Tag: love

je-sień

Jesień trwa
Rdzawych liści czas
Kaloszy, peleryn i mgły
Jesień trwa
Szpetnej aury czas
Pod płaszcze się pcha (…)

Wiem, wiem. Żadna jesień. Dwa dni lekkiej ochłody. Ale przy tropikalnych upałach 20 stopni Celcjusza, to prawie jak „rdzawych liści czas“.

W końcu można odetchnąć.

Wczoraj odwiedziliśmy Nocny Market, bo Fat Daddy sprzedawał kanapki wietnamskie.

Przyjechała też nasza koleżanka Olimpia z UK, co zajmuje się fotografią żywieniową. Układa jedzenie i robi piękne zdjęcia.

Jakiś niegłodny byłem na sam przód. Ale z biegem czasu zaburczało w brzuchu. No to się namówiliśmy z Olimpią, że weźmiemy jedną kanapkę na spółę, bo ja całej mogę nie zjeść, bo chyba jest albo nie taka dobra, ale nie takim głodny jest. Upału nie ma, a coś mi się na mózg rzuciło – kanapka niedobra!? Słodkokwaśna mnie chyba zatłucze albo zbanuje na instagramie za te słowa. Ale cóż – pałaszujemy. Mniam, mlask. Zerkam na Olimpię i patrzę, czy ona patrzy na swoją połówkę. Chciałem jej buchnąć tę połowę. Ale cholera nie dało się. Banh mi pierwsza klasa. Tym razem była z boczkiem, a nie specjal, jak wtedy co jadłem w Hockach Klockach.

banh mi

Później zabraliśmy się za ostrygi

ostryGA

i na sam koniec za porszetę. Jesssu, pycha ta porszeta. Chrupiąca! Tylko ten bulion mógł być gorący. Ale kanapeczka bardzo dobra.

porszeta

Aha, na Nocny Targu zadałem szyku w moim nowym t-shirt’cie.

tshirt

Państwo na K. z Europy sprezentowało mi koszulkę z Monterey z Kalifornii (kolega z instagrama mówi, że mają blachodachówkę o nazwie monterey z Żyrardowa). Bo byłem kiedyś i oni o tym wiedzieli i taką siurpryzę mi zrobili. Także Cali na piersi i jemy. Ha! Jak zamawiałem churrosy to zagadałem dziewoję przy barze. A właściwie posłużyłem informacją. Okazało się, że pani z … Californi właśnie! Ten tiszert to jakiś babe magnet.

Chociaż najlepszy magnes to piesek wyglądający jak mały lisek kolegi Słodkokwaśnej. Żadna nie przeszła obojętnie – ooo, jaki ładny piesek!

A piesek postawiony na ziemi biegał dziwnie, jakby na baterie byl. Podrygiwał jakby. Ale fajny piesek. Szczekliwy za bardzo, ale fajny.

Po prawej stronie budki Fat Daddy były hambuksy, a po lewej czipsy. Dymiło się z obu stron. Ale to stoisko z czipsami wyglądało tak, jakby się fest jarało w środku. Kłęby dymu wylatywały na ludzi. Nie wiem, kto chciałby takie ziemniaki jeść. Także staliśmy w oparach. Dziś, teraz jak patrzę na moją koszulkę, to czuję ten zapach, to miejsce, te smaki.

Dobrej jesieni wszystkim. Jutro żar powraca!

espresso

Aaa, porzuciłem sudoku na rzecz takich kratek! Cholera, trudne pioruńsko. Skala trudności od 1 do 5, a ja na 3 level’u już sobię łamię głowę. Wycieram, poprawiam i ni czorta nie widać obrazka. Jak na razie ze 3 mi wyszły. Ale łamigłówka świetna!

brainbraker

polska, biało-zieloni

Hejka kochani. Jak się macie? Bo ja całkiem OK.

Na sam przód doniosę, że e-nabyłem bestseller autorstwa Kasi Nosowskiej. W księgarni obok roboty, co nie mieli już, chcieli 39 zł. W empiku – 31. A żem się zdziwił, że merlin jeszcze żyje. Brawo merlin – 25 zł.

Chyba po raz pierwszy dałem się oszukać w sklepie internetowym. 9 dni temu kupiłem opiekacz/toster. I tak wczoraj poczułem, że czegoś mi brakuje. Strona www sklepu jakaś mało przyjazna. Brak telefonu. Cóż, wypełniłem formularz. Dostałem info zwrotne, że dziękują za kontakt i na pewno się odezwą. To czekam. W sumie mało kosztował.

Taki dziś jestem biało-czerwony i patriotyczny. Wczoraj przecie nasi grali z Czile (biało-czerwoni równie ale z niebieskim). I prawie wygrali. Ale najważniejsze, że nie przegrali. Choć było blisko. Lewa noga Lewego bardzo dobra. Bramka piękna.

Chyba i w siatce nasi albo nasze kogoś zdemolowali/ły.

Także duma, patriotyzm, czerwono-białość.

A na sam koniec dnia uczta! Festiwal polskiej piosenki. Ci, co ponoć widzieli, mówią, że są w szoku i niedowierzaniu. W internecie relacje z Opola też numerem jeden na kilku, dużych portalach. Ponoć pisanie o tym festiwalu jest żenadą samą w sobie lub żenadą równą samemu festiwalowi.

Cóż. Nie widziałem, nie wiem, nie znam się. Słyszałem tylko w Trójce, że Tulia miała być pewnym faworytem do debiutów albo premier. To te ludowe dziewczynki, co tak na śniegu coverują przeboje. Na przykład Enjoy the Silence Depeche Mode i Nieznajomy Dawida Podsiadło.

A propos Dawida. Chłopiec wraca po ponad rocznym odpoczynku. Małomiasteczkowy – jego pierwszy singiel z nadchodzącej płyty taki sobie. Ale dopiero raz słyszane. Dajmyż szansę.

Za to strasznie podoba mi się hymn Męskiego Grania AD 2018.

Bardzo podobający mi się jest tekst. Czuć styl Zalewskiego.

Ja nie chcę iść pod wiatr, gdy wieje w dobrą stronę.

Nie chcę biec do gwiazd, niech gwiazdy biegną do mnie.

