, żeby tylko ich zostawić, a reszty się pozbyć.

Nie wystawiam już nic na OLX, bo ludzie nie doceniają. Dam na ten przykład zestaw 5 płyt za 20 złotych, to się za chwilę jakiś zapyta, czy za 15 pójdzie. Albo druga – a ile za 4 płyty?

Rower też patrzyłem i wychodziło mi, że za 300 zł mógłbym wystawić. Ale nie chce mi się użerać i opuszczać ceny. Pewnie za jakieś 150-200 by poszedł. To wolę jednak oddać Słodkokwaśnej. Niech ze swoją panią popedałuje w nieznane, do lasu, w siną dal.

Także nie chce mi się z ludźmi użerać. Wole oddać towar w dobre ręce. I właśnie dobrych rąk poszukuję. Jakby ktoś szłyszał, wiedział, to niech powie o mnie i mojej wielkiej akcji oddawania CD.

38 płyt lekką ręką nazbierałem. Waham się jeszcze co do Madonny, Edzi Bartosiewicz i Coma’y. Ale z sentymentu zostają na razie.

No i proszę ile miejsca mi się zrobiło w szafce! Taki spryciula jestem. Istny space saver!

IMG_4794

Uwaga! Zanim dobre rączki dostaną dobrą muzykę, pozwoliłem sobie przesłuchać tych wybrańców. Uczciwie postąpię. Posłucham i jak nic mi nie drgnie, to w dobre rączki.

Zacząłem od A.

Adele – 21

Cholera, chyba zostaje!

Teraz Christina Aguilera i jej retro „Back to Basics”. Cholera, chyba zostanie. Dziewucha nagrała fajny dwupłytowy album. No i miała/(ma?) głos jak dzwon.

Coś czuję, że dobre rączki zostaną puste.

Tak samo mam z szafą. Raz na jakiś czas postanawiam wyrzucić stare ubrania. Albo ubrania, w których już nie pokazuję się.

Nie mam problemu z selekcją. Decyzja jest błyskawiczna. Zostajesz. Out. O, to jak to mam?

Także dosyć szybko na podłodze pojawia się spora kupka ciuchów. I się teraz zaczna.

Ooo, nie chodziłem w tym nigdy, to tak głupio wyrzucać. Założe raz, zobaczę i wtedy ewentualny out

Albo

Ooo, nie, to nie

Albo

Hmmm, trochę już stare i przetarte, ale super wygodne

Albo słyszę

Nieeee, nie wyrzucaj mnie

Nie zdziwię się jak zostanę z tymi płytami, bo wszystko się nagle okaże pięknymi dźwiękami.

Niektóre płyty kupiłem tylko dla jednoego utworu.

Rachel Yamagata – Worn me Down

Shirley Horn – Here’s to Life

Dave Brubeck – Take Five

Candlebox – 10 000 horses

Fatboy – Bad News from Pretty Red Lips

Muzykoterapia – Winobranie

Incarnations – Rebeka

 

Mam nadzieję, że dobre rączki się nie zgłoszą i nie będzie bólu oddawania.

czary…

prysły.

 

Hejka kochani, jak się macie? Bo ja w sumie fantastico! Mi sento benissimo, fantastico – jakby to Włoch powiedział. Wczoraj byłem na pizzy, jakby kto pytał.

 

 

Nie tak dawno całkiem temu byłem na koncercie, moim ostatnim koncercie, zespołu Marillion. Kto mnie zna, ten wie, że lubię, a nawet uwielbiam. Promowali wtedy płytę pt. „Dźwięki, których nie można stworzyć”. Męczarnia dla uszu niestety. Chyba nawet do końca nie doczekałem.

Czar prysł.

Ale ale. W gratisie dostałem mp3 z koncertu z Kanady, bodajże. Wysłałem do kolegi, też dużego fana, który wcześniej krzyżyk na Marillion postawił. Ale przy tej właśnie płycie stwierdził, że coś tam znowu mu drgnęło. Także z radością i entuzjazmem przytaknął na koncert. Dosyć szybko odpowiedział. W trzecim utowrze zrobił przerwę i szybko odpisał, że „tego się kurwa nie da słuchać”. Czyli krzyżyk na kapeli dalej postawiony.

