Tag: legend

chuda środa

Jutro wiadomix co jest! Przyrzekam, że ani jednego nie wtranżolę! Rok temu byłem blisko, ale niestety na koniec dnia pękłem. Dałem nawet wpis, że łamiąca wiadomość. Najgorsze było to, że ten pączek wieczorem był już starawy, więc mała przyjemność.

Teraz tak myślę, że jak mam jednak zostać pokonany przez moją słabą silną wolę, to może od razu z rana ze 2 wsunąć? Przecie jak siebie znam, to znowu, robiąc kroki, jakaś cukiernia mnie złapie i zbałamuci!

W Carrefourze dziś ładne takie mieli. Kolorowe. Zapakowane w plastikowe pudełeczka o kolorze transparentnym, czyli moim ulubionym.

No tak teraz myślę, czy to dobry pomysł? Złamać się od razu z rana i zjeść pyszunie, świeże pączusie? Czy starać się nie złamać i znowu jakiegoś starucha przetrącić o 19? Dylematy.

Paluszki sobie się goją. Na jednym cięcie cały czas widać. Na drugim ta linia jakaś przerywana. Pani pielęgniarka mówiła, że nie będzie śladu. Czekamy.

Nadal nie czuję czubków palców. Jak dotykam, to jakby nie moje. Dziwne. Ale pani pielęgniarka mówiła, że tak może być, ale wszystko wróci do normy. Czekamy.

Trochę stopy pobolewają, ale chodzę sobie dzielnie. Żałuję tylko, że biegać nie mogę i grać z chłopakami w bada znowu. Na szczęście na siłkę mogę uczęszczać, więc jakiś tam ruch jest.

Siłownia zmieniona. Jest … inaczej. W końcu w szafkach są wieszaki zamontowane na stałe, więc nie wędrują i nie giną. Szatnia jest jakaś bardziej przestronna. Tylko znowu obsługa numerki rozdaje jakoś nieroztropnie. Non stop koło mnie ktoś się kręci. A dookoła pusto. Dziwne. Ostatnio akurat się ubierałem i jak zakładałem dres to musiałem skakać na jednej nodze, bo ktoś akurat wchodził z lewej, a ktoś wychodził z prawej. A skakać tez nie mogę.

Ciszej jest. (Chamska) muza już tak nie napie…ala jak na starej siłowni. Powierzchnia do ćwiczeń ze dwa razy większa. Na dole ciężary w dwóch salach, a na górze oddzielna część na aeroby i oddzielna na takie tam (na nogi, na ręce, piłki, maty). Fajnie, podoba mi się. Nie ma też napakowanych osób, co śmiertelnie poważnie traktują zajęcia. Nikt tu nie zapisuje w kajeciku, że właśnie podniósł coś z milion razy. Także Nowa Siłka vs Stara Siłka 10 – 1.

A ten jeden to za to, że jak dzieci wchodzą do szatni, to ani be, ani mee, ani kukuryku. Na starej siłce wszyscy mówili „cześć” na wejściu i wyjściu. No może nie wszyscy, ale z 95%. Na nowej siłce z 95% … nie mówi.

Wczoraj pani prof. ze Szczecina zasmuciła mnie wiadomością. Też pisałem na moim blogu o tym panu, że widziałem go nie raz, nie dwa. Ale więcej już nie.

Przyjaciel Kurta Cobaina, Layne Staley’a, Anthony’ego Bourdain’a. Courtney Love wyciągnęła mu pomocną dłoń, kiedy za mocno się zatracił w niedobre substancje. Ponoć rozważali amputację ręki, bo była zmasakrowana nakłuciami. Wokalista Screaming Trees. Miał przygodę z Queens of The Stone Age, z PJ Harvey, z Mad Season, UNKLE. Genialne płyty wraz z Isobel Cambell. Duet z Gregiem Dullim, jako The Gutter Twins. No i solowe płyty ze swoim bandem. Mocny, mroczny głos. Koniec. Szkoda.

