Tag: holiday

albania, po prostu albania

jestem taka gapa. Do gruzji się od lat wybieram i jakaś sójka jestem. Nie byłem. A wszyscy mówili kilka ładnych wiosen temu, że to jest ten czas. Później może być za późno. Także do albanii czmychnąłem w miarę szybko. Po dwóch latach brzdąkania o niej. W październiku nabyłem bilety, chyba w dobrej cenie (nie pamiętam już). Najpierw myślałem tak „oh, ta albania, to dopiero za pół roku”. Później było „eh ta albania, to za dwa miesiące”. A teraz? „Oj, ta albania! Jeszcze tylko kilka dni i powrót”. A się nie chce.

Wylot mieliśmy z Malmo. Bo taniej i wygodniej. Na lotnisku pasażerowie wyglądali jak z … Albanii. I tu muszę przeprosić, że uprzedzony byłem do nacji. Spodziewałem się, że jakieś dziady będą. Na lotnisku wrażenie było całkiem nie zmienione. Nie, nie chcę nikogo obrażać. Lubię takie kraje. Cięgnie mnie doń. Nie wiem, czy to coś na zasadzie syndromu sztokholmskiego, czy po prostu czuję się zjednoczony z krajami postkomunistycznymi, będącymi pod reżimem.

Wizzair oczywiście nas nie zawiódł i lot nam opóźnił. Na szczęście tylko o 40 minut. Ale i tak to było nam nie na rękę, bo wylądowaliśmy po 1 w nocy.

Na szczęście nasz przemiły hotel, za 20 euro, podstawił na kierowcę, który się spóźnił. Ale tylko o 3 minuty. Jadąc do hotelu (ok. 20 minut) popatrzyłem przez okno limuzyny. Hm, kraj różnic i kontrastów. Logo wielkich, zagranicznych korporacji bije po oczach. Te świetne budynki przeplatane były starymi ruderami albo dziwnymi, architektonicznymi dziwolągami. Wtedy to się mogłoby nazywać modern art., ale w czasach komunizmu oczywiście nie nazywało się tak. Sztuka użytkowa pewnie to była.

Zaciągnąłem języka przed wylotem. Akurat koleżanka była. Ale 6 lat temu. To wiadomo, że po tej zarazie to wieczność. Inny świat, inna cywilizacja.

I takie mam wrażenia:

– po angielsku ciężko się dogadać, ale HALO, to nie koniec świata. Dajemy radę. Nie ma problemu. Używamy międzynarodowego języka pięniądza

– zielono

– pieszy niby ma pierwszeństwo, ale … hahahahahaha … jasne

– kontrast/różnorodność

– współczuję rowerzystom. Masakra się chodzi po chodniku. A tu jeszcze dwa kółka cię mijają. Gorzej niż na Manhattanie

– jarają wszędzie. Niestety najbardziej czuć to w knajpach na zewnątrz (w środku nie można palić)

– nie jest tak tanio, jakby mogło się wydawać. Za melona w sklepie zapłaciłem 24 złocisze!!!

– miasto jest bardzo dobrze rozwinięte, jeśli chodzi o rozwiązania technologiczne. Ławki z usb i darmowym wi-fi. Fajne światła dla pieszych. Ludzie dobrze ubrani. Widać wysoki poziom rozwoju i świadmości.

Hotel mamy z serii B&B. Skromnie, ale czysto i bardzo miła obsługa. Dziewczynka nam doradza we wszystkim. Na ścianie informacyjnej była lista z „6 hot spots”. Do tego dołożyliśmy 15 miejsc, które należy zobaczyć. I ruszyliśmy w miasto.

Polecam Tiranę. Z całego serca. Taka Rumunia, Włochy, Te Aviv. Czasem i Ukraina. Fajna mikstura. Język też osobliwy.

Nastawiałem się również na jedzenie.

Pierwszego dnia, tak ścichapęk wylądowaliśmy w Greek Street Food. Po wejściu do środka od razu pomyślałem, że to taki standard złotych łuków (dla nie kumatych Złote Łuki = Mak). Ale ok, jak się już weszło, to trzeba coś przetrącić. I ku naszemu zaskoczeniu pita z kalmarami i sałatka z awokado okazała się strzałem w 10! Mega smaczne i świeże.

lunch Greek street food

lunch Greek street food

Kolację mieliśmy w bizantyjskich ruinach. No może przesadzam, ale kiedyś tam stał jakiś pałac. Mury tylko się ostały. W środku knajpa na knajpie. Menu dosyć proste, bo wybierasz tylko mięso i kucharz zajmuje się resztą. Można wybrać wieprzowinę, wołowinę, jagnięcinę, kozinę. Przystawki lokalne dostają wszyscy takie samo. Danie główne jest serwowane na dwie osoby. Wzięliśmy wołowe. Dobrze doprawione, chrupiące.

beef me ceren

beef me ceren

Dziś był dzień owoców morza.

Wstawka: Nie muszę chyba przypominać, że ja od czasów spotkania Stefana na Santorini trzymam się jego zasady – zawsze bierz oktopusa!

Lunch w modnej i bardzo ekskluzywnej drzewiej dzielnicy Blloku. Kelner bardzo mało przyjazny. Dziwną minę zrobił, jak zapytaliśmy się czy czynne. Chyba nie było, ale po zrobieniu szybkiego focha oznajmił, że czynne. Ale jedzenie było ok.

Na kolację zaszliśmy do Varkat 400 metrów od hotelu. Dzielnia mało przyjemna, choć według wszelkich opinii bezpieczna.