Pan Hogart zwany h, przybył na minitourne po Polsce tego lata. Poszedłem. Ojej! Bardziej mnie interesowało, czy koniec wystąpienia bliski, niż to, co pan na scenie robi.

Czar prysł.

11 lat temu, 18 paźdzeirnika, był koncert Fisha, pierwszego wokalisty Marillion. Lansował płytę Clutching at Straws z okazji 20-lecia wydania. Pamiętam dokładnie, bo zaraz po występie leciałem na Ochotę z ochotą, bo się cieszyliśmy z narodzenia syna państwa z Europy na K. Bąbelek ma już 11 lat i 18 października obecnego roku, …znowum na koncert Fisha poszedł. Tym razem 30-lecie wydania fantastycznej płyty (pan artysta nie zdążył w 2017 widocznie z trasą). Jak rozmawiałem w czwartek z Bąbelkiem, tzn. teraz już moim BFF-em, i mu o tym powiedziałem, to ten zapytał, a właściwie stwierdził – to on co roku przyjeżdża do Polski (?).

 

Clutching at Straws, to wg. mnie jedna z najlepszych płyt koncepcyjnych. Dodam tu też, bo im się należy, że drugą ulubioną jest U2 “Achtung Baby”.

 

No dobra, ad rem. W dniu koncertu miałem event korporacyjny z klientami korpo, więc do klubu Progresja, na koncert rockowy poszedłem prosto zeń, czyli w garniturze. O dziwo, okazało się, że nie byłem jedyny tak odświętnie ubrany.

Fish zaczął koncert od starocia. Szał na sali, ludzie skaczą, śpiewają, zdjęcia, filmy. Ekstaza! Jest wszystko. Kolejny utwór – już z najnowszej płyty – A Man with the Stick – sala mniej szaleje ale jeszcze entuzjazm jest. Jak dla mnie ten kawałek brzmi jak wszystko, co nagrał Fish od 2000 roku. Przy kolejnej, nowej piosence, ludzie stali w miejscu. Jakby czekali na szybki koniec i powrót do Clutching At Straws. Wrócił do utworów z celebrowanej płyty. Powiem tak, muzycznie ok. Sekcja dawała radę. Wokalnie? Niestety było z utworu na utwór coraz gorzej. Piosenka Sugar Mice, to raczej potwór, a nie utwór. Wersja jakaś ogniskowa, z zaciąganiem nieprzyjemnym dla ucha. Poza tym pan Ryba ma już słaby głos. Nie daje po prostu rady. Nie dziwię się już, że pan artysta na emeryturę w 2020 przechodzi. Ale kasa się przed odpoczynkiem musi zgadzać. Jak widać za wszelką cenę. [Nomen omen] tonący brzytwy się chwyta.

Trzeba było wziąć ten „rain check” i odpuścić ten występ.

Czar prysł.

 

 

„We’re clutching at straws
We’re still drowning clutching at straws“

 IMG_7728

gossip girls

Najpierw proszę włączyć teledysk, który jest na dole wpisu. Będzie przyjemniej. Dziękuję

 

Traktujesz mnie jak luźne drobne pieniążki brzęczące na dnie twojej torebki

I chyba nawet tego nie zauważasz, bo bujasz się po ulicy z tą poświatą świeczki urodzinowej.

W jasny dzień.

 

Mark Lanegan nie wpadł na szczyt moich podsumowań i nie chuchnął, nie dmuchnął i nie zdmuchnął z pierwszego miejsca Marillionowej „Mocy”.

Znowu mija rok, znowu podsumowań czas! Jak ten czas leci! Przecież prawie nie dalej, jak wczoraj pisałem o kończącym się 2011 roku! Nie wierzę!

Nagrałem sobie płytę z moimi piosenkami roku 2012. Weszło tego tyle, ile weszło. Na całym świecie rządzi Gotye z Kimbrą. Piosenka roku wszędzie oprócz Polski, Australii, Belgii i Holandii, bo w tych krajach „S.t.i.u.t.k.” zamieszało jeszcze pod koniec 2011 roku.