Nie chcę chwytać dnia, gdy w ręku mam tygodnie takie miłe.

Takie to miłe

A jak patrzę na teledysk, to mi się przypomina równie fajna kolaboracja:

 

 

Dziś dałem szansę nowej płycie Kanye Westa “Ye”. W USA się rozpisują, poświęcają czas. Czyli dzieło wiekopomne jakieś. Artykuł “Czego dowiedzieliśmy się o Kanye z jego nowej płyty” przeczytałem jednym tchem. No bo ponoć fan Trumpa, ponoć w główce nie wszystko poukładane, ponoć to i tamto. Okazało się, że niczego się nie dowiedzieliśmy. Płyta mało odkrywcza.

Na dzień dobry Kanye “śpiewa”, że myślał o się zabiciu. Ale jednak kocha siebie bardziej niż innych, więc pomyślał o zabiciu innych. O jesssu! Ten koleś od dawna ma coś nie halo z głową. Omijajmyż “Ye” szerokim łukiem.

N-now th-that that don’t kill me
Can only make me stronger
I need you to hurry up now
‘Cause I can’t wait much longer

Święta racja Kanye’u. Wzmocniło mnie po próbie odsłuchania “Ye” płyty. Yeah!

dobrej soboty wszystkim!

 

 

niegrzeczny jak ja

Hejka! Jak się macie? Bo ja świetnie. Kolejny dzień weekendowy i kolejna pobudka o 6.30.

Wracam ja ci z pierwszej części robót i dzownię do kolegi Arka-Zegarka. Bo dziś finał Ligi Miszczów. 9.51 na cyferblacie, a ten zaspany!

– co taki nie w sosie. Obudziłem?

– bo wstałem niedawno

 

Z Mysiami jestem na wczasach. Wstaję o 7.00, a Państwo śpi jeszcze!

Ludzie! Wyśpimy się po śmierci. Szkoda dnia, szkoda leżeć w łożu. Przygoda czeka.

 

No i tak kursowałem dwa razy na trasie Dom – Legionowo. Za każdym razem wybierałem inną trasę, żeby unikać zapchanych dróg. Ograniczenie na Wisłostradzie do 60 kph i ludzie jadą 60! A nie pada. Wracam Modlińską i jeszcze gorzej. A przy ZOO to już kompletna masakra. Ale dojechałem i zakończyłem dzień pracy. Oczywiście zaczęło padać, grzmieć i błyskać. Ciekawe czy pani prof. ze Szczecina już pod stołem siedzi?

Odkrywszy ostatnio ciekawy serial na Feflix – Safe. Gra Dexter. Tym razem gra tego dobrego. Tzn. na razie dobrego. Dostępny jest 1 sezon ośmioepizodowy. Jestem przy 5 i nie nudzi. A jakoś ostatnio nic mnie nie ciekawiło. Nawet „Suits“ odstawiłem, bo się okazało, że ta czarna rzuciła chyba tego Mike’a i wyszła za mąż tydzień temu za księżnika Harry’ego. W TV ponoć pokazywali. Nawet Wombat z tej kancelarii był na weselu.

Powróciwszy do domu pomyślałem o muzyce. Ale stwierdziłem, że oldschoolowy dziś będę i włączę sobie CD. Otwieram szafkę i patrzę na te moje krążki i nie wiem co wybrać. Marillion? Nie, nie trzeba, już pada.

Padło na Toma Waitsa i jego „Bad as Me“.

No good you say
Well that’s good enough for me

 

Pomiędzy sesjami pracowymi poszedłem po śledzie na wieczór. Koło bloku jakiś cymbał przywiązał psa do trzepaka. I albo smycz za długa i pies się nie mógł powiesić. Albo smycz za krótka i pies się nie mógł położyć. Ludzie to są ćwoki. A Fafik fajny. Szkoda go dla takich durnych ludzi.

A gdyby tak pana przywiązać do trzepaka i niech sobie klęczy, bo nie da rady usiąść?

I jeszcze o Nicki Minaj muszę wspomnieć, bo bije tę Cardi B na głowę. Cardi B ponoć ma ze wszystkimi beefy. Wszyscy zarzucają jej, że jest sztuczna i mówi nie po angielsku. Nowa gwiazdka odpowiedziała na swoim Instagramie i szybko usunęła konto. Ale jak wiemy z historii – w internecie nic nie ginie. Poczytałem jej wypowiedź. Miała laska rację i niech się inni od niej odczepią. Ale przepraszam bardzo, po jakiemu to kurna było?! Po blatino? (Ojciec z Dominikany, matka Trynidad = blatino).

No i ta Nicki moja wpadła do SNL na koniec sezonu. Dwa występy na żywo (? albo hmm) bardzo cienkie. Spodobał mi się za to skecz z jej udziałem. 3 przyjaciółki spotykają się w klubie i narzekają jakie to niedobre ludzie na ich drodze pojawiają się. I dla wsparcia i podtrzymania się na duchu śpiewają pisenkę w stylu schola, ognisko, chłopak z gitarą, Bee Gees, Abba, czyli obciach i kaszana. I w pewnym momencie wpada przyjaciółka Nicki, która zmienia nieco tekst piosenki dziewczyn (żeby dopasować ją do swojej tonacji) i zaczyna w swoim stylu wspierać psiapsiółki.

Co będę narratoryzował. Sami zobaczcie (Nicki pojawia się w 2min25sek):

 

Ok, to tyle. Chciałem tylko dać info, że jest ok, wszystko w porządku. Weekendy pracowe aż do 30 czerwca, więc jestem lekko aspołeczny.

Wow, podoba mi się ten Tom Waits!

Hejka!

west coast part 3 – Vancouver

tak, Kanada od jakiegoś czasu chodziła za mną. Na szczęście wiz już nie trzeba, bo na paszport biometryczny wpuszcząją. W grudniu wielka Trójca na wschodzie – Toronto, Ottawa, Montreal. Teraz, przy okazji odwiedzin stolicy grunge’u – Vancouver, gospodarz zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2010 roku.

Zdjęcia/Pictures – Vancouver 30 kwietnia 2018

Na granicy poszło sprawnie. Nie było kolejki. Państwo szybko przepytało – skąd? Po co? Na jak długo? W Jakim celu?

I zacząłem się plątać przy pytaniu skąd.

