Tag: instagram

post

Post? Może chodzi o wpis? A może chodzi o ten okres między pierwszym wschodem słońca po pierwszym nowiu, a jakimś ukrzyżowankiem albo z martwych powstaniem? Nie wiem, zawsze byłem słaby z astronomii.

Eh, kolejny rok mija. Rok temu wrzuciłem post na insta. Eh, to już kolejny, 29 rok 🙂

W każdym bądź razie wiem, że szary wiruje pył i niektórzy mięsa nie jedzą.

Właściwie pan z Europy na K. nie je. Bo w jego wieku już trzeba uważać co się je. Ale Panie z Europy na K., radzę panu raz na jakiś czas wsunąc mięsko, bo jakiś pan taki … agresywny się robisz. I o pracy gadasz. W weekend! Nie trzeba tak mówć. Trzeba celebrować życie, cieszyć się weekendem. Ja, jak wczoraj siedziałem obok pana z Europy na K., to nóż ściskałem w dłoni, bo się autentycznie się bałem. Taki pan z Europy na K. był … ożywiony. I jak szliśmy na fajkę z panią Słodkokwaśnej i Słodkokwaśną, to na ulicy było słychać pana z Europy na K.

I jeszcze butów nie zdjął!

Wczoraj, jak to już od 29 lat bywa, było świętowanie…

Wigilii Dnia Kobiet.

Panie, wszystkiego dobrego!

Nieopatrznie zaprosiłem znajomych na to świętowanie. A bo tydzień temu byliśmy w pysznych Talerzykach i tak czas miło płynął, to się zapytałem, co robią za tydzień w sobotę. Nic nie robili. Myślę sobie, że słaba opcja z tym nicnierobieniem, to zaprosiłem. Ale z góry oznajmiłem, że menu będzie krótkie. Ja nie mam zdolności i weny jak Słodkkokwaśna, który jak robi spotkania, to stół się ugina pod przeróżnościami przepysznymi. U mnie było prosto – sushi i żeberka. Bo post, mięso w odstawce.

Nastawiłem ja ci stół. Sushi poukładałem. Po 12 kawałków na głowę i wpadł pan z Europy na K. i mówi mi dwie rzeczy:

1 nie jem mięsa

2 nic nie jadłem cały dzień

O maryjo! – pomyślałem. Jarmużu mu zaparzę, czy co! Anetka i Słodkokwaśna jeszcze nie przyszli, bo oczywiście lubią przychodzić o innej porze niż na zaproszeniu, a tu sushi znika w okamgnieniu.

– tatara zjedz – mówię do pana z Europy na K.

– nie jem mięsa 

O matko. Strasznie się później kolega unosił w dyskusji. Nawet Słodkowaśną przegadywał i przekrzykiwał, a to nie jest proste. Olimpia z Basią to chyba nic nawet nie mówiły. Szans nie miały.

– żeberko zjedz – cały czas mu z boku szeptałem.

Ale nie zjadł. Dziwny ten koelga. Czy w tym wieku ludzie tak się zachowują? Co mnie czeka?

I jeszcze poprosił o Papa Dance i ich „szary wiruje pył”. Zwariował! A może to Słodkowaśna prosił? Ale co tam, to ja tworzę wpisy na mym blogu, więc to Pan z Europy na K. prosił.

 

Wczoraj debiut miał mój prezent od Uli z Teksasu! Założyłem fartucha! Zawsze o tym marzyłem. Zawsze chciałem wetrzeć brudne łapy w fartuch. I w końcu mogłem. Fajny prezent! Ten drugi też fajny. Ale postanowiłem po rumuńsku przywitać gości, a nie z aparatem.

A od pozostałych Gości dostałem super blokadę na rower. W końcu mój nowy zakup może iść do rowerowni! Dzięki Goście!

Chciałem dla żartu kupić piwo Corona. W USA na poważnie tego nie piją już, bo się boją, bo myślą, że to od tego ten wirus. W Kerfurze w piątek widziałem buteleczki. Ale pomyślałem, że kupię w sobotę. I to był błąd. W sobotę już nie było! Poszedłem do następnegop sklepu – nie ma! W Auchan patrzę – jedna butelka się ostała w sześciopaku. Ludzie powariowali? Na szczęście jakiś sześciopaczek się schował za innymi siuśkami i go znalazłem w ostatniej chwili.

Żeberka chyba za krótko przy-gotowane, bo jeszcze lekko świnką ciągnęły.

Do tatara dodałem pieczarki marynowane i niestety zszarzało mięso. Zapomniałem o tym i zapomniałem nie dodawać grzybków. Pech.

Miały być pyszne naleśniki z cebulką, porem, pieczarkami i orzechami. Naleśniki wylądowały w koszu. Jakieś plackowe mi wyszły. Ta bio mąka orkiszowa jest jednak do dupy. Gluten to jest gluten. Mąka przenna rządzi.

Łosoś przywędzony na zimno mi fajnie wyszedł. Lubię go. 2 łyżeczki soli, 1 łyżeczka cukru. Wsmarowujemy w rybkę. Rybka wodę puszcza i po 3 dniach mniam i mlask!

Ponoć jakiś pan od rządzenia Polską w pewnej sferze stwierdził, że na coronawirusa należy pić alkohol. No i my się wczoraj bardzo mocno zabepieczaliśmy.

Ta japońska whisky to nawet nawet. Ciekawa na spróbowanie. Ale jednak Szkocja, to Szkocja. No i bardzo na plus to single grain. Fajny, jasny, łagodny antybiotyk. Nawet nasz znawca trunków na myszach pędzonych był w uznaniu dla napitku.

Jedzenie jakie było takie było. Ja nie kucharz. Nie znam się. Najważniejsze, że tarta była przepyszna! Niektórzy zjedli 3 kawałki i zabrali 2 na wynos. No pyszota!

Kilka osób zapomniało o wigilii 8 marca. Wybaczam, ja nie z tych, co jak zapomnisz, to koniec z przyjaźnią. Zresztą jego nie zapraszałem nigdy 🙂

100 lat drogim paniom!

otwieram oczy i …

… i nie jest źle. Żyję.

„Dzień! Wspomnienie lata. Lata () tyle słońca w całym mieście, nie widziałeś tego jeszcze. Popatrz, o, popatrz.

 

– Mam nadzieję, że nie będzie już tych upałów – powiedział jakiś czas temu Rafał, wręczając mi zaproszenie na jego ślubo-wesele.

Był też chyba wyraz na K w tym zdaniu, ale nie bądźmyż kurwa drobiazgowi.

Oczywiście aż takich upałów nie było wczoraj. Choć wszelkie pogodynki i przepowiednie zapowiadały apogeum żaru. Było bardzo przyjemnie. Czasem słońce, czasem chmurka. Nie pociłem się bardzo i się dziwiłem, że inni przy stole się wachlują. Znaczy chory jakiś jestem. Przecie każdy kto mnie zna, to wie, że Wachlarz i Poty mam na drugie i trzecie. Jak nic chorym!

