Tag: kasia nosowska

jestem zdewastowany

https://www.youtube.com/watch?v=pFBUh3hKKDg

 

 

smutno mi Boże.

 

Usłyszałem przed chwilą w radio, że dziś premiera nastąpiła najnowszej książki Kasi Nosowskiej. Wczoraj przeczytałem kolejne 54 strony i muszę powiedzieć, że za ostro zareagowałem. Ale, bo zawsze jest jakieś „ale”, gdyby ktoś mnie wysłał na bezludną wyspę i pozwolił zabrać 1 000 książek, to nowość Kasi by została w domu. No może to nie bełkot. Kasia ładnie pisze, tylko czasem mam wrażenie, że jest za bardzo zagmatwana myśl, albo nie przystoi prawie 50-letniej pani tak pisać. Zgadzam się z pisarką w sprawie kotów sąsiadów. W punkt wyłożyła racje obu stron.

A bardzo zasmucił mnie wątek I Komunii Świętej. Czułem tę samotność małej Kasi razem z nią. Wzdrygnąłem się tą opowieścią. Także czytam dalej.

Ale nie to jest powodem dewastacji.

W ostatni piątek trenowałem do OnkoBiegu. Aha, Endomondo chyba poczuło błąd kroków (faux pas) i pokazało w końcu trasę mojego, niedzielnego biegu.

Zrobiłem sobie plejelistę o nazwie „running”. I jak wylatuję z klatki, to zwracam się do telefonu tymi o to słowami: Hey Siri, play running playlist, shuffled.

Dlaczego Siri nie nauczono jeszcze po polsku? Kolega ostatnio pokazywał swój Hujajej i po komendzie „OK gugl” telefon słuchał poleceń w języku naszym. Dziwny ten Apple.

No to biegnę. Muzyka motywująca, energetyzująca, hałas tępy, bolą zęby. Ale są też i utwory spokojniejsze. Jak The Unforgiven Metallica’y. W folderze tym są utwory polskie, rosyjskie i … zagraniczne. A tu Fieduk i Endżej śpiewa mi Różowe Wino, a tu ukraińskie Grzyby o Topniejącym Lodzie, a tu Leningrad o wystawie Van Gogha. To lecę, biegnę, trenuję. Muzyka mnie uskrzydla.

W poniedziałek poszłem się przejść, narobić brakujących kroków i stwierdziłem, że jak ten RaiM2 mi do łba wszedł, to może posłucham … Hey Siri, play rosyjskie playlist, shuffled. I skubana zrozumiała „rosyjskie”. To słucham, idę, słucham, się rozglądam, robię kroki. Jest hit „Dzwigatsja”. Nucę, macham rąsią i mi miło, очень приятно. Po jakimś czasie stwierdziłem, że na Grzyby mam ochotę. Przeskakuję utwory i nic. Otwieram aplikację, przeszukuję listę utworów. Są! Ale na szaro. Oooo – pomyślałem – pewnie się biblioteka wykrzaczyła.

W domu otwieram bibliotekę muzyczną moją na iMusic i tu też Griby są na szaro. Przechodzę do profilu artysty i … DEWASTACJA! Usunęli stare rzeczy! Jest jakiś nowy album, który brzmi jak wszystko inne teraz grane, czyli nijak! Bazaru NIET!

Wchodzę prędko na Spotify, jako gość, bo nie mam tam konta. Sprawdzę, jeśli są tam, to to właśnie będzie gwóźdź do trumny iMusic. Już od jakieś czasu, długiego czasu, ta aplikacja mnie irytuje. No i jako nie-użytkownik tej platformy streamingowej też nie widzę Gribów i ich żółtego, debiutanckiego albumu. Jest to nowe nieporozumienie.

Dziś, po kilkudniowej traumie, dzwoni do mnie największy fan Grzybów, Słodkokwaśna. Gadka-szmatka o tym i owym, przełykam ślinę, zbieram się na odwagę i się pytam, czy ma na Spotify na swoim profilu żółty album. Powiedział, że nie wie, ale sprawdzi. To było wczesnym popołudniem. Jest prawie 19.00, a kolega nadal nie dzwoni! Pewnie zdewastował się tak samo jak ja!

Smutno mi Boże.

https://www.youtube.com/watch?v=YC77YSU8oKQ

 

(o)krągłości, czyli jak zostałem zrobiony w bambuko

 

A mam krągłości tu i tam i tyle. Dopóki mogę się schylić i zawiązać buty, dopóty nie będę się martwić swoją physis. Na szczęście w Stanach kupiłem sobie takie lock lace, więc nie muszę się schylać.

 

Nie lubię okrągłych jubileuszy i kształtnych, zgrabnych liczb. Miałem pisać wczoraj, ale w związku ze wcześniejszym zdaniem, nie zrobiłem tego.