Z Seattle. Nie. To znaczy, z Nowego Jorku przyleciałem, ale zatrzmałem się w New Jersey. A tak w ogóle to z Polski jestem. Na wakacjach. Zwiedzam. Na dzień przyjechałem.

Chyba głupio to brzmiało, ale zbiła mnie z pantałyku tym pytaniem skądżem ja.

Ooo, Clevland gra w 2. rundzie NBA play offs z Toronto Raptos. Widziałem kanadyjski team kiedyś na żywo, bodajże w 2007 roku. W meczu z New Jersey Nets.

Rozterka z tym kibicowaniem, bo w Cavaliers’ach gra Lebron James – niezłe zwierzę. Fajne się go ogląda. OK, niech wygra lepszy.

 

I kapela się zaczyna rozkładać. W Jalapenos jestem z lapsem, to stukam, to patrzę na tv, na to co się dzieje wokół, to wkładam do pysia oktropne, darmowe nachos, które dają każdym wchodzącym, to popijam Margeritą. No właśnie, przecie Ula z TX miała mieć ksywę Margarita! Chyba.

A nie mówiłem jak genialnie się wybrałem na Zachodnie Wybrzeże? Maciuś bardzo mądrze zabukował bilet na 7.15 rano z JFK. A żeby być po 10 rano w Seattle, a żeby czasu nie marnować. Wszystko niby ok, ale pierwszy autobus ze wsi Fair Lawn odjeżdża o 6 w niedzielę. Na szczęście Oli się zaoferował z noclegiem. 5 pokoi na Kłinsie, to się jeden znalazł. A poza tym chyba się ucieszył, że go ktoś w końcu odwiedził. Taże o 4.39 pobudka, Lyft (konkurencja Uber) i na lotnisku byłem przed 6. Straszny tłok.

Do Vancouver bilet kupiłem na 6.30. “Wstawaj szkoda dnia”. Także następnego dnia pobudka już o 4.40. Na szczęście do dworca miałem 20 minut nogami. Ale też wziąłem Lyfta.

W stanach jeżdżę Uberem lub Lyftem z opcją Pool. Śmiesznie to wygląda jak się ludzie dosiadają. Można poznać tą i tamtą. Ale już nie jeżdżę. Szkoda czasu. Taniej raptem o 1-2$ na krótkiej trasie. Dziś patrzyłem z Hoboken do Fair Lawn. 28$ pool, a normalnie – 33$. Przy pool czas podróży się wydłuża, jeśli ktoś się dosiada, więc taki jest tego koszt.

Co do porannych wstawań i moich porannych lotów – do Los Angeles mam samolot w niedzielę o 6 rano. Na szczęście z Newark, nie z JFK. Także wystarczy z domu o 4 rano wyjść około 🙂

view

Vancouver spodobało mi się od razu. Na pierwszy plan poszedłem do Chinatown. Ciut ładniejsze od azjatyckiej dzielni w Seattle. Fajny ogród dr Sun Yan Sena mieli. Idąc stamtąd do centrum wszedłem niechcący na ulicę, na którj była awaria światła i klimat się bardzo pogorszył. Ale parę kroków dalej już powrócił wielkomiejski glamour.

dzielnia

Obleciałem miasto z grubsza, kierując się do Visitor Center. Już wcześniej moją uwagę zwrócił największy zawieszony most – Capilano Suspension Bridge.

Pani wyjaśniła, że shuttle bus jeździ co 15 min i wciągu 20 min za darmo dowiozą. Wejście do parku 45 CAD czyli mniej niż 45 USD.

1CAD = 2,78 zł

1USD = 3,45 zł

Ale w knajpach jak masz ochotę, to możesz zapłacić amerykańską walutą. Przelicznik 1 do 1, czyli bardzo niekorzystny.

Po drodze mieliśmy 3 postoje przy hotelach i pozbieraliśmy innych.

Nasz pan kierowca ma kota. Na przedzie autobusu stoi słoiczek na napiwki i zdjęcie z napisem – My boss says thank you for your support.

Kotek zbiera na żwirek i jedzenie.

Pan opowiadał ciekawie o mijanych rzeczach, wplatając wymyślone opowieści z życia jego kota.

Żeby dostać obywatelstwo amerykańskie „wystarczy“ zainwestować tylko pół miliona $. Do Seattle zjechało dużo Azjatów na osiedlenie. To się nie spodobało miejscowym, bo od razu koszty życia szły do góry. Chyba Trump przykręcił kurek. Towarzystwo zawinęło się do Vancouver, bo blisko, ale jednak w normalnym kraju. Tak, w Kanadzie też ciągną łacha z Trumpa.

Pan wspominał o bogatej dzielnicy Vancouver, Western Vancouver i Northern Vancouver.

Miasto też klimatem podobne do Seattle – rozłożyste, z wielkimi górami w tle.

I w tej dzielnicy w samym Vancouver pan kierowca wraz ze swoim szefem kotem chciali kupić mieszkanie. Ponoć za milion dolarów kanadyjskich nie ma w czym przebierać. Można trafić kawalerkę. Szef kot powiedział, że nic z tego, bo on to jeszcze ma łóżko do spania ale dla pana kierowcy nie ma miejsca. „Nie bierzemy“ – odparł szybko mruczek. A kawalerka była tak mała, że“

You have to leave the apartment when you want to change your mind

Pamiętam hotel w San Francisco o takiej kubaturze. Ula musiała z bagażami siedzieć na łóżku, żebym ja mógł wejść.

Z kolei w Zachodnim Vancouver, na wzgórzu, domek sprzedawała sama Oprah. Za 17,5 miliona.Ale kotu też się coś nie spodobało i też nie kupili tego. A na serio – w tej części miasta, według prawa, mogą być tylko domy, bloki, sklepy spożywcze i usługowe. Zakaz jakiegokolwiek przemysłu.

Park z mostem zawieszonym fajny. Straszny, bo jak się idzie poń, to strasznie zaczyna kołysać/bujać. Szedłem jak pijany. W parku też zorganizowali to ciekawie. Można było pomiędzy drzewami chodzić – po mniej ruchliwych mostkach lub sztywnych kładkach. Po drugiej stronie mostu – chodzenie po urwiskach. Rewelacja.