Znajomi z insta donosili, że jakieś burze i deszcze nad Wawą ale ja nie zauważyłem. Błyskało się tylko ładnie w nocy ale to tyle. Aha, no i pan młody jak wrócił, po tym, jak uciekł od panny młodej, to jakiś oblany był. Okazało się, że to jednak deszcz, a nie awaria w toalecie. Czyli coś tam kropiło. Zażartowałem nawet do młodych, że pan młody chyba powinien uciec przed przysięgą, a nie po. To może dlatego wrócił? Kapnął się, że to już nie ma sensu. Pani kierownik USC oznajmiła coś koło 18.20, że Agnieszka i Rafał, to już rodzina. Właśnie! Jedna z naszych dyskusji była o tym, czy w tych Urzędach Stanu Cywilnego, to wszyscy są kierownikami? Nie ma młodszych specjalistów na przykład?

A przy stole siedzieliśmy tak: Kasia, Michał (zaczął polewać wódkę, także duży plus), Martyna, Patrycja, Agata, Jarek, świadkowa Bożenka, nie taki już młody Pan Młody, Panna Młoda, świadek Jacek, Paulina i ja. Później był psychiatryk i się poprzesiadaliśmy się jak chcieliśmy.

Dzień przed odwiedziłem szkołę barberingu. Ten mój Turek, to chyba gardło mi poderżnie, jak zobaczy, że kto inny znowu mi całą głowę zrobił. Trudno! Dzięki Marszull za umówienie na seans z uczniami. Byłem modelem. Wleciałem do salonu (duży salon, robiący wrażenie) cały spocony i mokry (czyli w piątek byłem zdrowy jeszcze) i jakoś zająłem, ostatni fotel po lewej. No to pan się bierze za głowę najpierw. Coś do niego mówiłem, a on czasem odpowiadał, a czasem nie. W końcu powiedział, że on na lewe ucho nie słyszy, a na prawę słabo. Zmartwiłem się. Ale później się Andrzej rozkręcił i już było sympatycznie. Czasem faktycznie dziwnie mi odpowiadał, ale to tylko miało swój urok. Chłopak pracował jako fryzjer w Kielcach i rzucił robotę, bo chyba coś z właścielką nie poszło za dobrze. Postanowił po 40-tce zostać barberem. Długo mnie strzygł, ale dokładnie. Przejęty był. Mam nadzieję, że nauczył się czegoś. A ja na nauczyłem się, że to może nie do końca było mądre pójść do ucznia na dzień przed weselem. A co by było, gdyby coś poszło nie tak?

Dobra, porzucam wątek barberingu. Stylówka wyszła OK i już.

Rafała poznałem ponad rok temu w ramach mojego projektu „Poznajmy się”, który stworzyłem z okazji użytkowania instagrama. Rafał miał numer …hm, już nie pamiętam. Jakiś bliski 6. Pamietam dobrze, że bałem się zaczepić, bo miałem wrażenie, że jak zagadam, to ten pan okaże się Wujkiem Staszkiem Mistrzem Ciętej Riposty. Ale jak w Los Angeles się spotkałem z instaFriendem, to w Waw też mogę. Poszliśmy na lunch do Wietnamki, bo kolega nie znał tej kuchni, a ja i owszem i lubię nawet. 2 godziny trwał posiłek. W rewanżu byliśmy w gruzińskiej knajpie na KEN-ie, tam co ponoć Geslerowa rewolucje robiła. Było pysznie. Kolejne spotkanie nie skończyło się dla wszystkich za dobrze, bo byliśmy w Kicie Koguta. Za dużo …pop cornu zjedliśmy. Rafał po powrocie do domu wykonał orle gniazdo i się ponoć Agnieszka śmiała.

I tu pojawia się Agnieszka, przyszła Panna Młoda. Opowieści o dziewczynie były. Tylko okazji do spotkania nie za bardzo. Już nawet myślałem, że Rafał jest jakiś psychiczny i sobie wymyślił ją.

Raz, w sobotę rano, przejeżdżawszy nieopodal na rowerze, wpadłem na kawę. Agnieszka ponoć gdzieś wyszła. Jasne! W sobotę rano?!

Później był opisywany już wyjazd do Berlina. Rafał nic nie mówił o ślubie. Po powrocie taka wymiana ajMasaży była:

– co robisz 27 lipca?

– a co hajtasz się?

– tak

 

Także drugim razem, przejeżdżwszy już wspomnianym rowerem, wieczorkiem, zadzwoniłem do kolegi z pytaniem czy na bronksa nie chcą wyjść, co by przy okazji mogli wręczyć mi zaproszenie. I znowu przyszedł sam, bo ponoć Adze wizyta u stomatologa poszła nie tak. Jasne! Albo ona nie istnieje, albo …przemoc w przyszłej rodzinie – tak pomyślałem.

Podczas picia piwa okazało się, że przyszłe Państwo Młode idzie na koncert Dead Can Dance. Nie pisałem o koncercie? Cóź, równie dobrze mogłem na to nie iść. Jednak aż takim fanem nie jestem. Ale byłem, więc jakby ktoś pytał, to widziałem Lisę Gerard i Brandona Perry’ego na żywo.

No i po koncercie poznałem Agę! Bardzo sympatyczna i pozytywna osoba. Wylądowaliśmy gdzieś pod mostem. Dosłownie. Knajpka pod Poniatowszczakiem na Powiślu. Ponoć Agnieszki ulubione miejsce na lancz i wczoraj się dowiedziałem, że schabowe serwują. I są nawet nienajgorsze. Ale ja o schabowym napiszę za 3 miesiące, jak mi dieta półroczna minie. Teraz powiem tylko tyle, że jak to wszystko okaże się sukcesem, to zjem w nagrodę schaboszczaka. A jak ta dieta będzie pomyłką, to zjem sobie na złość tego kotleta!

Także wieczór pokoncertowy okazał się udany. W pewnym momencie Rafał poczuł się odcięty i coś zamulał na boku. A my z Agnieszką konwersowaliśmy w najlepsze.

27 lipca nadszedł ścichapęk. Pisałem o plażkach egipskich w poprzednim wpisie. Ale to tylko na zasadzie żartu. Z wielką radością uczestniczyłem we wczorajszym wydarzeniu. Gdyby nie to święto, to zaliczałbym pewnie kolejne miasto na Be – Brukselę. Ufff, na szczęście okazało się, że cały dzień tam lało, czyli bym nie pozwiedzał. Nie wydałem też w związku z tym dużo euro-kasy, czyli zaoszczędziłem idąc na ślub i wesele! Brawo ja!

Formalność przed panią kierownik trwała …8 minut. Składanie życzeń ze 3 razy dłużej. Zaraz po tym, Pan Młody uciekł! Pani fotograf zaprosiła na grupowe foto wszystkich, mówiąc, że Rafała doklei później w FotoSzopie.

Wesele odbyło się na rogu Rynku Starego Miasta – w Bistro Warszawie. Fajne miejsce. Kameralne. Także atmosfera była od samego początku. Popróbowałem białego wina, piwa i single malta 8-letniego. Na szczęście przy tatarze, wspomniany już Michał zapytał się czy ktoś ten tego. No jaszka! Butelkę otworzyłem już wcześniej, bo Patrycja chciała drinka. Ale zaraz po odkręceniu butelki zauważyła, że jest whisky, więc zrobiła sobie drinka z wódy na myszach. Ja, odstawiając butelkę wódki do coolera, powiedziałem tylko – oj, zmarnuje się. Oczywiście zrobiłem smutną minę.

Ale wybawił nas Michał i bardzo dużo butelek wódki nie zmarnowało się! Także i rozmowy, i śmiechy i jedzenie były. Później też nóżką powywijaliśmy. Do muzyki różnej. Da się nawet potupać przy klasycznej muzie – „Fear of the Dark” Iron Maiden.

