Tag: ikea

dobranoc, to będzie bardzo dobra noc

hejsan! Dawnom nie pisał, bom jakiś taki pozbawiony weny był. Ale co słonko widziało? Sporo.

Ale zacznijmy od końca. Od kilku wyborów mam zawsze taką naiwną nadzieję, że coś się zmieni, że *** już nie wygra. Słodkokwaśna zawsze mówił – co ty pierdolisz, *** wygra!

(a trzeba wiedzieć, że Słodkokwaśna daleka od popierania *** jest. No kolega po prostu mocno stąpa po ziemi).

Aha, używam 3 gwiazdek, bo jest cisza wyborcza i nie wiem, czy można agitować lub wręcz od-zachęcać.

Tym razem jednak mam realną nadzieję, że coś się zmieni na lepsze. Że jeśli nawet *** wygra, to już rujnować kraju nie będą. Obejrzałem filmik 10 października z udziałem szefa komitetu ds. Bezpieczeństwa. Mały, bezkarny człowiek. Miałem złość i łzy w oczach. Policji rozkazy wydawać może tylko komendant. Nie jakiś szef, czy nawet premier – tak to może podsumuję.

Mam szczerą nadzieję, że to będzie bardzo dobra noc dziś.

Kiedyś byłem fanem koła fortuny. Tak gdzieś na początku lat 90.

A co poza tym? Obwieszczam z dumą, że w lipcu, po bez mała 18 latach, zostałem wolnym człowiekiem. Bez kredytów. Wymediowałem sobie mój kredyt frankowy. Powiem tak. Może i zyskałbym więcej, gdybym się poszedł (c)handryczyć w sądzie. Ale:

– po pierwsze, primo – nie chciało mi się

– po drugie, primo – kredytodawca to w sumie mój pracodawca. A rączki, która karmi nie kąsamy … mocno

– po trzecie, primo – kwota wynegocjowana była akceptowalna

– po czwarte, primo – chciałem mieć jak najszybciej świetny spokój!

Także sast-prast, kilka złociszy od razu przelałem na rachunek mojego kredytu i pognałem do sądu po uroczyste wykreślenie banku z mojej księgi wieczystej i hipoteki.

Tak przez pierwsze dwa miesiące cieszyłem się wolnością, że stwierdziłem, że żadnych już kredytów nie chcę. Ale … bo zawsze jest jakieś ale, zacząłem tej jesieni zaglądać w internet i sprawdzać, co tam się na rynku mieszkań pojawia. No może, może … może się jakaś dodatkowa komnata pojawi w końcu. Bo na razie drugim pokojem w moim gnieździe jest łazienka (bathROOM).

Tak, to będzie bardzo dobra noc!

Z innych ciekawostek, to Szwecja na tapet była brana. Spełniłem swoje kolejne marzenie – odwiedziłem Fjallbackę!!! Jako wielki fan Camilli Lackberg, w końcu mogłem pojechać i zobaczyć, gdzie to się wszystko dzieje. Heh, fajne rozczarowanie. No może nie jakaś tam gorycz czy nieukontentowanie (cholera, trudny wyraz), ale nie tak to sobie wszystko wyobrażałem. Widziałem nawet kilka ekranizacji produkcji szwedzkich i tam Fjallbacka jawiła się dosyć wiejsko, zaściankowo. W książkach z zapartym tchem czytałem o niebezpiecznych jazdach samochodu lub podziwiałem wielki hotel/spa. Hehehe. Fjallbacka jest urokliwa. Wąskie uliczki. Domek przy domku. Jak się oni ścigali po tej mieścinie? Duży hotel, to taki duży domek. A biblioteka, w której główna bohaterka często jeździła dowiadywać się o tym, czy owym, to taki mały budyneczek. Ale klimat, widoki zachwycające. Udało mi się wdrapać na górę, więc podziwiać okazję miałem i Fjallbackę, i archipelag.

Z innych dodatkowych atrakcji, to odwiedziłem pierwszy sklep IKEA w Älmhult. Teraz tam jest muzeum IKEI. Obok jest też hotel IKEA. Miejsce fajne. Nie mam tak długich tradycji kupowania w tym sklepie, ale muzeum bardzo na plus. I muszę szczerze powiedzieć, że w restauracji było bardzo dobre jedzenie. Inne niż w sklepach normalnych i smaczniejsze.

Pod koniec czerwca zapisałem się w Warszawie na kurs szwedzkiego. Intensywny. Stwierdziłem, że jak tak jeżdżę i rozmawiam z tyloma znajomymi, to może po szwedzku dałoby się pogadać? Oczywiście to taka moja fanaberia, bo wszyscy mówimy po angielsku, ale człowiekowi się lubi w głowie poprzewracać. Kurs nie wypalił. Nie zebrało się 4 chętnych. Postanowiłem znaleźć lektora przez stronę italki.com. Pierwszym nauczycielem był taki skrzat Magnus z północy. Zaznaczam, że zapisałem się na lekcje dla początkujących. Ale Magnus do mnie coś napisał po szwedzku na Skajpie i ja mu w języku Wikingów odpowiedziałem. Zaczął do mnie po szwedzku mówić cały czas. Ale wolno. Coś na zasadzie piiiiłkaaaa … do metalu. Dał mi jakiś komiks do przeczytania. Zapytał się, czy coś rozumiem. Powiedziałem, że tylko „jag” (czyli po polsku „ja”). Komiks to niby jakiś czarny humor. Hmmm. Jakoś nie rozbawił moich szwedzkich znajomych. Magnus liczył sobie około 12 dolarsów za lekcję. Nie zachęcił mnie do kontynuacji. On sam nie zabiegał o nowego klienta.