Aha, w Kanadzie mają bardzo dobrą kawę. Mówiłem, że prawie jak w Europie się czuję tam. To i kawa musi być dobra.

Można było w Vancouver zostać na noc i jeszcze jeden dzień. Ale zakładałem Portland, bo głosy mówiły, że fajne, ciekawe miasteczko. Gdyby człowiek wiedział, to czego nie wie! Eh.

W drodze powrotnej pan kierowca się obudził dopiero na granicy, że musimy wypałenić formularze celne. Pan się pokajał, przeprosił, a służby amerykańskie powiedziały, że zrobią to z nami ustnie. Fajnie! Bo tak, to by jeszcze parę chwil się zeszło. Dziękuję Ameryko.

I w Seattle i tu bardzo urzekały mnie boczne ulice. Margerita z TX mówi, że takie same są w Austin. To chyba następnym razem należey na rodeo zajechać. Iiiii-haaaaa. Trzeba będzie się Margericie podlizać, jak będzie w lipcu w Wawie.

W Vancouver też mieli łudząco podobną wieżę widokową ale jakoś nie miałem ochoty wjeżdżać.

Ze szczegółów, którymi pan przewodnik się chwalił:

– jeden z największych portów w Ameryce Północnej

– najprzyjemniejszy zimowy klimat w Kanadzie

 

Vancouver fajne. Podobało mi się. Wycieczka dosyć intensywna, nie było czasu na pierdoły.

west coast part 2 – portland

w stanie Oregon. Bo jeszcze ponoć w stanie Maine jest. A gdzie Oregon, a gdzie Maine!

pictures/zdjęcia Portland 1 maja 2018

A czemu nie po kolei, mogą zapytać niektórzy. Ano temu, bo o Vancouver będę się może rozpisywał. A chcę za chwilę na Miasto wyskoczyć. O Portland powiedzieć mogę tylko tyle – jessu.

No ale nie bądźmy niedobrzy.

Na północ (Vancouver) i południe (Portland) udawałem się za pośrednictwem Bolt Busa. Nie wiem o co kaman, ale WiFi mi nie działa. Tak samo z resztą było w tych polskich autobusach. No niby łączy, jest symbol, a ni czorta nie działa. Pisałem, że zeżarło mi 4GB, więc trzeba było szukać jednak sieci. A poza tym Kanada, to obcy kraj, więc tam w ogóle nic mi nie działało. Fotele skórzane w autobusie = ciągłe ześlizgiwanie się. Słabo. W drodze powrotnej z Portland do Seattle, w autobusie śmierdziało szczynami. Niestety, piszę jak było. Słaba akcja. Właśnie, muszę chyba do nich napisać.

Na ulicy PUSTO! Chciałem zajść na lancz. Widzę neon, to lecę. Lokal zlikwidowany. Po kilku takich miejscach znalazłem marokańską knajpkę. Czynna! Porozmawiałem z panią, czy mają lancz, czy można. Tak, tak. Po 5 minutach wyszedłem, gdyż pani się więcej mną nie zainteresowała. A oprócz mnie nie było nikogo. Sklepy pozamykane. Tak mi się wydawało, dopóki nie zobaczyłem ruchu między wieszakami. Ula mi później powiedziała, że Portland jakieś eko jest i oszczędzają prąd. Wyguglowałem w końcu jedzenie. Restauracja Swine przy hotelu. Na szczęście happy hours, wszystko 50% off. Ludzie zaczęli się schodzić po 3 p.m. A po czwartej po południu, to już nawet ulice się zatłoczyły. Nie, przepraszam, nie chcę w błąd wprowadzać. Nie zatłoczyły, a pojawili się ludzie. No chyba, że mówię o takim tłoku, co na dworcu Łódź Fabryczna.

A propos pani prof ze Szczecina. Nawiedziła Białystok i pisze do mnie tak – ale czyste miasto. No fakt. Czysto w Białym 🙂

W centrum turystycznym zapytałem się pana, co mogę zobaczyć w 3-4 godziny.

  • księgarnię z milionowym zbiorem (największym w USA lub na świecie wręcz)
  • muzeum sztuki
  • muzeum historii Oregonu

Już wtedy zapaliła mi się czerwona lampka, że coś nie tak jest. Zapytałem o coś na zewnątrz, jako, że zwiedzanie tych miejsc zajmie mi cały czas i miasta nie zobaczę. To pan polecił wzgórze uniwersyteckie. Niby 20 min. Dotarłem do kampusu szybko. Tramwaje mają fajne, czyste. Ale góry nie widziałem, więc wróciłem do centrum. Autobusy mają syfiaste. I ludzie jakby mniej starali się o swój wygląd.

 

Mam! Znalazłem! Przypomniałem sobie! Widzę, że w moim kalendarzyku naskrobałem kilka słów w drodze potwornej, tzn. powrotnej o Portalnd. Autocytuję więc:

Ciężko coś miłego powiedzieć o Portland. W sumie można było 2 dni w Vancouver zostać. Ale cóż. Byłem, przyjechałem, zobaczyłem.

Można było wcześniej pociągiem wrócić. Ale cóż, było minęło. 2 godziny wystarczyły na Portland.

To może o pozytywach:

  • ciekawy akcent. Miałem problemy ze zrozumieniem
  • zielono, dużo drzew na mieście, wzdłuż ulic
  • czysto

to tyle.

Na Zachodnim Wybrzeżu dużo bezdomnych, żebrzących. Ale tu ci ludzie wyglądają … brzydko, jak członkowie Kelly Family. Brudni, zaniedbani, tak jakoś upośledzenie. W Seattle tego nie było. Jak się ogląda horrory i widzi się w oknach twarze ludzi (?) zaglądających do domu, to właśnie tak tu ci bezdomni wyglądali.

Szczytem było jedno miejsce, gdzie leżeli grupą na chodniku i nie szło przejść.

Część tych osób robi jakieś zamieszanie – krzyczy, rozmawia samo ze sobą (cóż, ja ze sobą też rozmawiam. Bo z kimś mądrym fajnie pogadać), gestykuluje, jakby opędzało się od swojego niewidzialnego towarzysza. W NYC tego aż tak nie widać, bo klimat dużo chłodniejszy.