W między czasie było też cygaro. Teraz twierdzę, że dosyć dobre, bo też tam byłem i paliłem, i mam się dziś dobrze. Choć jak zjadłem na śniadanie rybkę wędzoną, to poczułem jakby mi się z buzi kurzyło. Cóż, cygaro palę od wielkiego dzwonu, a okazja była. W sumie to tylko kilka maszków zrobiłem, nie brałem dla siebie całego. Jak się nie pali już prawie 940 dni, to palenie, to nie dość, że żadna przyjemność, to jeszcze, jakiekolwiek przypadkowe maszki, ma przykre konsekwencje dnia następnego. Ale dziś jest jakby ok. Czas na rower pójść.

Taka konstatacja – Rynek Starego Miasta pustoszeje szybko. Turysty chyba nie chcą długo siedzieć, albo mieszkańcy nie zgadzają się na długie siedzenie przez turystów.

Zabawa trwała do białego rana, przeplatana dyskusjami i posiłkami.
I ja tam byłem, wino, piwo, whisky i wódkę piłem. A com widział i słyszał, w blog umieściłem.

mama mi mówiła

że wszyscy rodzimy się superStarami

Kto pamięta takie auto STAR?

Koniec świata, słucham z przyjemnością Lady zGagi! I ten początek posta, to od niej właśnie.

Zawsze uważałem, że dziewczyna ma fajny głos. Repertuarowo wcześniej to tak pod publikę. Ale ostatnie rzeczy? Dają radę. To z filmu „A Star is born” bardzo ciekawe.  Znowu star.

            jestem sam w domu. Jestem na mieście

Dziwne. To w domu, czy na mieście?

Dobra, zostawiam „Narodziny Gwiazdy”, bo ja nie o tym.

Właśnie – przypominam wszystkim Polkom mieszkającym w USA, że już za chwilę „Cold War”w kinach. Proszę pójść.

Co u mię słychać? A nic. Star-e biedy. Dostałem skierowanie na indywidualną terapię. 3 spotkania. 2 już były i ten drugi był super, bo o 7 rano. To znaczy, nie pora była super. Zabieg był na leżance. Można się było zdrzemnąć. Po następnym zabiegu zadecyduje rehabilitant(ka) czy przedłużamy, czy:

– laser wysokoenergetyczny

– fala uderzeniowa

Wszyscy mówią, że fala bolesna jest. Ale PRP (podanie osocza bogatopłytkowego) też miało bardzo boleć. A dałem radę. No nic. Optymistycznym jest.

żyję dla aplauzu!

11 listopada, wiadomo, imieniny Macieja i Marcinów. W związku z tym, że mieszkam na ulicy, przy której mieszkam, to postanowiłem z moim Bonifacym obchodzić imieniny razem, czyli jakoś w maju (?). Także świętowaliśmy gęś u Marcina aka Słodkokwaśna. Co będę się rozpisywał? Na szczęście jakoś mało było ludzi, bo ptaszyska star-czyło dla wszystkich. I pyszne garniry też można było repetować, czy tam dokładać. Mam tu teraz taki apel do pani Slodkowaśnej – Aneciu, pardon mój błąd kroków, faux pas takie. Wychodziwszy, postanowiłem się pożegnać ze wszystkimi zbiorowo. Bon ton przewiduje takie rozwiązania. Omiotłem zwrokiem jak największy fragment pokoju i powiedziałem „cześć”. A wzrok o tej porze i po tak pysznej gąsce wiadomo jaki? Kaprawy. Także nie zauważyłem nieobecności Twej. Nie wiedziałem, że na balkonie palisz, bo mój wzrok tam nie sięgał. Także wybacz.

 

Skóra i dżins, garażowy glamur. Nie jestem pewny co to znaczy

 

Aha, chadzam do tureckiego barbera. Ale chyba mi niedługo ten gardło poderżnie. Wszystko przez właściciela Segmentu. Albercik ma swój zakład dwa lokale od bardzo dobrej włoskiej knajpki. I właśnie szef restauracji polecił mi Albercika, bo sam do niego chodzi i jest kontent. To „poszłem”. Baaaardzo fajne przeżycie i zabieg taki bardzo relaksacyjny. Ogolił, obciął, gębę wymasował, nasmarował, włosy w uszach opalił i takie tam. Najbardziej bolesne było depilowanie dwiema nitkami włosków dookoła i pomiędzy brwiami. Oj! Jedyny dyskomfort tegoż spa, to śmierdzące fajkami dłonie mistrza. Czuć, że je myje po fajce, no ale wciąż czuć ten nikotynowy aromat. Wiem, bo 24 lata paliłem. Powiedziałem o tym Robertowi z Segmentu, a ten uprzejmie doniósł Turkowi. Gardło poderżnie jak nic. Ale poszedłem z taką pewną nieśmiałością raz, drugi i trzeci, i nic! Żyję.

Ale ostatnio mnie znowu Albercik zgrzał. Seans trwa 30 min, bo tylko zarost na twarzy pielęgnowałem, bez włosów na głowie. Mija kwadrans, a ten mnie oddaje swemu uczniowi i wychodzi! Uczeń niestety miał jakąś skazę skóry na dłoniach. Nie wiem – poparzone, egzema, grzybica? Czort wie. Nie znam się na grzybach. I z nosa mu jeszcze cieknie! Zakatarzony!

chwileczkę! To moja ulubiona piosneka, którą zaraz zagrają?

No i ten chłopiec mnie „dokańcza”. Idę do Segmentu, a tam …Albercik pizzę wsuwa! Pytam się – to Ty sobie poszedłeś pizzę zjeść?

– no bo głodny byłem. Cały dzień nic nie jadłem

 

Jak to mówi mama Nosowskiej – frajerstwem nie jest dawnie drugiej szansy. Trzeciej jest.

Turek wyszedł, zdałem relację właścicielowi włoskiego szynku. No i ten znowu uprzejmie doniósł! Oczywiście imiona zostały zmienione. Wszelkie podobieństwo przypadkowe. No mówię Wam, gardło mi poderżnie! Także jeśli kiedyś znajdą moje zwłoki gdzieś w Wiśle, albo przepadnę bez śladu, ale z pięknie zadbanym zarostem, to dzwońcie na 997/112 i donieście na Albercika.

 

rah, rah-ah-ah-ah, roma, roma-ma. Gaga u la la. Chcę twój zły romans

 

Aha. Sportuję się. Na rowerze jeżdżę albo biegam. Rekordy w jogingu biję. Co chwilę endomondo mówi, że rekord 2018 roku ustanowiłem. A na rowerku jeździć jednak nie powinienem – tak doradza indywidualna tereapeutka. Ale dziś się uniosłem i wsiadłem na 2 kółka. Bo słońce, bo wolne, bo tak. Tylko zimno troszku było. Ręka tylko trochę dawała się we znaki.

 

j’veux ton amour, et je veux ta revanche

 

Aha jeszcze raz. Instagram. Wróciłem. Troszkę mi lajki spadły, ale jak to się mówi po francusku? Mam to w dupię (wymów z francuskim zaciągiem). Poznałem nowego użytkownika i może dojść do spotkania z followersem numer 11. Choć teraz tak myślę, że jak Grzesiek czyta mego bloga i jest odrobinę kumaty, to może się na przykład umówić na rower. Przyjdzie wtedy na piechotę, wepchnie mnie do rzeki, buchnie mój rower, a cała wina spadnie na bogu ducha winnego Turka Albercika! To jakby coś się stało ze mną, a Albercik się wypierał, że to nie on, to rzućcie cień na moich followersów z insta!