Znalazłem polski portal buki.org.pl. I tam znalazłem jakiegoś Polaka. Przed lekcją wysłał mi kilka stron książki. Zaczęliśmy od piątej strony. Okazało się, że wszystko jasne. I tak skakaliśmy ze stronę na stronę. Coraz dalej. Chłopiec w pewnym momencie kompletnie nie był obecny duchem na lekcji, bo o coś go pytałem i cisza. Fakt, że w między czasie dzieciak w tle płakał. Może poszedł go uspokajać. Za 30 minut kompletów policzył sobie 50 zł, a za normalną lekcję chciał 70 zł. I już się umawiać chciał na kolejne spotkania. Także żyłka handlowa lepsza niż u Szweda. Ale szybko ostudziłem jego zapędy i powiedziałem, że chwilę potrzebuję na decyzję. No jak mam wybrać kogoś, to wolę zapłacić mniej i jeszcze dostać native speakera, a nie jakiegoś farbowanego lisa.

Wróciłem na italki i wybrałem Szwedkę. Od razu powiedziałem jej, że nie umiem po szwedzku i chcę się nauczyć do konwersacji. No miła dziewczynka ze Sztokholmu była, ale kompletnie nie miała pomysłu na naukę języka na poziomie A1 (a tak miała w profilu i ja na taki poziom się zapisałem). I uwaga! Jakaś farbowana Szwedka z niej! Nie wiedziała, kto to Camilla Lackberg, Henning Mankell oraz Stieg Larson!? To tak, jakbym ja nie wiedział, kto to jest JP2, czy RL9! Farbowana Szwedka!

Także kasa w portfelu. Wracam na instagrama i nadal obserwuję profile z nauką języka szwedzkiego. Może faktycznie pobrać jakiś app do nauki języków? Kiedyś coś pobrałem do nauki włoskiego.

Koleżanka z pracy obiecywała mi wysłać książkę do nauki szwedzkiego, bo jak była na studiach to pojechała na Północ w ramach wymiany i się uczyła. Czekam od lipca … 2022. No może lada dzień.

Dobranoc, to będzie bardzo dobra noc!

słodki Maciek

człowiek to się uczy całe życie! Naprawdę! Dziś słuchałem wczorajszego słuchowiska radiowego … Tak, potrafię cofać czas. Za 10 zł jedyne. Wystarczy wspierać Radio 357 i już.

I dziś-wczoraj pan Marek N. rozmawiał sobie z panem Kubą S. I zaczęli o słodkościach w pewnej chwili. Pan Jakub się pożalił, że to nie ładnie w pracy chować czekoladę przed kolegami, a pan Marek rzekł – nie wiedziałem, że jesteś słodki … Maciek!

No nie znałem tego! Zawsze używałem słodki ząbek. Ale to chyba bardzo amerykańskie i nikt w Polsce nie kumał o co kaman.

Ale słodki Maciek? Jeżu! Serio, nie znałem. Gruby Maciek tak, ale słodki? Nie.

Co tam u mnie? No Fiskus w końcu odblokował się i udostępnił porachowanie. Prędziutko odrzuciłem zeznanie, w którym stało, że 166 zł mnie Państwo oddaje. Porachowałem się sam. Dodałem IKZE, odjąłem darowizny i czekam na moje „piniążki”. 1081 złociszy! Oddawać. Już dawno mówiłem, że każdy grosz od tych złodziei wyrwę. Nic mi nie dają. Żadnych trzynastych emerytur, 300+, to choć odbiorę co moje. Czekam. Zwyczajowo oddawali w ciągu 5 dni. Pożyjemy zobaczymy.

Z nauki życiowych, to dodam, że po raz pierwszy w życiu skorzystałem z opieki lekarskiej za granicą. 150 razy ponad leciałem samolotem. Dodajmy jeszcze wojaże autokarem i autobusem. Nigdy nie musiałem skorzystać z opieki medycznej. Do teraz. Ząbek mnie rozbolał podczas ostatniego urlopu w Szwecji. Dobrze, że nie w Danii czy Norwegii, bo tam jeszcze drożej. Ale Szwecja też nie tania. Jakieś rabaty mi dali z okazji posiadania karty EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego???). Po cenach promocyjnych wyszło 650 zł. Auć! A pan tylko plombę tymczasową założył i powiedział, że mnie kanałowe leczenie czeka. Fajne było to, że od razu mi RTG zęba zrobili. W Polsce tak nie ma. Idziesz do dentysty i on cię dopiero kieruje na RTG i leczenie kanałowe. Bez sensu. Aha, bo mam od stycznia pakiet Prestige w pewnej klinice medycznej, To korzystam. Mam nadzieję, że za kurację nie zapłacę, bom skorzystał z uroków mojej platynowej karty kredytowej. Ale! Bo zawsze jest jakieś ale. Nie wiem, czy mnie porachują. Niestety durny polski ZUS zrobił błąd w systemie i zamiast „g” w moim nazwisku jest „y”. Także cała dokumentacja wysłana do ubezpieczenia jest z błędnym nazwiskiem. No zobaczymy. 650 zł to nie majątek, ale miło by było je odzyskać. Czekamy. Oczywiście 30 dni.