 

 

Portland, Oregon, The Beaver State, 01/05/2018

Ha, ten beaver bardzo im pasuje!

west coast part 1, czyli smells like teen spirit

a właściwie powinno być „…part 3“ bodajże. 2009 San Francisco, trasa nr 1 wzdłuż wybrzeża, 2010 San Diego, LA, Santa Barbara, Malibu.

13. raz jednak tu jestem, to gdzie można jeszcze by tu pojechać? Gdzie oczy poniosą. Padło na Seattle. A jak tam, to już blisko mamy do Vancouver i Portland w stanie Oregon.

Pictures/zdjęcia Seattle 30 kwietnia – 02 maja

Początkowo miałem spać gdzie indziej każdą noc. Ale ostatecznie postawiłem na trzy noclegi w stolicy grunge’u.

A czemu Seattle? Bo wielkim sentymentem darzę to miasto. Uwielbiam serial The Killing, uwielbiam/łem grunge.

W większości filmów, czy seriali miasto jawi się we mgle, mroczne, deszczowe, nieprzyjemne. Ale jednak intrygujące. Jak to miło się rozczarować. Było słonecznie i nawet ciepło. Raz jak chciało popadać, to akurat wyjechałem do Kanady.

Poczułem po raz pierwszy dobitnie, co znaczy „histora“.

Pamiętam jak dziś, jak Courtney Love na cmentarzu czytała list pożegnalny męża!

It’s better to burn out than fade away

Ostatnie słowa wokalisty Nirvana w liście pożegnalnym. Klub 27. Kiedyś się wydawało, że to taki poważny wiek. A teraz? Że to dzieciak był. Szkoda chłopca.

Ale ja i tak fanem Pearl Jamu byłem. Jak się okazuje, jedynego ostałego się przedstawiciela wspomnianego gatunku muzycznego.

Groby Andrew Wood’a (Mother Love Bone) oraz Jimmy Hendrix’a gdzieś w stanie Washington. Prochy Layne Staley’ego (Alice in Chains) w rękach prywatnych. Chris Cornell odpoczywa w LA. Także gdzie ten grunge? Gdzie te ikony?

A co do Kurta, to okazało się, że prochy rozsypane gdzieś nad oceanem. Nie ma grobu jednak. Yoko Ono grunge’u (jak określili ją bohaterowie filmu „Sprzedawcy/Clerks“) sprzedała dom, a nowi właściciele postawili szlaban, bo mieli dosyć inwazji fanów i nawet nie można już domu zobaczyć. Pytam się kierowcy Uber, po co ona dom sprzedawała? Kasy nie ma? Nie wiesz, jak jest drogo dom utrzymać – usłyszałem w odpowiedzi. No ale akurat jej chyba kasy nie brakuje. No nic. Jej sprawa. Narkotyki za darmo nie są. Klub The Crocodile odwiedzony. Wszedłem i wyszedłem. Gdybym miał 17 lat… tzn. 21, to bym został. I na tym pozostawmyż opis klubu.

Co prawda, można było zobaczyć taki pomnik kamień o nazwie Black Sun, o którym śpiewał Soundgarden, ale to trzeba by było iść, a iść.

Zdesperowany wyguglowałem chociaż „pearl jam grunge places“. I dostałem:

– w tej kafejce ten z tym się spotkał

– tu nagrali coś tam

– w tym miejscu zagrali koncert, który uwieczniony jest w teledysku „even flow“

– tu stał na rogu

– tam się potknął

i takie tam pierdołki.

Także grunge to historia. Miasto zupełnie nie pasuje do tego gatunku. Ale jak powiedział pan Uber – miasto się mocno zmieniło. I wsumie nie ma co się dziwić. Ładne, czyste miasto. Dużo inwestycji z wielkiej płyty, to znaczy dykty.

Grunge sobie podarowałem i postanowiłem zwiedzać miasto.

Na sam przód jadąc z Lotniska, wysiadłem w China Town. Jedno chyba ze słabszych dzielnic. Ale zarazem z dużym akcentem Wietnamu. Brama na wejściu jest, także wszystko się zgadza.

chinatown

Zobaczyłem Go Poke – hawajska knajpka. I było to dobre (surowe ryby marynowane lub nie w sałacie i innych dodatkach).

go poke

Poke (fish salad)

Poke /poʊˈkeɪ/ (Hawaiian for “to section” or “to slice or cut”) is a raw fish salad served as an appetizer in Hawaiian cuisine, and sometimes as a main

Podróże kształcą.

Ludzi na mieście nie za wiele. Pustawo wręcz rzekłbym. Ale ponoć to niedziela, więc nie dziwota. Najwięcej tłumu było przy Pike Place Market.

market 1

Fajne miejsce – owoce, warzywa, owoce morza można kupić. Zadziwiły mnie fioletowe szparagi. I oczywiście od groma miejsc, gdzie można przysiąść i skonsumować.

market 3

Parki, parczki też są. I mają takie totemy hawajskie, alaskowe. W ogóle Seattle i Vancouver to dużo urody azjatyckiej, hawajskiej i alaskiej.

totem

Podoba mi się Seattle z jeszcze jednej strony. Jest górzyste. No może nie są to ulice San Francisco, ale powspinać się trzeba. I uwielbiam trawaje i te ich trolejbusy, czy jak to zwać – streetcars. I robi na mnie wrażenie, jak widzisz panoramę miasta, albo jakąś jego część, a w tle wielkie góry nieumiętnie schowane w chmurach.