Dokładnie pół roku i jeden dzień temu nastąpił początek końca. Koniec świata się zaczął. Mały, wredny wirusek przewrócił wszystko do góry nogami. Nowy porządek świata. Wolnomularze, illuminati i inni podobni pewnie skręcają się z zazdrości, a Hitler się pewnie w grobie przewraca. Zostaliśmy zamknięci, zniewoleni. Maseczki na początku były „be”, mieliśmy siedzieć w domu. A później się okazało, że szmata na twarz to złoty środek, bez którego nie możemy się nigdzie ruszyć.

No cóż, pewnie jeszcze z rok lub półtora zaczekamy na jakieś pigułki, albo szczepionki. A tak, to trzeba jakoś sobie radzić. Szkoda, że latać za bardzo nie można. Do Miasta bym wyskoczył.

 

Dałem się zrobić w bambuko. Jak kupowałem książkę Marka Niedźwieckiego, to wydawnictwo zaproponowało jeszcze nowość od Kasi Nosowskiej. Przecie ja tą panią uwielbiam! Wziąłem.

Książka pana radiowca nawet ok. Taka wideoklipowa. Szybko się czyta, autor się nie rozwodzi. 200 stron w 2 godziny. Tylko przepis na mielone w książce spowodował niemałe zasumowanie. Coś w stylu – WTF?

Ale reszta przygód ciekawa, interesująca.

AlejażemjejpowiedziałaKaśka bardzo mnie się podobała. Błyskotliwa, w punkt, zabawna książka. Może dlatego, że to zbiór InstaStory, krótkich Kasi felietonów. Czytało się płynnie, bez zastanawiania się co autor miał na myśli. Także teraz umościłem się na sofie z IKEA, z własnego pomysłu pomarańczową margaritą i książą w łapie. Najłatwiejszy w tym wszystkim był wstęp i pierwszy rozdział o pazurach/paznokciach, który i tak zaczynał mieć znamiona konfuzji w stylu WTF?, ale na szczęście się szybko skończył, więc na zadziwienia nie było za bardzo czasu. Ale później, to miałem wrażenie, że tego drinka jednak za małego zrobiłem. Co to za bełkot!? O czym ta Kasia prawi w swej książce? Czytam i nie rozumiem. Załamałem się. Po 50 stronach odłożyłem. Dziś ciąg dalszy nastąpi. No zobaczymy. Może autorka pomyślała, że jest żeńskim odpowiednikiem tego pana, co co 2 tygodnie książki wydaje? Remigiusz Mróz? Ten od Chyłki? Mroza jak się czyta, to troszkę boli, ale skubany sprawnie piórem operuje i powieść sama się właściwie czyta. Ale u Kasi? Jakbym Dziady czytał (nie czytałem, od razu sprostuję. A niby po liceum im. Adama M. jestem).

A propos liceum. Używam takiego komunikatora Signal. Kolega polecał. Bo niby tak szyfruje wiadomości, że nikt nie podejrzy. I dałem się namówić. W sumie nie wiem po co, bo ja żadnych kontrowersji nie piszę, spisku nie prowadzę. Ale założyłem. Rozmawiałem z dwiema osobami, z którymi w końcu i tak przeniosłem się na inne platformy. Także zostałem jak ta gapa z tym Signalem. Chciałem kasować już (postanowiłem usunąć wszystkie głupie aplikacje i komunikatory) i widzę komunikat, że moja wychowawczyni z liceum używa Signala! Przecie we wrześniu mija 29 lat jak się poznaliśmy. Już oficjalnie za chwilę będzie można mówić, że znamy się dłużej, niż żyjemy. W marcu, tydzień przed początkiem końca, stuknęło mi 29 lat! A kolejne 29. urodziny już za mniej niż pół roku.

Wracając do Kasi, która zrobiła mnie w bambuko. Lubię jej teksty, jej płyty, jej dowcip, jej dystans do siebie. Fajna babka. Okazuje się jednak, że ta książka to będzie drugie dzieło, którego chyba nie jestem w stanie przyjąć. Koniec i Basta!

 

tu brzoza, tu brzoza

Czyli Płock żąda dostępu do morza.

Hejka kochani, jak się macie? Bo ja super ale w sumie coraz mniej super.

Dziś zaszedłem do sklepu z książkami za nowym bestsellerem autorstwa Kasi Nosowekiej „AjażemjejpowiedziałaKaśka“. No nie ma! Rozeszło się. W Trójce ją teraz czytają. A właściwie Kasia sama siebie czyta. No fanem jestem Kasi i Heya, to kupię, a co mi tam.

Od kilku dni przekomarzamy się z panio prof. ze Szczecina, jaka to super pogoda. Ale oczywiście „żółty skurwysynek“, jak to powiedziała albo uczona, albo ja, określając słoneczko, podczas naszej niedawnej konwersacji AjMasażowej, czai się znowu. Upały nadchodzą. I dlatego właśnie coraz mniej super się czuję.