Wracając do słodkiego Maćka, to muszę się do czegoś przyznać. Nie jem słodyczy. To znaczy, nie kupuję, więc nie jem. Ale jak gdzieś zobaczę, jak ktoś pod nos podsunie! O esssu. Wtranżolę od razu wszystko! Już nawet Słodkokwaśna zaczął chować przede mną słodkości, które kupuje ze swoją panią. Czasem im się nie udaję i ja coś wyszperam. Wtedy kolega mówi – nie jedz! To dla gości.

A jutro jest chyba … tłusty czwartek. Już do mnie mrugają słodkości w sklepach i piekarniach!

Strzegę się. Postanawiam jutro nie jeść nic. No może skuszę się na faworka?

Także słodki ząbek jestem, czyli po naszemu – słodki Maciek.

Z innych nowości, to posmakowałem w końcu pana słoiczka! Niestety, ku mojemu wielkiemu smutkowi, Fat Daddy zamknął swoje pyszne wietnamskie kanapki. Ale długo nie trzeba było czekać i kolega już wymyślił nowy biznes – kimczi! Polecam słoiczki z zepsutą kapustą od panasłoiczkapl!

Zrobiłem sobie kilka wariacji z kimczi. Kanapka z pasztetem z królika, z salcesonem i vego hot dogiem z IKEA. Świetnie konweniuje kapustka z tymi dodatkami.

opóźnienie pociągu może ulec …

I uległo!

Ostatnio bardzo lubię drink o nazwie whisky sour. Musi być białko. Angostury nakraplam sobie coraz więcej, bo też lubię. Dziś nawet sobie pomerdałem drinka, żeby te kropelki się wymieszały. Mniam!

Słucham radio jak zwykle i ostatnio wszyscy podsumowują się i tak dalej. No ja też się może wyjaję co mnie urzekło w 2021. Ale na razie cicho sza. Sikret taki.

I we wtorek pan puszczał muzykę jak zwykle, taką jaką lubi. I tak ścichapęk zagrał Sting „Be still my beating heart”. Sam jakoś niechętnie po muzykę tego pana sięgam. Ale muszę przyznać, że starego Stinga lubię. Bardzo. Lekko jazzujący jest. Muzyka mnie urzeka. I właśnie dziś mnie naszło, żeby posłuchać albumu „… Nothing like the sun”. I dziś mnie właśnie naszło, żeby naskrobać parę słów, bo widzę, żem dawno nie pisał, a rok się kończy, kolejny rok się kończy i szczerze powiedziawszy wena mnie opuściła jakoś. Albo lenistwo ogarnęło.

Święta, święta i po świętach.

Niestety dałem ciała z wynajmem auta. Jakoś naiwnie myślałem, że bez problemu coś znajdę. W firmie korporacyjnej aut jednak już nie było, a w innych rent-a-car’ach koszt 4 kółek na 3 dni wynosił … ponad 600 zł. I to niestety Fiat 500.

Kupiłem szybko bilecik na PKP. Pierwsza klasa. A co!? Święta! Płacę, oglądam bilety i patrzę, że coś źle widzę chyba. Miejsce siedzące w drodze do Waw mam, ale do mamusi i tatusia status przy rubryce „miejsce” jest niepokojący – brak gwarancji.

Dzwonię prędziutko na infolinię i się pytam cóż to znaczy.

– nie ma pan miejsca siedzącego – mówi z infolinii PKP chłopiec

– czyli będę stał? – się upewniam

– tak – szybko rzecze głos w słuchawce

– to dlaczego sprzedajecie bilety jak nie ma miejsc? – zaciekawiam się

– nie zauważył Pan. W momencie zakończenia transakcji jest podana informacja o miejscach – jak automat informuje mnie chłopiec

– ok. mogłem nie zauważyć. Zastanawia mnie jednak po co sprzedajecie bilety stojące w I klasie? Stać mogę w II i to za pół ceny – mówię

– no nie zauważył pan …

– ale mogę wymienić bilet i oddacie mi pieniądze potrącając prowizję? – pytam

– nie. Jeśli pan wymienia, to nie ma prowizji – mówi człowiek z infolinii

Rozłączam się i wymieniam. Oczywiście wymiana polega na tym, że oddaję stary bilet, kupuję nowy, a hajsy za stary bilet dostaję po 4 dniach. Standard. Ale na szczęście bez prowizji.

Okazało się, jednak, że kolega Radzio, przyjaciel serdeczny ze studiów, będzie wracał 23 grudnia z firmy do Białego, to mnie zgarnie.

Oddaję w sumie wymieniony bilet. Prowizja 15% się należy. I tego nie rozumiem. W obu przypadkach oddałem bilet. Ale tylko przy „wymianie” dostałem 100% z powrotem. Zadziwiająca mnie logika.

Alem dojechał, poświętował, nie obżarł się i nie opił. Ufff.