Dużo bezdomnych. I to mnie w sumie zaskoczyło. Bo ta część Stanów, co prawda na Zachodnim Wybrzeżu, do najcielplejszych chyba nie należy. Tak mi się wydawało. Więc raczej bardziej na południu powinni się wylegiwać – San Francisco lub Los Angeles. Ale w Vancouver pan przewodnik rozwiał wątpliwości. Kandyjskie miasto jest najcieplejszym miastem w zimie. Śniegu ostatnim razem mieli jeden dzień. Jak się pojawił, tak i szybko znikł. Także bezdomni byli. Leżeli sobie i już. Po raz pierwszy trzymałem portfel z przodu. Po raz pierwszy rozglądałem się dookoła przechadzając przez równe zakamarki. Po raz kolejny szedłem tam, gdzie oczy niosły, nie patrząc w jaką dzielnię wchodzę. Tak po 22 się zastanowiłem, czy jak by ktoś szedł z naprzeciw, to ja bym skręcił, czy raczej nie? Ale mam wzrost, wagę, mały nie jestem, czyli z daleka też mnie widać. I sobie szedłem po pustych zakamarkach obrzeży China Town. Przecie wiadomo, że Azjaci są mili i fajni! Tym sposobem zasedłem do knajpy etiopskiej. Taki pikantny tatar podany na naleśniku (nazywanym chlebem) oraz z kupką ciepłego szpinaku i kupką sera białego (bardziej do szopskiego, niż do fety podobny. Ale pewnie to jakiś afrykański ser był – home made tak stało w menu). Pan i pani się dwa razy pytali, czy ja oby wiem, że to surowe mięso jest i czy ja napewno zjem. Odpowiadałem, że jeśli to wołowina, to nie ma sprawy.

etiopia

Jedzenie bardzo słabe. Jalapenos papryczki zabiły smak mięsa. Mordę tylko wypaliło. Nasze tatary są bardziej smakowite. Na koniec powiedziałem państwu, że w Polsce też jemy surową wołowinę ale z cebulą i ogórkiem kiszonym. Wielce zadziwieni byli, tym towarzystwem mięsa wołowego. Eh, ślinka cieknie. Już wiem, co ugotuję sobie pierwsze, jak do domu wrócę!

AirBnB wzięte po raz czwarty okazał się w końcu dobry! Przytulny pokój. Czysto, schludnie, w pełni wyposażone mieszkanie. Duża garderoba, łazienka, pralka i suszarka. I mają w pokoju bed wall albo wall bed. Muszę chyba do tematu w Polsce wrócić tej meblościanki! Mankament – brak wifi, a podczas 3 dni zjadło mi ze 4GB.

Ciekawe jeszcze jest to, że żurawie budowalane są oświetlone. Ciekawe, czy to taka fanaberia, czy może, żeby samoloty widziały? Ale kto tak nisko lata?

crane

Jedyna rzecz, która mi się nie podobała, to wieża widokowa. Ten najbardziej znany budynek w Seattle. Niestety w remoncie, także widać było niecałe pół miasta – wodę, sypialnię i kawałeczek centrum. Ale zamiast 29, tylko 26$. Jak dla mnie – 10$ było to warte.

wieza

Cecha wspólna całego wyjazdu, tych trzech miast – zapach trawy dosyć nachalny. Ale to akurat mi nie przeszkadzało. I like to smoke a doobie every now and then.

potwór z utah

to znaczy powrót. Literówka taka.

Zdjęcia/Pics

Musi trzeba raz jeszcze przyjechać do Utah. Podczas dwóch wizyt nie udało mi/nam się odwiedzić Kanionu Antylopy i Końskiej Podkowy. Prawie 3 godziny z Zion, z Bryce „tylko“ 2 i pół. Gdybyśmy chcieli w drodze na lotnisko zajechać, to sama podróż, niestety, trwałaby 10 godzin. No szkoda. Ale zawsze jest powód, żeby powrócić na ziemie mormońskie. Bo fajne to ziemie, fajni ludzie. Tacy spokojni, niegwałtowni, przyjacielscy. Nasz recepcjonista miał na ladzie wielki ekran. Ze 32 cale. Mówię do niego – wow, ale masz wielki ekran komputerowy!

– w sklepie wyglądał na mniejszy – odparł taki jakiś skonfundowany.

Nie przyszło mu do głowy wymienić. Chwalę zakup mówiąc, że pewnie się filmy fajnie na tym ogląda. Pan nie potwierdził. Dopiero kilka sekund później, rozglądając się po pomieszczeniu, zauważyłem podobnej wielkości tv wiszący na ścianie.

Motel przyjemny. Czysty, duży, z dużą liczbą różnych potrzebnych rzeczy. Najlepszy hotel z 3, w których podczas tej wycieczki mieszkaliśmy. Najważniejsze, że nogi mi nie wystawały. Czyli łóżko długie w sam raz. Motel 9-10 pokojowy, z fajnym ogródkiem obok. Miejscowość Tropic taka mała dziura. Do wszystkiego można było dojść nogami. I lampy uliczne mieli, więc nie ma obawy, że ciemno w nocy. W Springdale nie było lamp i nie było też nam do śmiechu wracając kilkaset metrów do hotelu, idąc poboczem. Na szczęście latarka w telefonie robiła za sygnał świetlny.

Mieliśmy odwiedzić Great Salt Lake w Salt Lake City przed wylotem. Ale padło na Red Canyon kilka mil od Bryce Canyon. Zrobiliśmy pętelkę, spotkaliśmy Niemców i ruszyliśmy w drogę. Sam Park bardzo urokliwy. Mogłoby się wydawać, że ile można czerwonych skał oglądać? Można! Jesteśmy pod wrażeniem kolorów! Bardzo wyraziste, soczyste kolory. Niesamowite.

W Visitors Center kupiłem sobie książkę na pamiątkę. Ni to biografie, ni to przygodowa, ni to o finansach – Wanted Posters of the Wild West. Stories Behind the Crimes. Poczytamy, zobaczymy.

Całkiem przypadkiem trafiliśmy na ulicę z westernów w miejscowości Panguitch. Szkoda, że nie było saloon’u z tymi fajnymi drzwiami. I jeszcze jedna ciekawostka z podróży do Utah. W naszej Tropice odbywają się rodea. Niestety od środy do soboty! No szkoda. Ale następnym razem pojadę do Teksasu i może tam? Zobaczymy. Urokliwy był też napis na płocie gdzieś po drodze – Bulls for sale.

W motelu w Tropice można było wziąć biblię mormońską. Mieli w różnych językach. Pech chciał, że akurat wczoraj były tylko po niemiecku. Dużo zachodnich naszych sąsiadów ponoć odwiedza to miejsce.

W drodze do lotniska zajechaliśmy do urokliwego baru Arshel’s w miejscowości Beaver, w stanie Utah. Bardzo przyjacielska i pomocna pani kelnerka. Lokal taki w starym stylu.