 

legendy (nie)miejskie

Candyman. Candyman. Candyman.

Ależ jam się bał tego horroru. Dobra opowieść. I czy wy wiecie, że nigdy w życiu nie wypowiedziałem do lustra trzy razy tego słowa! 

Ale Beatlejuice już tak. I głowa mała! Nic się nie stało. Bummer. Czyli legenda (nie)miejska.

Czarna wołga! Oj to było straszne. O co chodziło z tym autem? Że dzieci porywała? Ale, że co? Chodziło o to, żeby się od domu nie oddalać, czy żeby nie bawić się przy drodze? Daleko od szosy. Uwielbiałem ten serial. Ponoć ta Ania pracowała na tym samym uniwerku co pani prof. ze Szczecina.

Ja się czarnej wołgi bałem. Babcia Stasia straszyła nią. Właśnie. Czy nadawanie imion może być legendą (nie)miejską? Babcia Stasia, matka mojego Taty Stasia i jego brata Eugeniusza. I moja mama Eugenia. Dobrze, że rodzice nie poszli tym tropem i nie nazwali mnie Katarzyniusz albo Katarzyn. Miałem ponoć być Rafał. Brrrr. Wolę już Klaustrofobiusz. Kiedyś wciskałem kit dzieciom Państwa z Europy na K., że tak mam naprawdę na imię. Nawet się chyba dały wpuścić w maliny. Wymyśliłem kiedyś dobre imię, ale wstydzę się go używać – Genitaliusz. Jakieś takie … chujowe.

Na mojej dzielni spotkałem ostatnio auto. Nie czarną wołgę, a biały misiowóz.

Co do legend (nie)miejskich, to opisałem parę historii na blogu – DJ Yamnick i Has(z)ło. No wiadomix, że to się może każdemu przytrafić.

Uwaga! Raz na zawsze wyjaśniam. Przygoda DJ Yamnicka, to nie jest żadna autobiograficzna trauma! To nie o mnie! Mnie się nigdy język nie omsknął jak igła po winylu! Proszę mi tu nic nie imputować!

Co do tej historii, to muszę przyznać, że dostałem ją od mojego serdecznego przyjaciela Radka z pracy, zwanego od tygodnia Daddy, Sugar Daddy albo tato-Radek. Skubany wysłał mi to w robocie. Robiliśmy na jednym open space dzielonym szafami, obrazami i czort wie czym jeszcze. To musiał być jakiś 2007 lub 2008 rok. Siedzieliśmy w innych pokojach, ale raptem 2 metry od siebie. Jak się wstało, to można było się zobaczyć. No i ta cwana gapa wysłała mi maila z przygodami młodego wojaka DJ Yamnicka. Jak skończyłem, to spadłem z krzesła na podłogę i nie mogłem powstać. Po prostu wyłem ze śmiechu. Koleżanki na mnie patrzyły jak na wariata. Mój szef zza ścianki zapytał „Panie Maćku, czy dobrze się pan czuje?”. Nie dałem rady nawet odpowiedzieć. Zwijałem się na podłodze. Jedyne co widziałem, to rozhahahaną buzię mojego kumpla, który sadystycznie wyjrzał zza obrazu popatrzeć na mój śmiech. Dzięki stary!