Powrót to .. ech. Śmiech na sali.

Nie kumam dlaczego, jeśli bilety wysyłają mailem, to nie mogą zawiadomić pasażera, również mailem, o opóźnieniu?

A przecie, jak wiemy, opóźnienie może ulec zmianie. I uległo.

Wchodzę na hall główny, wiecznie remontowanego, dworca i widzę na tablicy informacje, które wzbudzają mój niepokój. Mój pociąg odjeżdża o 9:24. Na tablicy widnieje transport do stolicy o … 9:22 ale … BUS-em. Podbijam do okienka, do pani w kasie, gdyż nie widzę nigdzie okienka z informacją. I tu zaczyna się lekki dramacik/wkurw.

Pytam się o ten autobus. Pani mówi, że a i owszem, że tak, że jest. Jedzie ponad 4 godziny. Grubo ponad 4 godziny. Pytam się o mój pociąg. Dowiaduję się, że jest opóźniony. Pytam się o ile. Pani nie wie. Komunikaty przez megafon są podawane. Pytam, gdzie jest informacja. Megafony są informacją – słyszę.

– mam problem ze słuchem. Byłaby pani tak miła i powiedziała o ile pociąg jest opóźniony? – proszę.

– siedzę za okienkiem i też nie słyszę – burczy pani

Komunikaty faktycznie są cicho nadawane i przy tym gwarze w hallu, nie słychać prawie nic. A gdyby tak akurat moja mama przechodziła przez hall dworca głównego i chciała posłuchać komunikatów? To też by nie usłyszała, bo mamusia już swój wiek ma i nie wszystko dokładnie słyszy.

– poza tym informacja o opóźnieniu jest podana na tablicy – kończy ze mną panienka z okienka.

Odchodzę zrezygnowany i zerkam na tablicę. Nie widzę nic o moim pociągu. Sprawdzam nawet czy gdzieś jest informacja o składzie numer 18103. Nie ma. Jest tylko 18102 z Suwałk, który jedzie do nas z opóźnieniem … 110 minut! Opóźnienie oczywiście może ulec … i uległo.

Na autobus już nie zdążyłem, ale i tak to byłoby bez sensu, bo podróż busem jest dłuższa niż pociągiem, nawet przy tak gigantycznym opóźnieniu.

Pomyślałem sobie, że przejdę się po mieście, tylko walizeczkę schowam do przechowalni. 18 zł za 24 godziny. Nie ma opcji na godziny. Ale i tak nie skorzystałem, bo tylko monetami można płacić. Ech.

Wykombinowałem, że auto wynajmę i zapytam się kogoś z podróżujących czy nie chcą się zabrać za parę złociszy. Jakiś chłop się srogo zdenerwował, bo miał lot do domu i te 130 minut opóźnienia spowodowały niezdążenie na samolot.

Wypożyczalni nie było w pobliżu. Była co prawda jedna, ale w takim burzonym Centrum Parku. Nie wyglądało na czynne.

Ula z Teksasu! Ale tam koło Twoich dziadków bloczek postawili. Przepraszam, nie bloczek – apartamentowiec. Nie ma teraz mieszkań. Są apartamenty. Nie lubię nowomowy.

Koło studio Dzień Dobry TVN nie było kwiaciarni. Było Laboratorium Kwiatów. Zawinęli się w pandemii. Teraz jest … nie kawiarnia. Tylko coś, co serwuje kawę. Nie pamiętam już fachowej i oficjalnej nazwy.

Z innych głupotek o języku polskim, to na drzwiach jakiegoś lokalu napisali, że obłożenie w 70% może tylko przebywać. Wrzuciłem fotkę na Instastory. Sam Marszull/Słodkokwaśna się oburzył, że nie było nigdy 70%, tylko 30. Nie wiem, czy napisał też do knajpy bezpośrednio, bo dzień później komunikat zmieniono. A ja się tylko śmiałem na Instastory, że to nie po polsku było. No chyba, że klientem w Little Hell Pub jest obłożenie, to wtedy przepraszam, szacuneczek.

Na dworcu wymyśliłem, że polecę do Maca i kupię kawę i może jakiego macFishburgera. Odbiłem się od drzwi, gdyż „restauracja” czynna od 11.00 w drugi dzień Świąt. Wróciłem zrezygnowany na stację i zaopatruję się w czarny, gorący napój w automacie. Nalało się tyle kawy, że aż menisk wypukły się zrobił. Łapię za kubek, który się pod naporem uścisku się spłaszcza, wylewając gorący napój na mnie, parząc mnie. Szybko postawiłem kubeczek na podłogę, założyłem rękawiczkę i wyszedłem na mróz. Nadpiłem szybko nadmiar kawy i wróciłem do środka, żeby dokończyć picie. Pioruńsko zimno było tego dnia.

Opóźnienie uległo zmianie. 130 minut w plecy!

Ale pociąg w końcu nadjechał. W przedziale chłopiec zatelefonował do kogoś i usłyszałem historię o busie, na który nie zdążyłem. Kierowca do pełnego ludzi autokaru powiedział, że będzie jechał opłotkami, przez wszelkie możliwe zadupia. Prosi o opuszczenie maszyny, bo za chwilę podstawią inny autobus, który bezpośrednio zawiezie wszystkich do stolicy. Ludzie wysiedli. stal się tylko jeden pasażer. Nowy bus nie podjechał… Polska, mieszkam w Polsce. mieszkam tu, tu, tu … Jakiż ten Kazik mądre i prorocze piosenki śpiewał.