Najważniejsze, że było czysto i dobre jedzenie. Zostawiliśmy pani prawie 44% napiwku. A taki gest mieliśmy. Rachunek nam przypadł do gustu. Widać, że dbają o takie szczegóły. A pani kelnerka, to chyba z Warszawy była, bo do wszystkich mówiła – darling i hon, honey. Tak jak w moim Mokpolu jedna taka pani Krysia – Coś jeszcze kochanieńki? Szynkę babuni dziś polecam. Już chyba kiedyś o tym pisałem, w Białymstoku nie mówi się do ludzi „kochany“, „kochana“, a tym bardziej „kochanieńki“.

Knajpka oraz Bybee Cośtam Motel w Tropica dostały od nas 5 gwiazdek oraz recenzję-laurkę na google’u.

Wbiliśmy się na lotnisko, porzuciliśmy auto i lecimy do Miasta. Samolot pełny ludzi. Wszyscy chyba cały swój bagaż wzięli ze sobą. Nikt nie sprawdza już rozmiarów podręcznych bagaży? Koleś z dużą walizką, a drugi z wielkim plecakiem. Ledwo się pomieściliśmy. W drodze do Salt Lake City wchodziliśmy ostatni, to nam kazali już bagaż podręczny nadać. Teraz na szczęście nie musieliśmy. Czyli szybki wypad z lotniska JFK będzie. Hura. I tak przed nami pewnie 90 minut podróży do domu. Zawsze się z JFK do Jasnego Zielńca tyle jedzie. Eh!

bryce wow canyon

Zdjęcia/pictures

W sumie w jednym słowie moglibyśmy podsumować dzisiejszy dzień, Bryce Canyon. Wow!

Było cudownie. Zupełnie inny park niż wczorajszy Zion. Czerwony, piaszczysty.

Wybraliśmy jedną trasę z tych bardziej wymagających. 3-4 godziny – Navajo Loop i Peek-A-Boo Loop.

Navajo niby łatwe. Ale o mój boże, już na dzień dobry mijaliśmy powracających ludzi. Z językami na brodzie, na czworakach. Nie wyglądało to jak łatwy szlak. No nic, idziemy.

Peek-a-Boo jest połączone z Horse Trail, więc gówno było widać. Dosłownie. Trzeba było pod nogi patrzeć. Świeże odchody, wysuszone, pachnące, no jakie tylko chciałeś. Shit galore – można tak podsumować. Ale ale. Nie było tak źle. Widoki dech nam zapierały. Pysie się cieszyły. Było bosko.

W pewnym momencie Ula pokazała palcem na niebo i mówi, że chyba tam idziemy. To była góra, na której stali ludzie. Okazało się, że to Bryce Point – opcjonalne zboczenie z trasy. 1 mila pod górę. Ale dosłownie POD i 1 mila z powrotem. Poszliśmy. Okazało się, że do tego Bryce Point można było autem podjechać. No cóż. Co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Pyszna wspinaczka w górę i wdół.

Peek-A-Boo oblecieliśmy szybko. Ta końcówka była mordercza. Taki zyg-zag pod górę. Prawie na czworakach, sapiąc i z językiem na brodzie. Ale było warto.

Później objechaliśmy wszystkie punkty widokowe. Kanion ma 18 mil długości i co mniej więcej co mile ma takie przystanki na widoki. Różne. Fajne, mniej fajne.

Na końcu jest koniec planszy i można sobie takie małe kółeczko zrobić. Widoki pierwsza klasa. Koniec parku. Widok na przepaście, na górki, na przeróżne kolory.

Rainbow Point 9115 stóp/2778 metrów.

O ile w niżej położonym Zion było gorąco/ciepło, to w Bryce było tylko ciepło. Wczoraj długi rękaw, dziś o dziwno, krótki. Nienormalny jednak jestem.

Nasz hotel mieści się w miejscowości Tropica. 1990 metrów nad poziomem morza. Pan nam wyjaśnił, że nazwa wzięła się od tego, że zimy ponoć nie zimne, czyli tropikalne.

I ten chłopiec z recepcji i pani z wczoraj osobliwe. Takie spokojne, wyluzowane. Mellow.

I po raz kolejny Ameryka pokazała swoją proklientowską twarz. Ula zrobiła rezerwację na booking.com. 94 dolary za pokój, za noc. Podatki wszelkie wliczone. Pan nam podsuwa paragon – 94$ plus podatek = 115$. Hm. Ula wyjaśniła chłopcu, że No Way Jose. I pan się nie zająkawszy powiedział, że płacimy 94$. W Polsce jestem pewien, że hotelarz powiedziałby My way or no way. Ameryka jest super.

Po odświeżeniu się poszliśmy coś przetrącić. Nie wiem, czy to jest urok miejscowości o nazwie „in the middle of nowhere“, czy to zwyczaje jutańskie (jaki jest przymiotnik od Utah? Jak nazywa się mieszkaniec stanu Utah?), ale knajpy, sklepy zamykają o 21.00.

Obsługiwała nas pani kelnerka o imieniu zjawiskowym – Lato, czyli Summer.

Zapytałem się jej, czy zna kogoś o imieniu Winter. Powiedziała, że zadziwiająco nie zna. Ale zna Wiosnę i Jesień. Ale też zna kogoś, kto zna Zimę. Co na to Grzegorz Lato?

I tu ci taka statystyczna i nieprawdopodobna koincydencja! Dziewczę poszło do koledżu i dzieliło pokój ze swoją … imienniczką! Nieźle! A wmojej klasie licealnej też było dwóch Maćków, ha!

Aaaa, Francuzi nas śledzą. Od wczoraj się mijamy. Shuttle bus, knajpa w Zion, dziś szlak i dziś knajpa w Bryce. Bon Jour people!

utah saints

Pictures/Zdjęcia

W latach 90. A dokładnie na ich samym początku dostaliśmy do domu TV kablową. Stałem się fanem MTV. Oglądałem wszystko jak leci.

Były to szalone czasy rave i techno music. I taka piosenka się pojawiła. Chamski beat, ambient. Ale pan krzyczał „Utah saints. Utah Saints“. Podobało mi się.

2002 rok Igrzyska Olimpijskie w Salt Lake City.