 

to była perfekcyjna iluzja

 

Jeszcze jeden kolega z insta zaprosił wczoraj na otwarcie wystawki w muzeum UW. Zaczął pan profesor, chyba od wczoraj dyrektor Muzeum Narodowego. Tyradował jak opętany! Ale w końcu oddał głos Krzyśkowi i ten mógł oznajmić, że wysatwa uznana jest za otwartą. Brawo! Jako, że kiedyś z Ulą z Teksasu byliśmy w tym muzeum na prywatnym turze, to oczywiście doniosłem Uli, że nasz kolega takie sukcesy odnosi i takie wystawki tworzy i otwiera. Oops. Krzysztof chyba zapomniał zaprosić gości z zagranicy. Ula kazała pogratulować ale zarazem ochrzanić, że starszych ludzi Krzysztof nie informuje. Także przekazałem wieści naszemu koledze.

Wystawka mała ale wrażenie tego wydarzenia sympatyczne. Nie mogłem niestety zostać na częśći artystycznej – koncert samego Chopina i Paderewskiego. Mam wszystkie ich płyty, widziałem już tyle ich koncertów, no ale akurat teraz nie mogłem. Także powiedziałem koledze, że bardzo przepraszam, ale nie zagrają oni tego koncertu dla mnie i się pożegnałem.

 

nie chce mi się więcej gadać

 

bo pan z Europy na K. tekstuje. Że mam niby przyjść i namówimy razem jego małżonkę, żeby wyjść na dzielnię na małe cośtam. Ale na razie teściowa wizytuje i końca nie widać.

Doradziłem, żeby pan z Europy na K. zapytał się teściowej, kiedy ta wychodzi. Ale chyba ten nie ma odwagi. Dobra, lecę na Hlonda

brzusio mam pełen

Dzień zwycięstwa, maj zielony! Nie, to nie to święto. Dziś w Polsce celebrujemy „4th of July“. Polskie serwisy intrernetowe donoszą, że dzień niepodległości jest wg nas, Polaków, najważniejszym świętem. No to fajnie. Ja wolę moje osobiste święto, które mam około 52 razy w roku: sobota, i ja na podłodze leżący, i ja słuchający muzyki, i ja patrzący o ok. 9 rano na właśnie-wysprzątnięte mieszkanie, i ja uśmiechający się bez powodu.

Wczoraj świętowaliśmy imieniny SłodkoKwaśnej, który ma na imię albo Słodko albo Kwaśna, nie wiem, nie pamiętam.

Brzusio mam pełny od przejedzenia. Nie powiem ile razy już od „wstanięcia“ byłem gdzie i robiłem co (a niech se wszyscy wyobrażają co chcą i tak nie zgadną gdzie i co byłem i robiłem tyle razy).

Jedliśmy przepyszności. Spotkanie na chwilę przerodziło się w InstagramParty i kilka osób czuło się wykluczonych lub mogło poczuć się na wykluczone. #ale #i #tak #nikt #nic #nie #powiedział.

Dzięki spotkaniu mam dwóch nowych followersów na Instagramie – pani_teraz_ma_relax oraz prosiaczka.

Djep powiedziała, że ktoś zajął nazwę Djep, więc wymyśliła sobie username Prosiaczka. Słodko!

Robiliśmy zdjęcia jak głupi i hasztagowaliśmy jak szaleni. Najbardziej śledzonym celebrytą na Instagramie jest #JustinBieber a najczęściej hasztagowanym słowem – #love. Hm, moje zdjęcie nogi gęsi miało i jedno, i drugie, a w ciągu 11 godzin od publikacji lubią je tylko 3 osoby, a wykluczając znajomych – to tylko JEDNA! Gdzie są fani Justina?! Myślałem, że może róznica czasu zadziałała, no ale po 11 godzinach już wszystkie małe fanki powiny polubić najnowsze zdjęcie idola.

A skąd się wziął Justin Bieber? Stąd, że wpadł do nas na imprezę z Seleną Gomez.

Z pyszności muszę wspomnieć o buraczkach, o które prosiłem uparcie. Rok temu SłodkoKwaśna zaprezentował je po raz pierwszy. Były hitem. W tym roku rzuciłem się na nie na sam przód i … kurczę coś nie tak, to już nie ten smak. Roczarowałem się ale po chwili wszystko wróciło do normy i buraki zasmakowały. Nie będę pisał na blogu, … ale … może SłodkoKwaśna nie czyta mego blogu? … Pani SłodkoKwaśnej zdradziła mi przepis na buraczki, to teraz mogę sobie sam zrobić. Właściwie to mógłbym i terez je zrobić, nie mam tylko rodzynek.

Hitem było również danie vege, które SłodkoKwaśna lekko zchillował i wyszło nie mdło, ale ostro właśnie. Przepis od kolegi z Bejrutu, który nie rozdaje przepisów, tylko zabiera je do grobu (szczególnie te przepisy rodzinne). Nie wiem jakim cudem SłodkoKwaśna zdobył ten przepis?

Dowcipów Pawła może pozwólmy sobie, że nie będę cytował, bo po pierwsze, primo, nie pamiętam już i po drugie, primo, były … skandaliczne, kontrowersyjne.

Dla mnie hitem był dowcip z pointą – …jak nie powiesz mamie, to zaraz!

A oto co dane nam było spożywać:

bohaterka
buraczki
noga bohaterki
salata z miasom

I tak najlepszą fotę zrobiła #prosiaczka albo #pani_teraz_ma_relax:

picoftheday

SłodkoKwaśna, dziękuję za zaproszenie, #OSTREżarełko #było!

Jeszcze a propos wczorajszej celebracji – Basia, jeśli to czytasz, to jutro chciałbym do Was wpaść i nacieszyć oko Twoim nowym telefonem. Ta 4 ssie strasznie!!! Ale kolor fajny, ooops, tzn. #kolor #fajny. Przecie gdyby nie ja, to byśmy nadal tam siedzieli u SłodkoKwaśnej i czekali aż apka MyTaxi przyjmie zamówienie z Twego ajFona. #LOL

Co poza tym słychać było.

Było słychać tyle, że byliśmy na ramenie w restauracji TEKEDA:

01 ramen

Ponoć jakaś koleżanka była w tym miejscu, zjadła, zdegustowała się i obsmarowała na fejsie. Właściciel się uniósł, poczuł, przeprosił i zaprosił na poprawione i lepsze menu. Ramen faktycznie palce lizać. Tylko te fasolki endomondo 🙂 im nie wyszły.

01 fasolki

W ostatni weekend zorganizowano Warsaw Restaurant Weekend, który dla mnie zakończył się dużym niesmakiem.

02WRW

Idea była taka – za 39 zł dane jest uczestnikom zjeść dania, pełne dania – deser, główne i przystawka (w odwrotnej kolejności). Trzeba było tylko wybrać knajpę, zapłacić 39 zł, przyjść i w 90 minut skonsumować.