Od jakiegoś tygodnia kolega jest nazywany przeze mnie tato-Radek, Daddy albo Sugar Daddy. Choć chyba tego ostatniego jeszcze nie użyłem oficjalnie. Dziś będzie premiera. Wyślę mu AjMasaż, że go obsmarowałem nazywając go Słodkim Tatuśkiem. Nie, tu nie ma żadnych seksualnych podtekstów. Radka po prostu szalenie lubię. Jest mega cierpliwy na moje wszelkie zapytania odnośnie ajProduktów. Hmm, dziwne, a czemu do Arka-Zegarka nie dzwonię. Ten też mega szurnięty na punkcie firmy z Cupertino. A z Radziem staliśmy się rodziną, bo wykupiliśmy pakiet office rodzinny. Jakby ktoś chciał, to zapraszamy. W robocie mamy zniżkę, także pakiet Office 365 wynosi “tylko” 300,99 zł/rok. Mamy już 3 członków, czyli na razie 100,33 zł/rok na osobę. Tato-Radek, ja i jeszcze jeden kumpel. Propsy posiadania tego pakietu? 1 TB na onedrive oraz pakiet Microsoft Office. Chętnych zapraszam do kontaktu. Nie, to nie jest legenda miejska. Samiuśka prawda.

O Has(z)ło nie będę nawet zaczynać. To ewidentna legenda miejska. Wy’google’owałem kilka historii z pointą haszło i jednak ta, którą wrzuciłem jest najlepsza. Sztos!

Co do (nie)legend.

Kiedy siekasz malutką papryczkę chilli, to zawsze, ale to, motyla noga, zawsze, wyszoruj ręce po. Z 10 razy! Bo 9 to za mało! Bo będzie piekło. Oczko jak potrzesz po siekaniu, to, oj tam oj tam, powiesz „hej, ale mnie oczko piecze i pijesz dalej”. Ale jak kurczaczki pójdziesz sikać (i jesteś chłopczykiem), to współczuję! Piecze jak diabli. I ten czort Słodkokwaśna się jeszcze z ciebie śmieje. Wniosek? Siadać na siku po siekaniu chilli!

Ale ostatnio odkryłem ciekawą zależność. Tzn. Słodkokwaśna mi powiedział. Szparagi. Jak po szparagach idziesz na jedynkę, to to jest prawda. Nie żadna legenda. Siuśki dziwny mają zapach. I dziś na ten przykład tak sobie myślę w toalecie – oj, czuję, że chyba dziś szparagi jadłem!  A dziwne jest to, że czemu się nie myśli jedząc szparagi – oooo, to siuśki będą miały dziwny zapach dzisiaj? Ten ludzki mózg jest naprawdę zadziwiający.

Rok temu była legenda miejska! Pyton. Kurczaczki, jak ja się bałem rowerem jeździć, bo ponoć wężyk upodobał sobie Nadwiślę. Akurat tam, gdzie rowerowałem się często. I nawet kartkę widziałem, że uwaga, że pyton. Brrr. Brzydzę się wężami i krokodylami.

A jeszcze wcześniej przecie złoty pociąg był poszukiwany.

Legenda (nie)miejska z lat 80-tych. To dla dziewczynek. Niektóre madki krzyczały na swe córki, żeby nie grały w gumę, bo im się … macica obsunie. Serio! Słyszałem to na własne uszy.

Legenda miejska – szczur wyskakuje z klozetu. Oooo, ja pisałem o wężu.

Ostatnia chyba już (nie)legenda. Jakiś bloger kilka lat temu napisał, że chce napisać 40 wpisów na swoje czterdziestolecie. I ponoć mu się nie udało. Oj to ja powiem, że też się do tego przymierzam. I tak sobie rachuję, że to właśnie jest mój 42 wpis w tym roku. Czyli to naprawdę da się to zrobić. Dzięki Bogu ja mam jeszcze 11 lat na ten challenge typu „40 wpisów na 40 lat”.

I tych legend jest bez liku. Ja powiem prawdę. Cudownie mnie się piszę przy moim nowym stoliku. Trochę w łokcie uwiera. Ale za to ile przestrzeni! Zachwyconym tym moim nowym stolikiem jest.

Były legendy to musi być urban. Lubię ten widok!

a planety szaleją, szaleją, szaleją i śmieją się, śmieją się, śmieją

Ktoś napisał, że w piątek w nocy zaćmienie księżyca, planety szaleją, a wielka Artystka odchodzi.