2015 rok wybrałem się na najdłuższe (wtedy) wakacje. I między innymi namówiłem Państwo na pojezdkę. Padło na Arches National Park. Można się tam dostać albo z Salt Lake City albo z Las Vegas. Jeden pies, ważna cena biletów. To padło na mormonów. Na JFK już na dzień dobry 3 godzinne opóźnienie. Coś nie dobrze było z wlewem do paliwa na skrzydle. Także późno dolecieliśmy. Nie ważne. Wycieczka niesamowita.

I teraz też padło na SLC. Vegas dużo droższe, także mormony znowu.

Zabukowaliśmy auto na Thrifty. Według planu lądujemy o 23.59. Tak się Ula zapytała mnie w międzyczasie „A do której czynna nasza wypożyczalnia?“.

– według google do 1 rano

Ale w mailu potwierdzającym wypożyczenie wychodziło, że od 00.00 do 23.59, czyli prawie całą dobę. Zadzwoniłem do wypożyczalni i pani beznamiętnym głosem oświadczyła

– zamykamy o 1, otwieramy o 7

– a co jeśli mój samolot się spóźni? Mamy przechlapane?

– wypożyczalnia jest czynna do 1, otwieramy o 7

 

Lekka panika. Stwierdziłem, że zobaczymy co będzie na lotnisku.

I się okazało, że pani pilot doleciała o prawie godzinę wcześniej!

Ale bagaże nam kazali nadać, niestety! Także czekanie przy taśmie nas czekało. Szybko poszło. Delta jakoś szybko wypluwa.

Wpadamy na Car Rental sekcję i oczywiście kolejka tylko do naszej firmy! BLIN!

Ula zaproponowała, żebym obszedł inne, puste firmy. Jako, że Ula jest stąd, to nie musimy płacić za ubezpieczenie, więc wypożyczenie nie jest aż takie drogie. Zapłaciliśmy już w sumie 79 dolarów za 3 dni.

Dochodzę do Enterprise i rozmawiam z panem ile kosztuje niemałe auto. „129$ bez podatku“. Poprosiłem o zwłokę i pobiegłem do Uli. Okazało się, że Dolar Car cośtam też ogarnia Thrifty klientów. To ja do Dolara, Ula w Thrifty. Ale ni *uja kolejka się posuwa. Powiedziałem, że pal licho te 79$, i idźmy, i weźmy nowe auto. Te 129$ plus podatek to było za SUV, pogadaliśmy z panem, żeby coś mniejszego dał. Jak to w Ameryce – let me see what i can do for you. Nissan Rogue w cenie mniejszego auta, czyli 94$. Od ręki. W Thrifty nadal nic się nie ruszyło. Wzielim!

Po drodze zaproponowałem, że zadzwonię do Thrifty i anuluję rezerwację.

No bo jeśli w mailu piszą, że całodobowa, a w życiu, że do 1 rano, to niestety nie zdążyliśmy i pech. Anulacja. Udało się.

Co mam mówić o Utah i ich parkach?

Przepraszam za mój francuski/pardon my french – prze-kurwa-pięknie!

Zion, Bryce, Antilope – te parki chodziły za mną od dawna. Myślałem, że Zion będzie bardziej jak Arches – górzyste, pustynne. Ale nie, okazało się miksem Yosemite i Arches. Czyli skały czerowne i jednak wspinaczki, drzewa, małe lasy.

Springdale – miasteczko piękne, zielone, tętniące życiem. Moab przy Arches większe było, bo miało skrzyżowania. Springdale nie. Ale bogata gmina, bo autobusy za darmo po mieście. I park dziś też za darmo, bo cośtam.

Wg mapy przeszliśmy większość łatwych tras, średnich w ogóle, a z trudnych też z kilka.

Przy Visitor Center zgodnie stwierdziliśmy, że wybieramy Hidden Canyon. 3 godziny w dwie strony.

Oj było pod górkę! Zadyszani doszliśmy. Pięknie na każdym kroku. Różnorodność. Po lewej masz ściany czerwone od żelaza, a po lewej zielone, zamszone. Tu skałka taka, tam piasek. Tu się musisz wspinać po drzewie, tam po skałkach. A po przysypanych piaskach skałkach ślisko. Dużo ludzi spotkaliśmy. Para z North Carolina była najfajniesza, bo zrobili nam zdjęcia, a my im.

Tak teraz sobie myślę. Miasta mi się podobają. Dają energię do działania, do aktywności. Ale natura? Ładuje baterie. Poznajesz swoje miejsce na Ziemi. Jesteśmy mali. W drodze powrotnej, zszedłem ze szlaku i odkryłem dużą skałę, na której się mogliśmy położyć, poczuć się jak w niebie (przynajmniej ja).

W drodze powrotnej oblecieliśmy jeszcze małe szlaczki i wróciliśmy do wsi.

W knajpie zamówiliśmy sałatki, bo nadal po pysznym burgerze na lancz byliśmy pełni.

Mormońska ciekawostka. Już w 2015 roku nauczyliśmy się, że do sklepu monopolowego lepiej zdążyć. Bo jak zamkną, to szukaj wiatru w polu. Ale dziś nowinka – pytam się pani jakie ma piwo. A ta, że nie może rozmawiać z nami o alkoholu. Ale była tak miła, że podała nam kartkę z listą win i piw. Pytam się, które piwo rekomenduje.

– nie mogę rozmawiać o tym

– ? To poproszę Amber Ale

– bardzo popularny wybór

Hm, siki. Woda, a nie piwo. Ale cóż, podróże kształcą.

Przyznaję uczciwie, sałatka z krewetkami była dobra.

Co do Zion. Przepiękna, soczysta zieleń. Co chwilę byłem pod dużym wrażeniem. A biorąc pod uwagę brąz gór? Niesamowite zestawienie. 22 000 kroków zrobione. Prawie na WTC w Nowym Jorku się wdrapałem, bo mówi apka na telefonie, że ponad 105 pięter.

Zion polecam. Arches też. Ciekawe co jutro w Bryce!

Pogoda świetna! Na dwa dni przed Ula komunikuje:

– sprawdzałeś pogodę na nasz wyjazd?

– nie. Jeszcze nie

– minus 2 stopnie!

– ooo

Ale na szczęście dziś było ponad 20. Tylko nie wiem po co te kurtki brałem!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