Co sobie nagrałem?

Marillion – Power

Angus i Julia Stone – Yellow Brick Road/Draw Your Swords

Mark Lanegan – St Louis Elegy/Grey goes Black/Gravedigger’s song

Gotye i Kimbra – Somebody That I Used to Know (w 2011 byli też wysoko wymienieni. Nieźle)

Anathema – Untouchable

Coma – Los Cebula i Krokodyle Łzy (dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień, przestań wyć – chodziło za mną cały rok)

Nosowska – Kto? – cóż za genialny tekst! Kto tak pięknie pisze-e piosenki-i? No, Kasia!

Karolina Kozak – Mimochodem

Pete Murray – Blue Sky Blue

Ellie Goulding – Lights (na ingaurację Euro2012 kolega-muzyczny-freak mi „tom paniom” zaprezentował i tak już zostało)

Pokazujesz światła, które powstrzymują mnie przed zamienieniem się w kamień. Zapalasz je, gdy jestem sama. A mówię sobie, że będę silna. I marzę gdy one odchodzą.

Ojej, to ja takiego wierszoklectwa słuchałem?

Dead Can Dance – Amnesia

Birdy – People Help the People – 13 stycznia sobie pomożemy

Seal – Wishing On a Star

 

I po płycie. Szkoda, że moje wszystko odtwarzające de-fał-de nie odtwarza mp3 z płyty. Zmieściłbym całą setkę. Daimondy też by się znalazły nań.

 

Patrzę sobie w niebo i widzę jak leci samolot.

 

Państwo z Europy na K już gdzieś na niebie. Wybrali sobie państwo na „Ha”. Nie żaden tam Honduras, czy HindoChiny, tylko naszą, europejską Ispanię.

Właśnie napisali es-em-esa, że we Frankurcie drinki piją. Heh, może i ja bym sobie piwko łyknął?

Pani Inżynier ze Szczecina też „packen machen” i się wybiera do Modlina na lot do Szkotlandii. Na szczęście Modlin jej zamknęli i z Okęcia frunie. Się dziewczyna zabawi na Sylwestra.

A ja? A mój Sylwester? No chyba zgodnie z tradycją w domu…znowu. Znowu choroba mną zawładnęła. Nic mi się nie chce. Dzwoniłem do muzycznego freaka, co by go uprzedzić, że mogę go absencją w poniedziałek uraczyć. A u nich też szpital. Szanowna małżonka chora jak nigdy. Dzieci też swoje przechodzą. No i kolega jakiś taki nie wyraźny. To zabawa byłaby przednia – herbatka z malinami albo z miodem. Tylko byśmy tęsknym wzrokiem patrzyli na balkon, nie widząc nas tam palących. Heh, do dupy ta końcówka roku znowu.

 

Patrzę na niebo i … coraz częściej myślę o Mieście. Przeklinam tego, kto wymyślił złotą myśl:

Jak raz zobaczysz Nowy Jork, to albo znienawidzisz albo pokochasz to Miasto.

 

A niech se łokieć poliże za te credo.

 

Sylwester w domu? No nic, przynajmniej kaca na drugi dzień nie będzie. Znowu obejrzę jakąś „Mocz przebojów” w TVP albo super sztuczna zabawę z Placu Konstytucji w Polsacie. Nawet Hey sobie ręce pobrudził, bo zapowiada się uczestnictwo mego ulubionego ensamble w tvp2. Kasa rządzi światem.

Filmów będę się bał oglądać, bo rok temu zobaczyłem „BodyGuarda” i niecałe półtora miesiąca później Whitney dołączyła do niebiańskiego chóru. Mam nadzieję, że do niebiańskiego, bo piekło to miała na ziemi. Ale każdy jest kowalem swego losu.