W sobotę byliśmy w Bistro 8 i pół (o ile pamięć nie myli) na Kruczej. Podawano nam szybko i chyba w 20 minut zjedliśmy wszystko. Zupa mi smakowała ale mogło być jej więcej, główne danie – smakowało, deser – sernik – już nie. Najlepsze serniki robi moja mama, więc nie wiem po co ciągle zamawiam serniki gdzie indziej i się #rozczarowywuje. Ciastko pomarańczowe koleżanki smakowało o niebo lepiej.

Dane nam było spożywać:

Krem z zielonego groszku z chrupiącym boczkiem.

Pieczona gicz jagnięca z młodymi smażonymi ziemniaczkami i buraczkami.

Foty robił SłodkoKwaśna, więc nie mogę pokazać. Ale zapewne kolega po odczytaniu tego postu, wrzuci jakiś linczek do zdjęć.

Drugiego dnia poszliśmy do Solec44. Jak dla mnie porážka – porcje degustacyjne! Wyszedłem bardzo zdegustowany. Na pocieszenie mogę dodać, że napitki gratis dostaliśmy. Nie dziwota, bo w każdej szanującej się knajpie klient będący 3 w kolejce i czekający 20 minut do sennej pani barmanki powinien dostać to, co zamawia GRATIS.

Jedliśmy i wege (pani) i mięsne (panowie):

Gryczany żur na wędzonej gęsi – bon żur był, tylko mało

02 przystawka

Pieczony, marynowany w cydrze boczek ze Złotnickiej Białej, buraki i dynia, suszone jabłka, mus z natki – ja się upierałem, że boczek był tylko gotowany. Teraz widzę, że nie. Z tą liczbą mnogą przy jabłku bym nie pzesadzał – dali cieniutki i malutki, o przepraszam, degustacyjnej wielkości, plasterek jabłka.

02 danie glowne

Wędzona panna cotta z rokitnikiem – hm, ledwo zauważyłem ten deser na talerzu.

02 deser

Pani jadła:

Ser kozik na pure z czerwonej kapusty i mięty, z karmelizowaną skórką pomarańczy.

02 wege przystawka

Pieczona dynia Futsu Black od Państwa Majlertów z cukinią, grzybami, śliwką, dymką, ziołami, przyprawami korzennymi i węglem z kory dębu – ponoć bez smaku!

02 wege glowne

Gruszka w czekoladzie z waniliowo-pieprzowym sosem żółte – no tak napisali w menu

02 wege deser

Jesień nadeszła do Warszawy. Na szczęście jest ciepło:

02 wrw koniec kolacji

Jej, jest po 11 rano, a ja nadal niegłodny. To po co wczoraj kupowałem jedzenie jak głupi? Teraz mam dylemat – jeść jeszcze śniadanie, czy już na obiad zaczekać? A co jeśli w porze obiadowej nie będę głodny? Na kolację nic nie mam!

Ojej! Przypomniałem sobie, że jutro mam rosyjski i pani dużo zadała. Z tego co pamiętam, to trzeba było streścić tekst. Grrr. A nie, chyba nie! Trzeba napisać co się ZAPAMIĘTAŁO z tekstu. No to jedno ćwiczenie mam zrobione już 🙂

Na ostanich urokach ja nauczyłem się powiedzenia – żyć na szeroką nogę.

Hm, czemu wspominam to teraz? Kilka chwil po przejrzeniu cen biletów do Miasta…Hmm. очень интересно. очень.

powrót do lat 80.

Dawno nie pisaliśmy, więc na wstępie pożyczę solenizantkom i jubilatkom październikowym wszystkiego najlepszego.
Lata 80. wróciły do łask. Dziś zaczęliśmy z Panią inżynier popisywać do siebie o Izabeli Trojanowskiej i o Bajmie.
Kiedyś umieściłem post o moich koncertach i biletach, które miałem w łazience. Obiecywałem pisać o poszczególnych koncertach ale jakoś nie po drodze mi było.
Teraz napomknę, że mój piwerwszy koncert w życiu, to występ Bajmu w amfiteatrze białostockim. Fanem byłem strasznym. Znałem wszystko na pamięć. Tłum skandował „Józek, Józek“. W końcu doczekaliśmy się. Eh. Nadeszły lata 90., a wraz z nimi znienawidzenie do tegoż zespołu. Straszne znienawidzenie, wręcz wstręt. W 21. wieku, w ramach wykonywania czynności służbowych musiałem wysłuchać aż PIĘCIU, identycznych występów!!! Praca w warunkach szkodliwych. Ale też miałem okazję zobaczyć z bliska paniom wokalistkę, zwaną Beatom Kozidrak. Hm, z bliska nie taka straszna, nawet, nawet rzeknę uczciwie.
Z kolei Iza Trojanowska przewija się ostatnio po necie. Że taka zapomniana, że taki skarb to był, że taka sex bomba. No nie wiem. Nigdy nie byłem fanem jej talentu zarówno muzycznego, jak i aktorskiego. Kojarzę ją tylko z „07 zgłoś się“, gdzie zagrała ex-żonę Sławka porucznika Borewicza oraz z „Kariery Nikodema Dyzmy“. Aktorka jednego grymasu. Drewno w śpiewie i w aktorstwie. A też ją kiedyś widziałem z bliska, wizytując pewien oddział. Dziś na onet piszą o nieznanych szczegółach z jej życia. Ooo, wyjechała nawet z mężem do USA. To może ten aktor z „Suits“ co się nazwywa Gabriel Macht, to jej syn? Bo też z niego artysta jednej miny. Nie wiem czy pani inżynier ze Szczecina życzy sobie, żebym zdradzał jej sekrety, ale muszę powiedzieć o jednym. Ok, to nie zdradzę. Zawoaluję osobę, o którą chodzi. Znam pewną osobę, paniom pewnom, która mieszka, dajmy na to w Łodzi. I ona się strasznie wkręciła, żeby nie powiedzieć zakochała, w tego aktora. Gabriel to, Gabriel tamto, Gabriel cmok, Gabriel mlask. I ona ogląda „Suits“ właśnie dla niego. Czyli jeśli pan aktor jest synem pani aktorki rzeczonej, to koleżanka, dajmy na to, z Łodzi jest … boję się kończyć. Izabela Trojanowska jest jej macochą, teściową lub też synową. A może ojcem?!?! Co za historia.
Wracają do lat 80. Parę dni temu zacząłem odświeżać pewną znajomość. W związku z tym do życia wskrzesiłem dialog zapoznawczy. Można by rzec o tej rozmowie, że to już klasyka gatunku:
– Dawid, привет, как тебя зовут?
– Dawid
No to my uże poznakomilis.
Wykupiłem kurs języka rosyjskiego przy konsulacie warszawskim! Szok.
Grupa wraz ze mną liczy 6 osób. Jak się okazało, jedna koleżanka spadła z grupy wyższej, bo tam była tylko konwersacja i lektorka nic po polsku nie chciała mówić. Jedna osoba w grupie mówi nawet z jakimś cieniem rosyjskiego akcentu, reszta duka i się jąka po polsku myśląc, że to rosyjski. Także nie wypadam blado i nie odstaję.
Kurs znalazłem w poniedziałek, więc szybko zadzwoniłem i dowiedziałem się co i jak. Poleciałem na egzamin i uzyskawszy 92% девушка przydzieliła mnie do grupy A2. Wystarczło tylko zapłacić i już. Nie chciałem tak od razu się określać, więc zapytałem, czy można pieniądze odzyskać, jeśli mi się to nie spodoba. Dziewczynka odrzekła, że po pierwszym miesiącu tak. I tu byłem w kropce, bo do końca miesiąca zostawały jedne zajęcia. Czyli musiałbym zapłacić, pójść na zajęcia i poprosić o zwrot, jeśli nie dałbym rady na kursie. Zapytałem się dziewczynki, czy mogę pójść za darmo na pierwsze zajęcia i zapłacić po nich, jeśli mi się spodoba. Pani spojrzała na, chyba, swego szefa, pana po 50, z pytającym wzrokiem. Pan coś odpowiedział po rosyjsku i nastała cisza. Pomyślałem sobie, że pewnie teraz moja kolej na respond ale, cholera, pan nie zakończył zdania pytaniem, więc nie wiem o co chodzi. Po kilku chwilach odezwałem się „to jak, mógłbym tak zrobić?“. Pan znowu przemówił i tym razem zrozumiałem. Faktycznie bardzo dobre te kursy językowe w tym konsulacie. Postęp widoczny w trymiga.
Na zajęcia poszedłem z zeszytem i długopisem. 5 minut przepisywałem datę! Maryjo, jak się pisze rosyjskie litery! Koszmar.
Jak się okazało data nie była aż tak trudna. Pani napisała wyraz ledwomieszczący się na tablicy. Nie dałem rady powtórzyć. Dochodziłem do trzeciej sylaby i koniec.
IMG_0951
Podsumowując. Zajęcia fajne. Zapłaciłem. Będę uczęszczał.
Napisałem po „ypoky“ (lekcji) do największej ekspertki języka puszkinowego we wszechświecie, żeby podzielić się wrażeniami i żeby dowiedzieć się, czy moja pani expertka umie szybko powiedzieć ten długi wyraz. No i okazało się, że umiała! Szacun. Wyszło też, że to ulubiony wyraz jej Pana. Słowo to bowiem nie znaczy tylko „warte zobaczenia“ ale również „rzecz o dobrych cechach, przymiotach“ (primiet – cecha). Ciekawe czy małysz też umie to powiedzieć? Jeśli tak, to mój poziom znajomości rosyjskiego będzie niższy niż poziom czteroipółlatka! Może lepiej nie pytać.
Kupiłem wczoraj uczebnik, który użytkownicy instagrama widzieli zapewne. Także naukę ponownie czas zacząć.
Uwielbiam wolne piątki. Można na spokojnie wstać o 6.30 i normalnie na godzinę 8.00 pojechać do … Lidla. Kupiłem w końcu przepyszne marcepanowe ciasteczka (o tym też wiedzą użytkownicy instagrama), które zawsze wyżeram będąc u Słodkokwaśnej. Zjadłem pół pudełka, popiłem drugą kawą i jest mi … niedobrze.
O 9.30 przyjechał kolega od mebli z nowym mistrzem. Poprzednia złota rączka wymiękła. Okazało się, że ja za dużo wymyślałem(?!) whatta shocker! A tak chłopiec się chwalił, że on uwielbia wyzwania, i że mi zrobi tak, że będzie super. Hm, nie zrobił, nie dokończył i nie jest super. Zobaczymy co pan nowa-złota-rączka mi zaprezentuje. Jak to się mówi – pożyjemy, zobaczymy!.
Jutro święto zmarłych, zwane również świętem wszystkich śniętych. Czyli zakańczając równie pożyczam wszystkim świętym i śniętym wszystkiego najlepszego. Oby do taty nie zapomnieć jutro zadzwonić z życzeniami. Cała rodzina taka swięta – ja, siostra i mama rodzeni w niedziele, a tato 1 listopada! Rodzina święta jak żadna inna.