Kupiłem nowe łoże, gdyż stara, rozkładana sofa doprowadzała mnie do szału. Nogi mi właziły w szpary. Kupiłem tym razem zwykłą ramę i gruby, twardy materac. Spałem na nowym ze 4 noce i … mam koszmary!

Nie pamiętam już wszystkich, ale wczoraj miałem koszmarny koszmar. Tatuaż chciałem zrobić. Dziara numer trzy. Sam fakt posiadania tatuażu numer trzy nie był koszmarny. Ale …

Ah! Dykteryjka. Siedzimy w knajpce przed Świętami i trwa dyskusja. Koleżanka mówi – ponoć nie istnieje człowiek, który ma tylko dwa tatuaże. Wszyscy przytakują, machając w podziwie łepetynami. I tu wchodzę ja! Cały na biało. Aniu, ja mam dwa tatuaże – informuję.

Konsternacja.

Koniec dykteryjki.

No i w tym śnie podbijam do Słodkowaśnej z prośbą o namiar na mistrza sztuki. Podaje mi telefon do jakiegoś pana, co niby jest prze-super. Na wizycie pan mi rysuje takie próbne tatuaże. Ja ich nie widzę (jeden na przedramieniu, drugi na łopatce). Dopiero w domu zerkam w zwierciadełko i co ja paczę! Obrazki całkiem fajne. No mistrz – myślę sobie. Ale dopiero później dociera do mnie, że pod rysunkami są jakieś napisy, złote myśli. Coś na zasadzie, że jeśli nie chcę zmoknąć w deszczu, to muszę wziąć parasol. Ale po angielsku te bon moty/creda były. Obudziłem się wystrachany cały. Brrrr.

Strasznie mi się do USA chce! A tu wiecznie jakieś odmiany, warianty covidowe, testy przed przylotem. No i weź leć. Nigdy nie wiadomo, kiedy omikrona złapiesz.

Dziś zamieniałem abażur w lampce. Ze świątecznej gwiazdy na regularny. I mi się gwiazdka popsuła! Przed wyrzuceniem do kosza zrobiłem sobie focię. Nie było mnie w 2020. Nie było mnie w 2021. Mam postanowienie, żeby w 2022 zawitać. Ale opóźnienie jak wiadomo może ulec …

mam dwa tatuaże, ponoć nie istnieję …

 

a po dwunaste …

Nie będziesz miał piktogramów cudzych przede mną.

Każdy miał ZPT w szkole. No może każdy tak stary i starszy, jak ja.

Na moich zajęciach w 4 i 5 klasie było nudno – szydełko, gary i piktogramy. Czyli nie chloruj, nie bębnuj i takie tam. Później mieliśmy normalnego gościa i strzelaliśmy do celu i bawiliśmy się młotkiem i wiertarką.

Mam taką oliwkę do ciała. Rumianek z czymśtam. Bo jakich suchy się zrobiłem. Smarowałem sobie tu i tam i nakapało mi na kapę. Uprałem. Ale co ja widzę! Kanapa ma plamę! Nie pomogła docelowa pomoc, czyli zmywak.

Oczywiście te obicia sofy są zdejmowalne i … pralne. Tyle tylko, żeby to zdjąć, to trzeba pół łóżka rozkręcić. Eh. Oczywiście rozłożyłem sofę i zdjąłem to. Zastanawiałem się, czy się odpierze. Ale tylko przez chwilę. Stwierdziłem, że to co miałem zrobić, to zrobiłem. Wyjdzie, jak wyjdzie. Mam to w (francuski akcent) dupię.

Po praniu czytam to coś wystające i patrzę, czy można wirować. Hm. Jest bęben przekreślony. No nie, w latach 80-tych to znaczyło – nie wirować. Słabo. Nie wyschnie mi do nocy. Będę spał na podłodze – stwierdziłem. A tej podłogi i tak mało, bo się sofa rozłożyła.

No dobra, wiruję to. Zerkam do wujka G i zapytuję – piktogramy pranie.

Ta-dah! Jestem w domu. W dzisiejszych czasach to znaczy NIE SUSZYĆ w suszarkach! 1000 obrotów i jedziemy. Po kilku godzinach jeszcze takie wilgotne. Żelazkiem miałem dopomóc, ale niestety ten piktogram nie zmienił się przez lata. Nie żelazkować, to nie żelazkować.

Przez to wszystko tylko taki Pierre Dolnik mi w domu wyszedł (co ja taki francuski dziś jestem? Brakuje tu tylko tej najlepszej francuskiej whisky Żak Daniel).

mais tu es fou Maciek

Na szczęście dziś środa, dzień … badmintona. Czyli z sesji wrócę do domu jakoś po 22. Czyli suszki mogą wisieć jeszcze te 8 godzin. Schnij kochany, schnij!

Ciekawe czy łóżko złożę z potworem? Hm. Tego na Zet-Pe-Tach nie uczyli. IKEA wtedy nie było w Polsce.