 

Nie chcę też pisać o planach wyjazdowych do Miasta, bom zasiurpryzować chciałbym Ulę. Ale muszę chyba się ujawnić, bo potrzebujemy łącznika w Mieście do zakupu 3 biletów na mecz NBA. Sami Lakersi zagrają. Tzn. nie sami, tylko sami we własnej osobie. Lubię ten zespół nadal, mimo, że koszykówką już się nie zapalam.

Pan K. kazał wynik meczu śledzić. O 16 naszego czasu Manchester United, najlepsza drużyna swiata, zaczyna grać. Ooops, już kwadrans grają.

Heh, West Bromwich się tak wystraszył, że sam sobie gola strzelił.

 

100 dolarów kosztują najtańsze bilety na mecz Los Anheles Lakers vs Brooklyn Nets. A ponoć i tak nie można ich kupić. I tu właśnie przydałaby się pomoc naszej koleżanki Urszuli. Może kogoś zna, a może ten ktoś kogoś zna, kto zna, kto wie, jak kupić bilety? To chyba wypadałoby się zapowiedzieć z nalotem?

Na Broadway bilety też niczego sobie. No kosztowny będzie to wyjazd.

 

Co do dalszych wyjazdów, to planujemy, z naciskiem na wyraz „planujemy” wyskoczyć 26 grudnia 2013 do nowej Zelandii i Australii, czyli Down Under. Nie zapomnieć wyrobić nowego paszportu, nie zapomnieć wyrobić nowego paszportu, nie zapomnieć … bo nie wpuszczą!

Polecieć na koniec świata i się wrócić, to dopiero byłaby … głupota (?)

Dziś się na Onecie zaczęli podniecać niby od niechcenia nagranym coverem w wykonaniu Dody. Ponoć na próbie pani wzięła się za hit disco-dance „Titanium”. Niby przypadkowe wykonanie, niby na próbie, a wyszedł z tego zgrabny teledysk. Powiem tak, Doda według mnie ma świetny głos. I nic więcej dobrego nie mogę o niej powiedzieć. Śpiewa jakiś badziew dla nastolatek. Ten cover też niestety słabo jej wyszedł. Mam wrażenie, że nie rozumie tego co śpiewa. Ale kierunek dobry. Fajna, rockowa pioseneczka.

 

Co jeszcze o tym roku 2013? 37 liczbą tą będzie. A czy 36 było szczęśliwe? Nie wiem. Kompletnie sobie tym głowy nie zawracałem. Ale 37? No taka to pierwsza liczba, może wygram w totka?

A co na 36. miejscu w USA w piosenkach roku? Maroon 5 i Christina Aguilera „ Moves Like Jagger”. No ruchy jak Mick Jagger mam. Choć to się sprawdziło.

 

Kto piorunom ostrzy groty? Kto z impetem nimi miota?

 

A sprawdźmy los dla pani inżynier ze Szczecina. Nie będę głośno wytykał wieku, ale kto na 42. miejscu w podsumowaniu roku 2012 na jej ulubionej liście Trójkowej? T’Love i „Lucy Phere”. Się dziewczyna ucieszy.

 

Wspominając Ti laf, wymienię najgorsze upiory tego roku.

T’Love Lucy Phere, cokolwiek Luxtorpedy, Czeski badziew (jakbyśmy nie mieli polskich artystów do promowania), cokolwiek Piotra Bukartyka, i pewnie wiele innych.

 

Z książek – bezapelacyjnie rządzą „Poniedziałkowe Dzieci” Patti Smith. Niestety muzycznie pani Patti nie załapała się wysoko u mnie.

 

Sporo koncertów widziałem w 2012 roku. dEUS, Mark Lanegan, Diana Krall, Marillion. Hm, chyba jedna nie sporo. Nic ciekawego nie było. Dałem sobie spokój z Madonną, Coldplayem. A w przyszłym roku odpuszczam Depeche Mode. Mam traumę po występie na Legii w 2006 roku. Gdyby Marillion nie był Marillionem, to bym powiedział, że trafił mi się jeden koszmarny występ. Ale jako, że Marillion to Marillion, więc wiele wybaczam. Ale kolejnym razem zastanowię się 100 razy czy pójść znowu. Taki mnie sentyment ujął po występie Anglików w Stodole, że od razu kupiłem sobie ich koncert z Bostonu. Panowie po raz pierwszy od lat zawitali za oceanem. Podesłałem link do kolegi ze Szwajcarii, który już kilka razy krzyżyk na zespół postawił ale był skory posłuchać, bo płyta go zainteresowała.

