Tag: krewetki

chyba się zacznę …

przepraszać z wyspą. Las Palmas to nie moja bajka, nie zamierzam raczej tu wracać. Ale!

Dziś pojechaliśmy na południe wyspy i … jak ręką odjął! Słońce, żar lekki, ale zauważalny. Wakacje, przygoda.

Autobus jedzie w miarę szybko. Coś koło godziny, z czego ponad 15 minut to kręcenie się po Las Palmas. Siedzenia w pierwszym rzędzie nie polecam, bo panowie jeżdżą dosyć brawurowo jak na mój gust.

Wysiedliśmy w San Agustin, bo znajomi znajomych mieszkają.

Kolega kolegi od wczoraj albo dwóch dni jest na emeryturze (choć lat jeszcze nie ma) i zamierza spędzić ją pomieszkując to tu, to w Szwecji. Eh, czy ja takiej emerytury dożyję? Fajny taki mały apartamencik. Niewielka łazienka i kuchenka. Salon nawet spory i sypialnia. Do tego balkon/taras. I widok obłędny – niebo, ocean. Mieszkanie na ostatnim … piętrze, więc nikt im niczego z góry nie będzie rzucał. Przyszliśmy z pełnymi rękami – cava, wino lokalne i truskawki. Pocziloutowaliśmy się na balkonie/tarasie, pogwarzylim nie mało i ruszyliśmy nogami do Playa Del Ingles. Spacer fajny, wzdłuż oceanu.

Zjedliśmy pyszny lunch (ja krewetki i rybka) i pochlapaliśmy się w wodzie.

To znaczy ja się pomoczyłem, bo chętnych więcej nie było. Woda pioruńsko zimna. A jak wiadomo – zimna woda = małe cojones. I faktycznie, zgodnie z przestrogami, fale były dosyć mocne. Ledwo ustawałem prosto, kiedy jakiś bałwan atakował mnie. głowy nie zamoczyłem. Oj nie.

Po wyjściu z wodu, dla szybszego osuszenia, pomachałem sobie rączkami i powyginałem śmiało ciało. I znowu mi jakaś Macarena wyszła. Eh.

 

Po pluskaniu się weszliśmy na pustynię. Wydmy faktycznie robiły wrażenie. Wiadomix Sahara niedaleko. Spore pagórki, wydawało się, że nie do przebycia i ciągnące się są w nieskończoność.

Zostawiłem na plaży odcisk i ruszyliśmy do domu. Hm, teraz tak patrzę, że strasznie dużo selfie albo zdjęć sobie kazałem zrobić. Hm. Dziwne.

Las Plamas faktycznie ma jakiś mikroklimat. Wystarczy wyjechać kilkanaście kilometrów na południe i od razu słońce się robi. Jak wracaliśmy, to jak ręką odjął, ze słonecznej aury zrobiło się szaro, buro.

Ciekawy bar znaleźliśmy po drodze do hotelu. Volga się nazywa. Karta drinków długa, ale prosta. Jedna połowa, to drinki na ginach, a druga na rumach. Połasiłem się na marokański gin z tonicem. Fajny! Ale oprócz napitków uwagę przykuły ściany, a dokładnie portrety nań. Zwierzęca familia.

 

Aha. Wydaje mi się, że jestem w jakimś twilight zone. Tylko w naszym pokoju hotelowym, i to nie zawsze, telefon pokazuje mi odpowiednią strefę czasową. W innych częściach przybytku widzę czas madrycki (czyli godzinę do przodu). Dziś się zerwaliśmy na śniadanie. Pogoniłem towarzystwo, kiedy na zegarku w telefonie zobaczyłem 8:50. W windzie okazało się, że restauracja jeszcze nieczynna, bo od 8 zaczynają.

Nie wiem, coś mi ten iPhone się psuje. Chyba czas na niego nadszedł. A szkoda, taki ładny, amerykański. Sylwester 2017 pamiętam jak dziś. Zakupy w Garden State Plaza. Eh, czas leci. Za każdym razem wzbraniałem się przed zakupem nowego modelu, ale zawsze niefortunne wydarzenia powodowały spustoszenie mojego portfela. Miałem iPhone 6S. Dmuchałem, chuchałem na niego i co? Kraksa rowerowa. Mam X i co? Kilka upadków spowodowało, że coś szwankuje. Widzę to teraz bardzo dobrze. Bateria w 2 godziny drastycznie pada. W czwartek wróciliśmy do hotelu z 9% baterii. Po 3 minutach ładowania zobaczyłem 39%. I tak jest już cały czas. Bateria traci moc, ale bardzo szybko ją odzyskuje, jak podłączę do źródła.  No nic, trzeba będzie się rozejrzeć za nowym. Eh, wydatki i wydatki.

 

moje wielkie greckie wakacje

No wieje! I rozwiewa mnie.

 

Zamierzam obejrzeć wszystkie filmy o Grecji. Grek Zorba. Moje Wielkie Greckie Wesele. Gladiator. Spartakus. Kleopatra. I takie tam.