Ale za to narobiłem sobie rosołu z łososia i kupiłem borowiki na bazarku. Mniam!

 

co to za kraj, co to za miejsce?

 

 

Sobota! Już znowu czuję ten entuzjazm, ten porządek. Ranne wstawanie, szmata, sklep, gary! Eh.

8 rano ktoś puka, ktoś stuka, ktoś wierci, ktoś boruje. Do jasnej cholery! Pamiętam 6 lat temu, jak administracja mi przysłała regulamin przeprowadzania remontów. I tam stało:

sobota od 9 do 14

a żeby to pan tak wziął i raz zawiercił. Nie! Pan sekundę boruje i stop. Wrr stop wrrrr stop warkocz, warkocz, warkocz. O 9 pan przestał.

Wściekły się zwlokłem z wyra i cóż, pora zacząć nie marnować dnia.

W moim budynku jest jakaś wymiana oświetlenia na korytarzach. To ta ekipa skoro świt wzięła się za robotę. Ruskie jakieś, bo pan radyjo miał włączone w tym języku. A może Ukraińcy albo BialiRusini. Eh. Kinga Rusin i jej wypad na Oskary i słynne selfie z Adele na prywatnej imprezie u Jaja Zet i Bejąse.

Ale ok. Zostawmy ten wielki świat. Jaki TVN, takie … dziennikarki.

Poleciałem to pana Rowerka, żeby nadmuchać oponkę lub ją wymienić. 30 zł dziękuję bardzo.

Także Słodkokwaśna możesz wpaść po swoje dwa kółka.

Mój blok to dramat. Ludzie nie szanują ani siebie, ani innych. Wracam tydzień temu od Słodkokwaśnej i przy wejściu kupa. Rozmazana i obok taka nadepnięta. Akurat za mną sąsiad szedł, to chwilę porozmawialiśmy.

Administracja nasza co chwile jakieś odezwy nam wiesza. Zakaz, nakaz, uprzejmie to i tamto. Lubię im na tych plakacikach błędy ortograficzne poprawiać. Już raz czy dwa miałem ochotę zamieścić odezwę do Administracji z informacją, że oni są dla nas, a nie my dla nich, i żeby trochę z tonu spuścili. Kilka razy byłem u nich z pytaniem o to, kiedy pojawi się znowu kosz na śmieci przy wejściu.

– za chwilę będzie. Zamówiony jest

– pani kochana. Przez rok to Państwo zamawiacie?

– nie no co Pan, od niedawna nie ma

Machnąwszy ręką, zmieniwszy temat

– a kontener na szkło postawicie kiedyś?

– a nie ma?

– nie ma

– jest

– zapraszam. Blok 50 metrów stąd

– wie Pan. Proszę poczekać, bo od października nowa firma będzie, to kontenery nowe będą

(rozmowa odbył się na koniec września)

Wyszedłwszy stamtąd w niesmaczeniu.

Administracja zakazała stawiać worki ze śmieciami na rampie i nie rzucać na ziemię, jak się kontener wypełni.

Czywiście kto sam z siebie podstawi kontener? A po co będę innym pomagał? Ostatnio zwizualizowali problem. Powiesili zdjęcie z masą śmieci dookoła wejścia tylniego. Poinformowali również, że gryzonie się gromadzą przez to. Tak, kiedyś wychodziwszy z bloku widziałem jak szczur po poręczy sobie hasał.

Idę sobie raz do skrzynki na listy. Obok sąsiadka wyrzuca śmieci. Oczywiście nie ma kontenera, więc stawia na rampę.

– przepraszam, co pani robi?

– wyrzucam śmieci

– przecież Administracja prosi, żeby nie stawiać śmieci na rampie. Ciężko się przejść dookoła bloku?

– ale inni też tak stawiają

– aha, no tak, jak inni też tak stawiają, to jest ok

 

To taka sama zasada, jak kierowcy parkujący gdzie popadnie z włączonymi światłami awaryjnymi. Przecie to nie wykroczenie. Światła awaryjne mam włączone, to jest wszystko ok.

No jaszka!

Ludzie, co to za kraj, co to za miejsce!

Wracając do soboty. Zaprowadziłem rower do pana i pomyślałem, że do Lidla skoczę, bo jakieś grecki smakowitości mają i jakiś zestaw 5 pojemników do przechowywania. Wziąłem siatę z napisem „Dzień Dobry” i idę do serwisu. Ale pan chyba ruchu nie miał, bo powiedział, że od ręki zrobi. Fajnie!

Wróciłem do domu, łamiąc zakaz skrętu w lewo z warsztatu do mnie. Nie włączałem świateł awaryjnych, po prostu złamałem prawo kodeksu ruchu drogowego. Nie udawałem, że jest inaczej. Wziąłem plecak i popedałowałem do najnowiusieńskiego Lidla na Wilanowie! Koło Państwa z Europy na K. No prawie koło.

Ostatnio nauczyłem się, żeby jednak apkę Lidla włączyć. Znowu trafiłem w kasie na pana Roberta z serii „Uczę się”. Strasznie miły pan. Ostatnio jak byłem, to zobaczyłem, jak ludzie rozbierają pudełka z łososiem z wózka. Myślę sobie – oho, społeczeństwo nauczone, świadome i mięsa nie je. Tylko rybki.