 

 

Nic dwa razy się nie zdarza

I dlatego z tej przyczyny

Zrodziliśmy się bez wprawy

I pomrzemy bez rutyny

Choćbyśmy uczniami byli

Najtępszymi w szkole świata

Nie będziemy repetować

Żadnej zimy, ani lata

Pamiętam, że w 1995 roku, podczas matury ustnej z języka ojczystego, powołałem się na wiersz pani Wisławy Szymborskiej. Oczywiście żaden ze mnie poetolog. Znałem ten tekst tylko dlatego, że w 1994 Maanam na swojej płycie pt. „Róża” zamieścił utwór z tekstem wieszczki.

Czy byłem fanem Kory i Maanamu? Chyba tak. Lubiłem ich granie. Bardziej może zespołowe wykonania, niźli solowe Kory.

Nigdy jakoś śmierć artysty tak na mnie nie wpłynęła, jak odejście Olgi Jackowskiej. Nie miałem nigdy „fazy” na słuchanie kogoś, tylko dlatego, że właśnie odszedł.

A teraz? Od soboty słucham na okrągło Maanamu.

Lubiłem czytać i słuchać wywiadów z Korą. Zgadzałem się z większością jej poglądów. Podobała mi się jej maniera mówienia, opowiadania. Jeśli chodzi o jej twórczość, to była wyjątkowa, jedyna. Nie ma innej takiej wokalistki.

Kiedyś widziałem koncert poświęcony Maanamowi. Kora śpiewałą z różnymi wokalistakmi. I pamiętam Kasię Nosowską w „Ściemnia się” w duecie z Korą:

 

Oj, widać/słychać było różnicę.

Beata Kozidrak też fajnie napisała o Korze:

Opole 79 rok. Miałam 19 lat, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Korę. Przygotowywałam się do występu. Weszła do garderoby i z wielką pewnością siebie stanęła obok, przed lustrem, wzięła moją czerwoną szminkę i pomalowała nią usta. Już wtedy wiedziała, czego chce, ja jeszcze nie… Do zobaczenia.

 

Dobra nie ma co się rozwodzić, bo wiadomo, że o zmarłych tylko dobrze, albo wcale. Ale w przypadku Kory, tylko dobrze i bez końca.

Ja tylko dodam jedno, co mnie urzekło w Korze – miała świetną dykcję! Rozumiałem każdy wyraz wyśpiewany.

Bez mała 2 lata temu, kiedy jechałem Lyft’em (konkurencja Ubera) z Fair Lawn na lotnisko JFK, młoda pani kierowczyni puszczała przeboje światowe (no bo przecie nie polskie) i śpiewała równie dobrze co Beyonce i inne. Zaczęła śpiewać Rihanna’ę i jej hit ówczesny „Work”. Pani wyje, śpiewa, nuci, zawodzi cudownie. Pytam się jej, czy ona rozumie co śpiewa barbadoska. Odrzekła, że nie, że musiała sprawdzić tekst. Czyli nie tylko ja nie wiedziałem, co bełkocze ta pani.

I po raz pierwszy zrobiłem sobie playlistę Maanamu. Z pierwszych wydawnictw (do 1992 roku) usunąłem może po 1, góra 2 piosenki. Po 1992 wybrałem może 1, góra 2 piosenki z każdego albumu. Staro(ś)ć jednak radość.

Wydaje mi się, że był to 2003 albo 2004 rok. Na pewno styczeń.

KORA

 

 

Słowa, słowa, słowa, słowa
Wyrazy cisną się do głowy
Słowa, słowa, słowa, słowa
Ze wszystkich stron zachęcający szept

Ha, ha, ha….

Myślę, myślę, myślę, myślę
Idę ulicą i dziwię się że idę
Myślę, myślę, myślę, myślę
Ze wszystkich stron zachęcający szept

Ha, ha, ha….

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