Co napisał kolega w podziękowaniu za darmowy link do występu live naszego bandu”

Przecież się tego kurwa nie da słuchać. Wyłączyłem w trzecim kawałku.

 

Tak jak powiedziałem, kolega już kilkukrotnie krzyżyk na zespół postawił. I teraz chyba już definitywnie. Ja nadal ich cenie i słucham. Ale na koncert nie wiem czy znowu pójdę.

 

 

Dziś pan K. opowiedział o swojej wizycie w Lidlu. Bo ja tyle o tym sklepie mówię. Rozczarował się. Więcej tam nie wróci. Eh, łza na rzęsie mnie się trzęsie. Mój pierwszy raz też mnie rozczarował. Wleciałem jak głupi do sklepu. Przeleciałem wszystkie półki i stwierdziłem – nic tu nie ma. Ale dałem druga szansę i wszystko się odmieniło. Dziś też wstałem o 5:10 i pierwsze co zrobiłem, to sprawdziłem, o której otwierają. Niby nic nie potrzebowałem ale znowu z pełną torbą wyszedłem.

Zrobiłem kotlety zmielone z małym dodatkiem. Jako, że łosoś nie wyglądał świeżo, postanowiłem otwarty ser z lodówki dorzucić do mięsa. Do tego doszły zmiażdżone czerwone fasolki z puszki. Oczywiście nie mogę zapomnieć o sosie rybnym, zamiast soli, której nie używam.

4 białe śmierci:

– sól

– cukier

– mąka

– lekarz pierwszego kontaktu – to chyba po tej aferze z łowcami skór w Łodzi

 

Kotlety wyszły dobre. Do tego moja ulubiona surówka z białej rzodkiewki. Nie wiem czemu nie mogę nigdy osiągnąć smaku tych dań mojej mamy. U niej zawsze kotlety zmielone i surówka z białej rzodkiewki smakują jak niebo w gębie. A mnie wyszły po prostu dobre.

 

Wstałem o 5:10 nie po to, by pojechać do Lidla. Aż tak źle ze mną nie jest. Po prostu obudził mnie mój natarczywy, nieznośny kaszel. Przypomina mi się wyjazd z czasów studenckich do Suwałk. Ula wtedy też kaszlała jak opętana. Dopiero dziś pochodziłem w jej butach. No cholerstwo straszne. Aż mam wrażenie, ze za chwilę gardło zdrapię.

 

Pokaszlałem się więc po Lidlu i w drodze powrotnej zaszedłem do apteki po nowy syrop. Opisałem moje objawy i pan magister już zacierał ręce na zaproponowanie mi czegoś.

– Aha, do 10 zł poproszę – dodałem na koniec niespiesznie.

Panu mina zrzedła, czując, że z utargu nici.

– Za 10 zł to my za dużego wyboru nie mamy.

– Im tańsze tym lepsze te syropy. I dorzuci pan jeszcze witaminę C 1000, dziękuję.

 

Za wszystko wyszło 11,90 z czego 7,90 za turbo witaminę C. Czyli jest syrop do 10 zł.

Co do tego typu lekarstw, to już dawno przekonałem się, że im taniej, tym skuteczniej.

 

Ostatnia wizyta u lekarza skończyła się wydatkiem sporym na medykamenty. I co? Zjadłem już wszystko, a nadal czuję się fatalnie. Ale chyba w międzyczasie złapałem inną infekcję, więc chyba się nie liczy.

Eh, jakżebym chciał być zdrowy.

Na co komu te szóstki w totku, na co komu materialne rzeczy? Zdrowie jest najważniejsze.

 

 

W tym roku wspominałem o motywie ognia, a widzę, że i niebo się pojawiało często.