2013 in recap

2013 jeszcze trwa ale coś mi się wydaje, że nic więcej na blogu nie powstanie, nic ciekawego się nie wydarzy. Aż dziw bierze, że nie tak dawno podsumowywałem rok 2011, a za rogiem czai się 2014.

Muzycznie nie ma co się produkować, bo nic nie powaliło na kolana. No może z małymi wyjątkami.

Mój top roku wygląda tak (in no particular order):

1 MakKsiążka Powietrzna 

Stukam się w głowę, że tak długo czekałem z zakupem. Fantastyczny zakup, taniej niż w Polsce. Serdecznie polecam

2 Płyta wiórowa z Leroy Merlin

Atak płaczu i śmiechu gwarantowany – http://www.leroymerlin.pl/elementy-mebli-i-okucia/plyty-wykonczeniowe-polki/plyty-wiorowe-laminowane/opinie-plyta-wiorowa-laminowana-swiss-krono-group,p7519,l841.html

3 Spotify

Dlatego właśnie przestałem kupować płyty CD. Kiedyś kaseta była niewygodna i krążek bił ją na głowę. Teraz to już nawet się nie chce włożyć CD do odtwarzacza. Spotify jest wygodny i godny polecenia

4 Aj Fołn

Żegnaj Czarna Jagódko. Z sentymentu doń nie powiem, że BlackBerry ssie! No może nie chodzi tu o konkretnie aj fołna, tylko w ogóle o smartfona. Idea była taka, żeby pokazać jak BlackBerry zszedł na psy. Nawet aplikacja „latarka“ nie hulała jak należy. Bye Bye BB

5 YOLO, FOMO i inne skrótowce

6 Porażka polskiego radio Program 3

Kółko, a właściwie koło wzajemnej masturbacji. Nie da się już tego słuchać. Akcja The Zippers była gwoździem do trumny. A słuchacze oczywiscie – jaka cudowna, akcja, jakie nasze radio jest kochane! Zaczynam powoli wierzyć, że to nie jest stacja dla mnie, skoro ja tego tak nie czuję. Ale nie ma żadnej alternatywy.  Zip Zip polegało na tym, jeśli ktoś nie wie, że ludzie na Stadion Narodowy mieli przyjśc w ubraniach mające suwaki. Kulminacją miało być wspólne zasuwanie w rytm tematu muzycznego „Czterech Pancernych i Psa“. Oczywiście, nie muszę pisać, że ni uja brzmiało to jak „Deszcze Niespokojne“. Oczywiście wisienką na torcie jest coroczny szlagier – piosenka o karpiu (nota bene numer 1 na liście). Nie trzeba też pisać o trójkowych artystach. Jakieś pomioty śpiewające „Idzie Grześ przez Wieś“. Ludzie, toż to publiczne radio, a nie Domowe Przedszkole.

7 Xmas songs massacre

Tu też Trójka wybija się na pierwsze miejsce. Szkoda pisać coś więcej. Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań. Ale żeby nie było tak pesymistycznie, to dziś Marek N, zanim znalazłem pilota do wieży i wyłączyłem radio, zaprezentował bardzo fajny świąteczny song w wykonaniu Marillion.

8 Niemożliwy-do-słuchania-już-Marek-N

Bez komentarza

9 Homeland

Godny polecenia serial. Na szczęście zniknęła z ekranu brazylijska przepiękność grająca żonę Nicholasa Brody’ego. Aktorka jednego grymasu. Ale za to pani grająca Carrie Mathison reweleacyjna. Spojlerujemy sobie z panią inżynier najnowsze odcinki. Oczywiście spojleruje ten, kto pierwszy obejrzał. Oczywiście są to oszukane spojlery. Już kilka razy uśmiercałem w nich głównych bohaterów, żeby nabrać uczoną ze Szczecina. A pani inżynier ze Szczecina ostatnio upodobała sobie ronienie Carrie. Na szczęście w finalnym epizodzie 3 serii Carrie ma brzuch jak w ósmym miesiącu, więc raczej nie poroni. Ale co się stanie z dzieckiem? Czy Carrie wyjedzie do Stambułu?