59,99 zł/kg – eee, normalna cena, nie ma szału. Ale wezmę sobie jedno pudełko – pomyślałem.

Na kasie pan do mnie mówi:

– a ma pan aplikację Lidla?

– mam. Wczytałem kartę

– a aktywował Pan kupon na łososia? Panie, 20 zł taniej za kilogram będzie. Warto.

– ooo, ok

Pan zerka na paragon na ekraniku

– widzi Pan, 5 zł taniej na tym pudełeczku

– ooo, super, dziękuję Panu

– trzeba patrzeć na te kupony, bo można zaoszczędzić

I dziś znowu trafiam na kasę do Pana Roberta. Nadal ma „Uczę się”. Ale ja już przecie wyedukowany, wiem wszystko. Wiem jakie są kupony. Nabyłem sobie mini-patelnię. 14,99 zł normalnie (tyle co w IKEA). Nawet oglądałem ją w alejce. Ale stwierdziłem, że w IKEA sobie kupię. Przy kasie przeglądam kupony i widzę, że nie zauważyłem wcześniej kuponu na patelenkę! Upust 5 złociszy. Zadzieram kiecę i lecę!

Zrobiłem sobie nawet takie funny insta story.

patelnia

 

– czy aktywował Pan kupon na patelnię?

– oczywiście – odpowiadam cały w uśmiechu

– a nie wziął Pan drugiego humusu? 60% taniej będzie

O cholera! Jakieś promo poza apką! Ależ mnie Lidl podszedł!

– ooo, nie zauważyłem

– to niech Pan idzie ja zaczekam

– nie, nie, za duża kolejka. Następnym razem. Ale dziękuję za info

– wie Pan, trzeba patrzeć na etykiety na półkach. To poza aplikacją jest

– ok, dziękuję

Bardzo miły Pan. Lidl jakoś ostatnio poszedł w odstawkę, ale przeprosiłem się z nim po otwarciu sklepu na Wilanowie. Będzie chodzone.

Co to za kraj, co to za miejsce?

Tydzień temu wpadłem do lokalnego barku na piwo. Akurat był niedawno owdowiały Stasio, co przychodzi tu chyba prawie codziennie i gra w rzutki. Z każdym gra.

– cześć Stasiu

– cześć Maciek. Zagrasz ze mną w rzutki?

– ok ale daj się piwa napić

– ok, to ja idę zapalić

i tak Stasiu zagaduje prawie każdego, kto w tym lokalu kiedykolwiek rzutki trzymał w ręku.

A Staś jest sympatyczny. Strasznie się wkręcił w grę. Na początku, to każdy go ogrywał, bo pan starszy nie trafiał w tarczę. A dziś? Własny sprzęt, trening codziennie! I zaczął ogrywać najlepszych. No coż, ze mną mu jeszcze tak dobrze nie idzie. Ostatnio Stasio nawet nową barmankę Lolę wciągną w ten sport. Ostatnio mówiła mi:

– wczoraj ograła pana Marka i pana Grzesia w rzutki

Lola jest z Ukrainy i ma ukraińskie końcówki, jak mówi po polsku.

– Wow! Nieźle, gratulacje – powiedziałem.

Duży sukces faktycznie, bo jeszcze Marka, jak Marka, ograć można. Dobry jest, ale widać, że on idzie na szybkie zwycięstwo. Wali potrójne 20 czasem, ale częściej wchodzą mu 1 i 5. Także ten rejon tarczy ma obrzucony. Ale jak przyjdzie mu zakończyć grę w innym rejonie planszy, to już gorzej. Ale jak skubany trafi 60, to się go później ciężko goni. Myślę, że na przestrzeni lat, mam z nim remis. Albo ciut do przodu jestem. Ale ograć Grześka? Fiu, fiu. Kolega 18 lat trenował bada. Grałem z nim kiedyś w tenisa. Dobry skubany jest. Silny. Dobra wytrzymałość. Ograł mnie. W rzutki widać, że ma takie podejście sportowe (tak ze Stasiem to oceniliśmy). Z Grześkiem w lotki mam bilans ujemny. Ale lubię z nim grać, bo to wyzwanie. Także Lola popsiała się wyjątkowo ogrywając obu panów.

I Lola mi opowiada, jak dzień wcześniej o mało nie została pobita, czy czort wie do czego by doszło.

W barze był ruch, nawet spory. Jeden podpity koleś zaczął się do barmanki przystawiać. Jak się okazało, że nici z tego, to koleś zaczął być agrsywny. Lola kazała mu przestać albo opuścić lokal. Bałwan z kolei jej rzekł:

Spierdalaj na Ukrainę

Lola włączyła alarm ochrony. Ale nie zadziałał. Zadzwoniła do właścicielki i do swojego chłopaka. Zrobiło się gorąco. Pijak chciał wejść za bar mówiąc, że Polska dla Polaków. Obok siedziało dwóch chłopaków i na szczęście stanęli w jej obronie. Kolega tego ćwoka był chyba bardziej ogarnięty i mniej pijany, bo szybko zawinął kolegę  z baru.

Zdjęcia z monitoringu lokalu wydrukowano i mamy gablotkę z serii „tych panów nie obsługujemy”.