Patrzę na niebo i widzę jak leci samolot – „St Louis Elegy”

Blue sky blue come on shine your rays on another fool’s day – “Blue Sky Blue”

 

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie!

 

Lucy Phere na 42-im miejscu. Heh, ależ się pani inżynier ze Szczecina ….

Dobrze, że dopiero po wylądowaniu odczyta ona ten post. Jeszcze gotowa awanturę zrobić w samolocie.

I pamiętajmy – nie używamy słowa „bomba”, jak jesteśmy na lotnisku albo w samolocie. Kosztowny to może być wyraz.

Poproszę B jak Bomba za 10 000 dolarów

 

 

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=1aZxKeANsIw]

You carry me around
Like loose change jingle-jangling
At the bottom of your bag
You don’t seem to feel it though
As you swing down the street
Walking that unique birthday-candle glow
In broad daylight
In broad daylight
And you don’t even know… the way I love you

You never knew power, did you?
Y’thought that power was in a strong arm
People passing laws and gold
Tsunamis and Mushroom Clouds

Oh babe that’s nothing..

You think it’s kinda sweet
The stammer and the tremble in my voice
But don’t mistake it for weakness
Or some kind of incompleteness
Cause round about now
I can feel it tingle-tangling
It’s coiled up inside me
And it’s ready to blow

Diamondy

wilno051

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie

Mojej słabości do pewnej wokalistki proszę nie komentować. W sumie, to Britney Spears już dla mnie odeszła do lamusa, mimo tego, że co chwilę nagrywa coś sama albo z kimś. Ostatnio z Will.i.am’em. Kupcia lekka. Królewka pop sili się na akcent brytyjski chyba.
Ryj Jana, czyli Rihanna. Rok temu nuciłem jak mantrę „znaleźliśmy miłość w beznadziejnym miejscu”, a teraz powtarzam po tysiąckroć – jesteśmy piękni jak diamondy na niebie.
Nasuwa mi się od razu pewna myśl – że coś smakuje jak G. Skąd ludzie wiedzą jak smakuje G?
Nie widziałem nigdy diamondów, nie wiem więc jak wyglądają na niebie. Dlatego też nie wiem, czy Ryj Jana mnie nie obraża. Zapewne chodzi o piękność rozczepionego światła? Jesteśmy piękni jak światło przechodzące przez pryzmat? To już sobie jestem w stanie wizualizować. Ale co to ma znaczyć?
Zarzucają Ryj Jance, że sztuczna, że sama od siebie nic, że słabizna, że nieautentyczność jej drugim imieniem. Oczywiście jadem tak plują w Polsce. Powiem tak, jeśli dziewczynka od 2005 roku ma na liście amerykańskich hitów numerów jeden tyle samo, co stara królowa pop-u, to o czymś to świadczy. Kariera Madge liczy sobie już lat ze trzydzieści. Fakt, że barbadoska ma dwa numery jeden kolaborując z innymi. Ale 10 zaśpiewała sama.

Find light in the beautiful sea, I choose to be happy

Morze mnie nie przekonuje. Może dlatego, że nie przepadam za dużymi akwenami i dużą ilością wody. Mam respekt przed żywiołami. Ale ja również biorę los we własne ręce i wybieram się być szczęśliwym. No bo jakże by inaczej?
Sam się dziwię, że słucham takich popowych dziwolągów. Nawet pani inżynier ze Szczecina się śmieje ze mnie i nie dowierza. Lany Del Rey pani naukowiec też nie rozumie i nie docenia.
No ja tak mam! Muzyka jest dobra albo zła.
Najnowsza płyta Ryj Jana nazywa się „Unapologetic”. Fajny wyraz. Wydaje mi się, że dziś jestem troszkę anapologetyczny. Chyba przez to ciśnienie.

Ach, zapomniałem nadmienić, że jeszcze 3 razy muszę w tygodniu wstać i Święta.