10 Instagram

Fajna apka. Robię sobie fotki, wrzucam na Instagrama i się śmieję i się dziwie, że ludzie som takie durne i lajkują wszystko co się da.

11 Muzyka 2013

Eminem wydał fajny album. Dawid Bowie zmartwychwstał udanie. Super płyta i koncert w Stodole The Editors. Z piosenek wymieniłbym Sarah Blasko „God-fearing“, The Lumineers „Ho Hey“, Sean Rowe „Downwind“. Dobra, tyle o muzyce, bo znowu jakiś Empik mi z tego wpisu wyjdzie. Ale na koniec dodam koszmary roku. Pisałem już wcześniej o Ti-Laf, o Czechu i o innych. Wspólnie z Paniom Inszynier Se Szczecina dorzucamy Anitę Lipnicką.

12 Kuchnia, kulinaria i inne takie

Strach do SłodkoKwaśnej na weekend zajść, bo cholera tyle tego napichci, że człowiek do tej pory śniadania nie musi jeść. Choć wczorajszy królik jakoś moją ulubioną potrawą nie jest. No alkohol w formie galaretki też nie za tego. Szczególnie wódka z oranżadą – brrrrr. Ale ten likierek z kawą całkiem sympatyczny.

O Eeesu, mam nadzieję, że ten pan z artykułu nie będzie miał za złe, że tak promuję. Ale jest co – http://tytuurzadzisz.pl/losos-raz/

Niniejszym publicznie gratuluję, podziwiam i życzę dalszych sukcesów. Szkoda, że akurat tej zupy nie jadłem. A w domu ostatnio stałem się fanem marynowania warzyw w zalewie octowej. Krok po kroczku nabieram wprawy.

Z innych atrakcji około-kulinarnych/kuchennych też muszę wspomnieć o hobby naszego licealnego kolegi Piotra, który zanurkował w świat whiskey, a w szczególności single maltów. Może nie wszystkie wchodzą pysznie. Torfowa może i smakuje na wejściu, ale na drugi dzień odbija się strasznie. Ale hobby fajne, ciekawe, intrygujące. Kolega nawet nam urządził seans degustacji napitków. Oj, wszyscy wyszli mocno zdegustowani 🙂

13 Bieganie i narty

Biegałem bo lubiłem. Kilkadziesiąt tysięcy kalorii spaliłem, czyli nasiadówki u SłodkoKwaśnej jakoś mi się za specjalnie nie odłożyły. Kilkaset kilometrów przebiegłem (myślę, że coś pod 500 km). A teraz nie biegam, bo … no dobra, przyznam się, bo jestem leniwcem urodzonym w niedzielę. A na nartach byliśmy tydzień temu. U mnie to był pierwszy raz od prawie 5 lat. Eh, pyszna zabawa. Szkoda tylko, że właściciele stoku nie dbają o to należycie i nie ratrakują tras po zamknięciu, żeby rano było płasko i pysznie. Ale przyznaję, że się najeździłem. Dwie wywrotki konrolowane, maksymalna prędkość zasuwania – 59,1 km/h. Kolega miał więcej – 64,5 km/h. To se pogrzaliśmy. Nie dziwota, że nazywają to białym szaleństwem.

14 Necro „Who’s your daddy?“

🙂

15 Warsaw Shore, Ekipa z Warszawy

Szkoda tylko, że nikt z Warszawy w tej ekipie nie jest. Powalające i porażające. Już się nie dziwię, że tak można mówić. Wczoraj Pani inż ze Szczecina przysłała mi jakieś dialogi z życia młodzieży wzięte.

Największym hitem jest powiedzenie jednej laski o Radku Majdanie – Mądry jest w *uj! oraz Kocham go w *uj!

Aaaaaa, a najlepszy teledysk nagrał Robin Thicke z T.I. i Pharellem Williamsem – Blurred Lines – wersja teledysku ta emitowana po godzinie 22.00.

gdybym miał ogon

to bym pacną muchy.

 

Weekend wygląda na jakiś sinusoidalny. Raz na wozie, raz pod wozem. Wszystko zaczęło się w sobotę, bo musiałem wstać o 5.30 czasu jeszcze letniego. Ominęła mnie przez to piątkowa, kulinarna uczta u Słodkokwaśnej.

A właśnie, Słodkokwaśna na miesiąc do Wietnamu w styczniu leci. Muszę w końcu wpaść do tego Wietnamu. Koło mnie jest. Tylko nie wiem, co tam robić przez miesiąc? Sajgonki zawijać? Talerze zbierać po jedzeniu? Podłogę po gościach zmywać? W sumie mały ten bar “Wietnam”, więc chyba od roboty się nie zmęczę. Nie wiem.

Po pracy w sobotę nadszedł czas na zakup pysznych steków, co by wieczorem stestować. Nie było 70-dniowych, leżakowanych, więc kupiłem rib-eye. Już w drodze po mięso zaczęło mnie coś drapać w gardle i w nosie swędzić. Grrr. No tak, dawnom nie chorował.

Wieczorem pyszne spotkanie ze stekami w roli głównej. Niebo w gębie i zdjęcia na Instagramie – tak mogę to podsumować pokrótce. Jestem fanem polskiesteki.pl i ich produktów. Nie był to ostatni raz u nich. Szkoda, że dosyć kosztowny.

Ah, w poniedziałek pan mnie pogonił z Urzędu Miasta, bo stwierdził, że łeb mam za mały na zdjęciu. Na szczęście wczoraj Wybitny Warszawski Fotograf dokonał powiększenia głowy. Mam nadzieję, że pan przyjmie komplet wniosków na wydanie nowego paszportu.

W nocy z soboty na niedzielę kolejny dramat – zmiana czasu. Czyli tylko wyglądać, jak o 16 będzie ciemno. Na szczęście pogoda jeszcze bardzo przyjemna.

Dzięki zmianie czasu może jakieś nowe ujęcia powstaną, może padnie jakieś nowe światło na obiekt moich zainteresowań? Instagram przepełniam ujęciami pewnego budynku.

Oczywiście, jak to w niedzielę wziąłem się za porządki. Spornik do karnisza mi się urwał!!!! A żaluzje wyrzuciłem w sierpniu. Jakąś prowizorkę zrobiłem z firanami ale jak zaświecę światłem, to sąsiedzi będą mieli szoł. Kurczę, będą widzieć co w TV oglądam. A tak chciałem obejrzeć “Las bliżej nas” oraz ostatnie odcinki polskiej telenoweli “Klan”!!! Grrr, teraz to wioska włączać jak się na widoku jest.

iTunes uraczył swoich klientów darmowymi koncertami. I przeglądam sobie, i słucham, i patrzę. Jak na razie najjaśniejszy punkt oferty to The Queens of The Stone Age. Cieszę się, że przy zakupie wieży dokupiłem grube kable do kolumn. Ciekawe kiedy przyjdą sąsiedzi z pretensjami.