I tak we wtorek siedzę na lanczu z panem od Państwa z Europy na K. i się zastanawiamy, co by tu sportowego po pracy zrobić. Ja byłem już zrelaksowany po porannej rozrywce na korcie tenisowym. Mój mistrz Sensei Nafa Radal przeczołgał mnie lekko, aż straciłem prawie ochotę na grę! A to przecie imposybilne, bo uwielbiam tenis i mogę grać bez końca.

No i Marcin mówi, że biegać idzie wieczorem. Ja mu odpowiadam, czy boginie go opuściły, że w taki gorąc chce mu się nóżkami przebierać po jednak świeżym, aczkolwiek gorącym powietrzu. No i właśnie wtedy mój starszy o równo dwa miesiące przyjaciel mnie uświadomił, że nie gorąc, a chłodzik. Patrzę ja ci w apkę pogodową i faktycznie stoi 18 stopni o 21.00! To ja też idę biegać. Dzień się dzieje, wracam zjebaniutki do domu i automatycznie idę na rower. I jak tak sobie jadę, to jażemsobiepowiedziałMaciek, przecie biegać miałeś iść. No miałem. Wracam do domu i AjMasażuję się z kolegą, że zapomniałem pójść pobiegać.

No i wczoraj wybiegłem z domu. I już podejrzanie, na sam przód naszedł mnie kryzys. Jak mi się nie chce – płaczę wewnętrznie. Ale uparty jak osioł jestem i jak coś postanowię (tzn. do łba wbiję), to nie ma zmiłuj. Miało być bieganie, to będzie!

Normalnie z bieganiem u mnie zawsze było tak:

– wyjście zdomu! Tragedia grecka. Zawsze milion powódów, żeby nie wychodzić. A to ubrać się trzeba, a to ludzie patrzą, a to nie uczesany jestem, a po co w ogóle biegać?

– jak już wyszedłem i biegnę – pierwsze 20-30 minut: jessssu, po *huj ja w ogóle wyszedłem z domu? Bieganie jest do dupy! Ale durny jestem? Jessu, po co?

– jak już mija ten czas – Run, Forrest, Run! Raz jak pobiegłem, to wróciłem z 22 km na liczniku. Bieganie jest fajne

 

No i wczoraj kryzys, jak nigdy, dopadł mnie na trasie 2 razy. Normalnie chciałem się zatrzymać i zawrócić do domu na 300-nym metrze. A później, na 6-tym km to samo. Ale było tak zimno, że wiedziałem, że muszę biec, bo nie dojdę. Zmarzłem! Ciało było rozgrzane, ale ręce całe zmarznięte. Jak na jesieni! Doleciałem do domu. Na 9 i pół kilometrze słyszę di-em’a (DM). Patrzę. Aha, to kolega z insta się dopytuje, czy jutro aktualne. Moja kolejna ofiara z insta. Tzn. followers nr 8 z insta. Zakończyłem bieganie na 10 kilometrze, ciut przed 60-tą minutą tej mordęgi. I było tak zimno, że nie dałem rady odpisywać na te di-em’y!

Dziś trochę cieplej, to się umówiłem na rower z kolegą z pracy. Podjedziemy do knajpy koleżanki wietnamskiej Djep. Znowu Wietnam, bo …

No i dziś się spotkałem na lancz z followersem numer 8 z insta. W ogóle to tak: mam 71 followersów. Z 60 osób to te, które znałem przed czasem tego medium. Czyli 11 nie znam/łem. Czyli zostało mi jeszcze 3. Muszę w końcu jakieś laski przyobserwować. Te co mam, to znam już długo. Z rudą Ewą się spotykam w lipcu i z Ulą z Texasu. Ale o tym spotkaniu kiedy indziej. W ogóle co za historia z ubiegłego roku z tą Ewą?! Ale wszystko w swoim czasie.

No i niby miałem iść od biura z Puławskiej, od Pana mojego, do biura na Sienkiewicza, do mojej dziupelki i w połowie drogi spotkać się z Rafałem w Vietnamce. Ale…

Ale roboty po kokardkę mam ostatnio, więc wyrwałem się po prostu na lancz.

Bardzo miłe spotkanie. Rafał z agencji szwajcarskiej, także kilka tematów zbieżnych. Ale przede wszystkim kolega to fan Gruzji. Także wykorzystać trzeba tę wiedzę/znajomość. I jeszcze chwila o fotografii i insta porozmawialiśmy i się zrobiły 2 godziny lanczu. Nieśmiały kolega tak na pierwszy rzut oka i jak na pierwsze spotkanie. Ale może to ja tak przyćmiewam? Nie wiem. Jestem ekstraordynaryjny, ekcepcjonalny i takie tam. A może jednak nie ośmielam, a może jednak onieśmielam. Ale ogólnie na plus kolega. Ma poczucie humoru i o to chodzi.

A jedzenie w Vietnamce jak zwykle mniam i mlask. Zapomniałem w sumie Rafała zapytać, jak mu smakowało, bo nigdy wcześniej nie jadł.

Dobra kiedy ten 2 lipca i Ula z Ewą?

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