Co to za kraj, co to za miejsce!?

Kolejna akcja, już z moim udziałem. Wchodzę do baru na bronksa. A żeby się zrelaksować, żeby pograć w moją grę, która mne wciągnęła. Magiczne obrazki są na smartfona. Przepadłem. To w sumie nie gra, ale logiczna zabawa, łamigłówka taka. Tym razem wybrałem jakiś duży rysunek i dwa razy już go resetowałem, bo coś nie tak poszło.

lamigl

Chyba jakiś pies wyjdzie z tego obrazka.

Wchodzę do baru. Prawie wszystkie stoliki zajęte, oprócz tego pod telewizorem. Staś gra z Markiem. Przy barze tylko jedno miejsce wolne, w kącie. Co było mi na rękę, bo nie miałem ochoty na rozmowy. Chciałem sobię główkę połamać tylko. Okazało się, że obok siedział Jimmy, chłopak z Kenii. Poznałem go kiedyś, ale dawno go nie widziałem. Jimmy rozmawiał z dwoma Polakami. Jeden ni hu hu po angielsku i chyba było mu nie w smak, że jakoś gadki nie ma i siedzi jak ta pała. A drugi coś tam dukał. Biedaczysko myślał, że jak będzie głośno dukać, to będzie mu lepiej po tym angielsku szło. Także kolo był głośny, ale ja się wyłączyłem i nie słuchałem o czym rozmawiają. Tego niekumatego po angielsku znam z widzenia. To taki kolo, co prosto w oczy nie powie, a jakiś komentarz w powietrze rzuci. Ja go zawsze ignorowałem, bo twierdzę, że jak ktoś chce mi coś powiedzieć, to niech mi to powie prosto w twarz.

Także piję piwo i jestem w swoim świecie.

– ale rozumiesz trochę po polsku? – odezwał się ten niekumaty

– rozumie troche – rzekł Jimmy

– jesteś czarnuchem?

Myślałem, że się przesłyszałem. Ale nie, bo baran powtówrzył pytanie. Jimmy bardzo inteligentnie udał, że aż tak dobrze nie rozumie po polsku. Ale jestem pewien, że zrozumiał pytanie.

– jesteś czarnuchem?

Pomyślałem, że może kolesie sobie żartują. Tak jak ja ze Słodkokwaśną żartowaliśmy sobie z Namka, a on z nas.

– jesteś czarnuchem? Wstydzisz się, że jesteś czarnuchem?

Odstawiłem piwo i telefon i w bardzo brzydkich słowach zapytałem się bałwana, czy zdaje sobie z tego sprawę, o co pyta? I czy on jest dumny z bycia białasem? Na koniec rzuciłem, że jest rasistą.

Wróciłem do gry i znowu usłyszałem jakieś komentarze do mnie ale rzucone w powietrze. Zgodnie z tradycją zignorowałem kolesia.

Ale znowu bałwan zadał te dwa pytania.

– możesz zabrać swojego kolegę i wyjść stąd? – poprosiłem tego co coś tam dukał po angielsku.

Ćwok był już zrobiony i chyba nie podobało mu się, że bar nie kręci się wokół niego. To musiał zagaić rozmowę. Bałwan wyszedł pierwszy, a jego kolega zaczął przepraszać za niego.

– stary nie przepraszaj, tylko zwróć uwagę koledze, że jest rasistowskim ćwokiem – poprosiłem.

Widać było, że koleś się strasznie zawstydził za kolegę.

Zapytałem się później Stasia i Marka, czy znają tego bałwana, bo on tu nie raz przychodził, a moje chłopaki są klientami tego baru dużo dłużej niż ja.

Marek powiedział, że to jakiś członek bandy Mokotowskiej.

Ok, jak mnie znajdą na dnie Wisły albo Jeziorka Czerniakowskiego w betonowych butach, to szukajcie tropu w tym wpisie.

Jimmy podziękował za wsparcie i opowiedział, że książkę napisał – Strangers at the gate: Black Poland

książka

To chyba po tej akcji druga część powstanie. Eh.

 

– Maciek, zagrasz ze mną – zapytał namolnie Staś

– oj Stasiu, nie chce mi się. A Marek co? Już nie chce?

– Marek idzie do domu

– no dobra, to zagram. Ale Jimmiego bierzemy do gry

– dobra, to na 3 nastawię – rzekł uradowany jak dziecko Stasio.

No chłop po stracie żony ma dwie rozrywki – bawienie wnuka i te rzutki.

– Jimmy, do you wanna play darts with us?

– ok

Chyba na 5 czy 6 gier, Stasio wygrał jedną, ostatnią. Jimmy ani jednej, ale skubany dobrze sobie radził! Ale jak to mówi Pan z Europy na K. – beginners luck. Tak też podsumował mój wczorajszy debiut w squasha. Tzn. mój niesamowity popis gry w tę grę.

Ale serio mówiąc, to nie wiem co się dzieje z naszym społeczeństwem.

Co to za kraj, co to za miejsce?

 

Kurna, znowu potarem sobie oko, uprzednio posiekawszy red hot chili pepper. Jejks. Piecze. Tylko teraz nie sikać, nie sikać!!!

Miłej soboty wszystkim.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