If i had a tail, i’d own the place

If i had a tail, i’d swat the flies

Jestem maszyną, jestem zeszłowieczny, w krainie darmowej lobotomii

 

 

Weekend

To już chyba wszyscy wiedzą o czym będzie wpis.

 

Działać bez działania, żyć bez przymuszania, dawać, otrzymywać, nie wyrywać chwilom. Czy ulotność chwili lepiej znosić byłoby niż dziś

 

Wszystkie nieszczęścia i szczęścia weekendowe zaczęły się w sobotę o ….

Nie, nie, nie. Oznaki nadchodzącego weekendu i wszystkiego niedobrego z nim związane, pojawiły się w czwartek, kiedy to sumdoku mi nie wyszło! Uwielbiam sumdoku i zbyt pewnie podszedłem doń. 6 razy podchodziłem, poprawiałem, główkowałem. Już nawet miałem w odpowiedzi zerknąć, ale okazało się, że wyrwałem dwie ostatnie strony wcześniej, więc nici z jakiekolwiek handikapu. Wtedy nie myślałem, że taki weekend będzie. Co prawda dla mnie te dni upływają miło i przyjemnie. Ale…

O 3:30 rano w sobotę obudził mnie dźwięk gry WYRAZY. To pani inżynier zażyczyła sobie grania. Myślę sobie „Oho, wróciła z imprezy i się nudzi“. Rano otwieram oczy i widzę maila. Dramat jakiś się wydarzył. Konkluzja z tej historii jest taka, nie będę wdawał się w szczegóły samego przebiegu zdarzeń – nie wolno, ale to absolutnie nie wolno, słuchać płyt winylowych kiedy jest się zmęczonym i styranym dniem. Nie wolno i tyle. Mnie taka przygoda kiedyś też spotkała i już jestem mądrzejszy. Jak człowiek zmęczony, to wiadomo, że każda nutka drażni i melodia coś nie taka. Także pamiętajmy – płyt winylowych słuchamy radośnie, będąc wypoczętym i w pełni sił.

O 9 rano stawiłem się na recepcji do Grand Prix Warszawy. Tylko 10 km. No i poleciałem jak głupi. Pierwsze dwa kilometry to safari, dżungla. Przebijać się trzeba przez tłum uczestników. Na nieszczęście kolejka do Toi Toia była i na start stawiłem się za 5 minut wystrzał. Po 3 kilometrach okazało się, że za ciepło się ubrałem i ciepło mi. Nie zatrzymując się wykonałem:

–       zdjęcie opaski z ramienia

–       włożenie opaski do kieszeni

–       zdjęcie windstoppera uważając, żeby nie zaplątać się w kabel od słuchawki

–       zawiązanie kapoty wokół pasa

–       wyjęcie opaski z kieszeni

–       założenie opaski na ramię

ciężko. Ale się dało bez zatrzymywania i tracenia cenných sekund.

W biegu brali udział dwa smrody. Pot wczorajszy naprawdę nie jest ambrozją dla nosa. Biegnę i myślę, że to chyba ja tak się zgrzałem i spociłem. Ale nie, to nie ja. Wyprzedziłem kolesia i czuję, że jest ok. Kiedy się tak rozbierałem, to smród numer 1 mnie wyprzedził i musiałem przyspieszyć ostro, żeby się oddalić i nie zostać nigdy więcej przegonionym. Kolka mnie złapała na 4 kilometrze i smród mnie dogonił. Jak się łapie kolkę, to się zwalania mocno i się rozmasowuje miejsce kłucia. Trzecie wyprzedzenie załatwiło temat na ponad 4 kilomtery. Na około 1500 metrów przed metą smród nr 2 się do mnie zbliżał szybko. Jak mnie już wyprzedził, to stwierdziłem, że nie gonię, niech sobie smród leci. I po chwili problém się rozwiązał. Ciekawe jaki czas miał smród numer 2, bo pędził szybko.

Dziś sprawdziłem wynik na stronie biegu – 51 minut i 43 sekundy! Alelluja! Jestem z siebie dumny. Co za wynik. Kolejna próba bicia rekordu podczas Biegnij Warszawo. Mam plan przelecieć to poniżej 50 minut. Zapewne nic z tego nie wyjdzie ale cele trzeba sobie stawiać.

Wieczorem odbyła się impreza. Cóż to dużo mówić, towarzystwo się napiło mocniej i słabiej. Postanowiliśmy dla jubilata zaśpiewać „Dwieście lat“, bo on już taki stary, że  za „sto lat“ mógł się obrazić. Rozmowom balkonowo-tarasowym nie było końca. Jedni chcieli, żeby nadzorować siebie, bo usłyszałem nawet „Pilnuj mnie Maciuś“. Heh. Pijaki. Pijaki i złodzieje, bo jak wiadomo każdy złodziej to pijak.

Postanowiłem również z Panią K., że na nasze 40-te urodziny przebiegniemy sobie maraton. Nie w Polsce ale gdzieś na świecie. Pan K. na zmianę kodu, czwórka z przodu chce raczej Las Vegas jeszcze raz zobaczyć. Nie wiem tylko po co. Ja wolę maraton. Ale do 40-stki mamy jeszcze ho ho, z 12 lat.

Dzieci Państwa K. Wyszły oburzone i obrażone z imprezy, bo rodzice postanowili wyjść akurat nie wtedy kiedy dzieci by chciały.

Wracałem taksówką i wydawało mi się, że wiezie mnie pan w przeciwną stronę. Już tak raz mi się zdawało, ale pani Słodkokwaśnej powiedziała, że dobrze jedziemy. Teraz też się okazało, że jednak pan dobrze wiezie, bo po kilku chwilach zobaczyłem PKiN. Uf.

Dziś rano wstałem, a właściwie zostałem obudzony przez Słodkokwaśną, który nie wiem czego chciał o 7:12. No i tak się rozbudziliśmy, że pora była planować dzień. Z nudów założyłem sobie konto na Instagramie. To już tylko mały krok do konta na MordoKsiążce.

Pani inżynier napisała mi jakiegoś maila i mnie naszło, że chce mi się ciasta. Poleciałem do sklepu i kupiłem składniki nadesłane wcześniej przez uczoną znad prawie morza. Postanowiłem zrobić dwa placki – ze śliwką i z aronią. Wróciłem do domu, rozgrzałem piec, wsypałem mąkę i bach! Nie ma proszku do pieczenia. Zapomniałem! Grrr, poszedłem znowu do sklepu.

Placki nawet wyszły. Niezły wyczyn, biorąc pod uwagę, że się nie ma blachy do pieczenia. Z reszty aronii zrobiłem kompot. Ohydny, nota bene, ale piję.

Między plackami wykonałem jeszcze zupę bez nazwy. Może ktoś pomoże ochrzcić dzieło. Składniki:

–       mieszanka warzyw chińskich

–       brokuł

–       paluszki krabowe

–       łosoś

–       kukurydza

–       mleko kokosowe

mniam! Ale niestety nie wyględna ta zupa do zdjęcia jest, więc nie została uwieczniona.

 

Postanowienie na resztę dnia jest takie:

–       pospać (a tak się nie chce)

–       pospać, żeby później zaliczyć 11 kilometrów zgodnie z treningiem. Co prawda trening na jutro zaplanowany ale jutro napisali na klatce, że wody między 16 a 22 nie będzie

–       oddać starą wieżę osobie, która wraca z Giżycka i ma mnie przejechać, tzn. zajechać przez mój dom.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