Wszyscy mówili, że będzie piekło. No i mieli rację. Ale! Ale ja prędko nauczyłem się, że trzeba trzymać się nabrzeża, bo wieje. Bosko wieje. I rozwiewa mnie. Nawet można powiedzieć, że jest chłodno. Czmychając w głąb wyspy znowu czuje się żar i spiekotę. Można spłonąć. I faktycznie, nie czuć tego słońca. A jest i grzeje. Rozchmurzoną ma buzię nasze słoneczko.

 

Mykonos.

Przylecieliśmy z małą przygodą. Nie mogliśmy się oderwać … od rękawa. Zapewniali, że to wina nie samolotu. Dolecieliśmy szczęśliwie. Z lotniska do hotelu było za 15 euro. Odległość z 2 kilometry. Kolejne 600 metrów musieliśmy iść, bo w te wąskie uliczki nic już nie wjedzie. A przynajmniej taxi.

Miasteczko Mykonos mnie oczarowało. Te białe domki, ta niebieskość, te wyślizgane chodniki/uliczki. No uroczo.

Się zgapiliśmy wieczorem. Bo sobie sjestowaliśmy w pokoju. Patrzymy co chwila przez okno, że jeszcze widno jest. No to siedzimy dalej. W pewnym momencie mówię, że jest po 21. Postanowiłem wyjrzeć przez okno i zadrzeć łeb. Ciemne niebo. A na ulicy widno. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że naprzeciw jest sklep z duperelą, który ma mocne światło na ulicę. Sklepy mają czynne chyba do północy, bo tak w jednym powiedziała nam pani. Szarpnąłem się nawet na oryginalną grecką wełnę.

Santorini

Na kolejną wyspę przypłynęliśmy sporym statkiem. Ponad 2 godziny drogi. Na miejscu podbija do nas pan z pytaniem „taxi?”.

– ile? – się pytam

Pan nas prowadzi pod budkę z napisem „shuttle bus” i mówi:

– 100 euro ale zabierze nas do hotelu. 180 euro to ekskluzywnie zabierze nas do hotelu

– za drogo! – mówię mu

– 80 euro – pan schodzi z ceny

– zwariowałeś? – pytam się

– 60 euro – schodzi pan jeszcze bardziej

Odchodzimy od człowieka i szukamy normalnej taxi.

Podchodzi pan inny i się go pytam, czy są tu normalne taxi. Pan mówi „sure” i pokazuje nam … shuttle busy.

– 100 euro – mówi pan – skąd jesteście?

– z daleka – mówię już mocno podirytowany

Ogólnie miał nas zabrać transport z hotelu w ramach ceny za hotel, ale nasz statek miał w sumie opóźnienie 90 minutowe. Pan kierowca dzwonił do nas, ale w ogóle go nie mogłem usłyszeć. Pytam się kolegi, który organizował hotel i kierowcę, czy informował ich o opóźnieniu. Okazało się, że nie, no bo przecież hotel mógł sprawdzić, że nasz prom się spóźnia.

Wkurw mi urósł.

Oddzwaniam do kierowcy hotelowego i ledwo co udaje mi się usłyszeć, że nie czeka na nas już. Mamy wziąć taxi i nam zwrócą.

– skąd? Amerika? – pyta się pan w porcie

– nie. Przepraszam, ale mamy 90 minut opóźnienia. Nie mam czasu na rozmowy. Ile za taxi?

– 100 euro

– nie ma mowy

– a ile dacie? – dopytuje się

– 30 za wszystkich

– ok

Oj dobrze, że to auto z wypożyczalni zwróciliśmy. Oj dobrze. Dróżki wąskie, kręte, jak tu jechać? A nasz hotel dodatkowo w takim miejscu, że już się nie da podjechać. Ponoć nasze miejsce ma 11 kondygnacji. Jak wchodziliśmy od góry, to wydawało się, że to tylko kilka pokoi. Ale cóż, na zboczu stoi, więc pewnie z drugiej strony ma te 11 pięter. Mnie w sumie interesuje basen.

Jak na razie Mykonos mi się podoba bardziej. Ale zobaczymy później.

Grecy przemili. Jedzenie obłędne.

Sałatka grecka nabiera zupełnie innego wymiaru. Owoce morza też. W końcu feta zaczyna mi smakować. Pierwszy raz zjadłem fish egg salad, czyli taramasałatę. Mniam i mlask! Aha, miecznika już nigdy nie kupię w Carrefourze. Tu, to sama rybka rozpływa się w buzi.

W knajpach zaciągają plastikowe, transparentne ścianki, żeby nie wywiało gości i jedzenia za stolików. Tak wieje. Nam pan przyniósł rachunek zgnieciony i wciśnięty w kieliszek, który postawił dnem do góry. Trzeba sobie jakoś radzić.

A że słonko żarzy, to co ja na to poradzę. Muszę trzymać się morza. No wieje! I rozwiewa mnie.

Co do cen, to hmmm – kochane pieniążki przyślijcie rodzice.

Z ostatniej chwili. O 22.10 wrócili sąsiedzi z dołu. Tatuś włączył jakąś pod nózię muzę. Mamusia się wygina w krótkim tańcu, a córka w basenie się pluska z włączonym komunikatorem. Relacjonuje koleżankom, co robi w wodzie. Widać, że tak jak i my są w niebie. Państwo się odzywa, komunikuje ze sobą … po polsku … A to ci niespodzianka.

 

 

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