Dziecku znajomych na szczęście już nie muszę puszczać PSY’aja i koszmarnego „Gangnam Style”. Jakimś cudem przemyciłem Green Jelly i ich klasyk „Three Little Pigs”. Co prawda muszę tłumaczyć, kto to Rambo ale i tak dziecko nie jarzy tej postaci. Więc mu mówię, że to taki jakby Janosik. Walczy o sprawiedliwość. Ciekawe, czy dzisiejszy 5-latek, wie kto to Janosik?
Na szczęście dzieci nie rozumieją, że takie coś co się dziwnie pali, to nie jest papieros. Więc kwestię palenia jonitów w teledysku przemilczam.
Młody tak się wkręcił w piosenkę, że powtarza sobie „chuchnę, dmuchnę i zdmuchnę” zapominając co chwila o kolejności tych czasowników.

Little pig, Little pig let me in…
Well, i’m huffing, I’m puffing, I’ll blow your house in

Co do kwestii Świąt, to mój zapał gaśnie. Miałem pojechać do Białego już w środę ale im bliżej wyjazdu, tym bardziej natarczywe staje się jedno pytanie – Co ja tam będę robił tyle czasu?
Podarki nakupione. Część już zawieziona miesiąc temu, więc waliz mieć nie będę.
Może zabiorę chłopaków do kina? Tylko, że weź wybierz coś dla prawie 6-latka i 11-latka na raz? „Frankenweenie” dozwolone od lat 12. Jak zabiorę tylko starszego, to młody powie – babciu, wujek mnie chyba nie kocha. Aż się serce kraja. Poza tym, Tim Burton i tak jest osobliwy, więc nie wiem, czy i ten 11-latek złapie sens filmu. Czarna to niby komedyja. Już ja to widzę.

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie

Koniec roku się zbliża. Pora wybrać piosenkę roku, no bo zaraz zaczną się rankingi i podsumowania.
Waham się pomiędzy Marillion „Power”, a Angusem i Julią Stone „Draw your swords” i „Yellow Brick Road”. A może Mark Lanegan wpadnie na ranking i chuchnie, dmuchnie i zdmuchnie całą konkurencję?
Sylwestra trzeba jakoś jeszcze spędzić. Jakoś dwie propozycje wyjazdu mnie nie przekonują. Do Barcelony nie chce mi się w sumie lecieć na tak naprawdę jeden dzień. W sobotę na 20:00 byśmy się dostali do hotelu. Cała niedziela zwiedzania i o 8 rano w sylwestra pakowanie się do taksówki na lotnisko. Szkoda mi trochę wyjazdu, bo Barcelonę chciałbym zwiedzić na dłużej. No i przy tej opcji pozostaje nadal problem spędzenia Sylwestra. Przylot do Modlina byłby o 16:00. Wydostanie się stamtąd do domu zajęłoby ze dwie godziny. Czyli już prawie zabawę czas zacząć.
Z drugiej strony jest Londyn. Wyjazd na okres niedziela – wtorek. Tylko co tam robić? I to o takiej porze roku. Byłem tam już z 5 razy, więc jakoś nie patrzę na przód na ten wyjazd. Chyba jednak coś w Warszawie trzeba zorganizować.
Ponoć Hey zagra na jakiejś telewizyjnej imprezie we Wrocławiu! „Mocz przebojów” w TVP2, czy jakoś tak. „Koniec świata panie Popiołek”.

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie

Wczoraj widziałem „Wyjazd integracyjny”. Państwo wróciło z teatru i Pani włączyła TV. Zapytałem się jej po co? Przyznała, że w sumie to sama nie wie. Już lepiej było zostać przy muzyce i alkoholu – wino dla Pań, Żak Daniels dla Panów. No ale jak już włączyło się grające pudło, to postanowiliśmy coś wybrać. Niestety nie było kompletnie nic. VOD się też zepsuł. Mam nadzieję, że się zepsuł, a nie że Pani zapomniała zapłacić … znowu. Mąż się strasznie denerwuje, jak na czas nie jest płacone. Także dosyć często wracaliśmy na ten kanał z „Wyjazdem integracyjnym”, że w sumie sporo widzieliśmy. Ponoć komedia (dla mnie dramat) z obsadą doborową. Prawie wszyscy polscy aktorzy tam grają. Poniżej recenzja filmu.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