I się okazało, że sam szef nas ugościł. Piękną angielszczyzną opowiedział nam całą kartę, także wiedzieliśmy co zamówić. Nie wiem, jak się to stało, ale 9 dań nam wyszło. Za 260 złociszy. Przy okazji dostaliśmy lekcję historii o Tiranie i Albanii. Był kiedyś taki dowcip:

– ile pan ma lat? – pyta się rekruter

– 20 – odpowiada kandydat

– i pisze pan, że ma 25 lat doświadczenia?

– tak, nadgodziny brałem

I tu też było coś w ten deseń. Szef kuchni i współwłaściciel ma 28 lat i knajpę prowadzi od 13. Najpierw był to rodzinny biznes, a teraz w kilka osób to prowadzi. Nadal słychać entuzjazm w głosie i przede wszystkim wciąż ma zapał do tej pracy. Oczywiście chłopak samouk. Dodatkowo doradził i odradził na kilka rzeczy. Chciałem jechać do Berat, miasta 1001 okien. Enea Kapaj wzdrygnął się na samą myśl i zaproponował nam zupełnie inny kierunek. Musimy przemyśleć za i przeciw. Oczywiście można się wszędzie autobusem dostać. Kraj jest mały. Ale na myślę o wynajmie auta. Ale w Albanii jest zero tolerancji. 0,01 promila można mieć, czyli trzeba być trzeźwym. Pomyślimy.

Jak na razie jestem zachwycony Tiraną. Świetne miejsce. Serdecznie polecam.

I chyba po raz pierwszy mam uczulenie. Nie wiem tylko na co. Mam wrażenie kataru. Smarkam i ciągam nosem. Do tego oczy by chętnie chciałyby być zamknięte.

 

internety wszystkich krajów łączcie się

Obsmarowałem mój telefon ostatnio i dziś kara nastąpiła. Mój iPhone się zemścił. W Terorze! Zabrakło interentu. Nie chciał się łączyć i pomagać nawigować. Może się zagrzał? Bo nawet muzyki nie chciał grać. A internet nigdy nie był potrzebny do umilania mi czasu.

Sprawdzam sobie teraz moje konto w Plusie i widzę, że jeszcze 1,47GB w roamingu mam. Może bierze dane jak z Afryki? Bo w sumie blisko?

O ile wcześniej narzekałem na Las Palmas i bałem się mówić mojej wycieczce, że jestem tu po raz trzeci – pierwszy, ostatni i po raz ostatni, to dziś stwierdzam, że jest bajkowo. Dzisiejszy dzień najbardziej bajkowy. Nie dlatego, że dziś kończę … 29 lat … znowu. Ale dlatego, że byłem w niebie i to kilka razy.

Już wcześniej zachwycony byłem wycieczką na południe wyspy. Ale myślałem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. No właśnie, wiosna. W Polsce chyba nadal zima. Nie chce się wracać.

Początkowo mieliśmy wziąć na cały tydzień auto. Wykalkulowaliśmy, że z paliwem, parkingiem i najmem wyjdzie nam 300 euro. Jak się podzieli na głowy, to nie tak dużo. Tylko chętnych do prowadzenia maszyną nie było. Co prawda w Hiszpanii tolerancja wynosi aż 0,5 promila, ale nadal nikt się nie kwapił. Także było taxi z lotniska, autobus na południe.

Wczoraj taka szybka burza mózgów i przy pomocy map gugla szybko ustaliliśmy trasę. Auto pan nam wynajął za 46 euro z groszem. Za paliwo wyszło bez mała 19 eurasków.

Właśnie! Wczoraj na kolacji zaglądnąłem do mojego kantorku, żeby kupić hajsy, co by za kolację zapłacić. Oj, oj, motyla noga. Kurs, że kacze pióro!

Traskę taką ustaliliśmy.

mapa gran canaria

I cóż mogę powiedzieć? Bajkowe widoki. Miasteczka przecudne – Agaete, Teror, Tejeda. Taka właśnie Hiszpania, jaką miałem w wyobraźni.

Drogi kręte. Auto pali jak smok. Po 100 km zatankowaliśmy 15 litrów i w sumie 165 km zrobiliśmy, czyli jakieś 9 pali. A to KIA Rio, czy coś takiego. Biały.

Kręte drogi na myśl przywiodły mi stare, dobre czasy. Wrzesień 2009 roku, kiedy to z Ulą zwiedzaliśmy Californię – San Francisco i Yosemite oraz luty 2010, kiedy to z Państwem z Europy na K. przemierzaliśmy … Californię, ale okolice Indian Wells. Kręto, strasznie, pysznie. Przygoda. I teraz też.

Jestem zauroczony wyspą.

Zastanawiam się, kto w ogóle mieszka w tych miejscowościach. Zajechaliśmy do Ageate dosyć wcześnie, więc tylko kilku lokalsów było i piło kawę. Ale w innych miejscowościach? Takie maluteńkie, że nawet psów nie ma, żeby mogły wiadomo czym szczekać.

Ale pięknie. W zachwycie jestem i chyba nie po raz trzeci tu byłem. Wiem na pewno, że Las Palmas sobie będę już darował. Choć wczoraj wylądowaliśmy w oceanarium. Wydawało mi się, że raz dwa przeszliśmy obiekt, a tu się okazało, że z 90 minut się bawiliśmy. Fajne te zbiorniki wodne. Zastanawiają mnie połączenia rekinów z takimi małymi, tłustymi, smacznymi rybkami. Nie gryzą się. Ula i ja twierdzimy, że to dlatego, że karmią dobrze, to nie muszą atakować. Z innych stworków miłych dla oka, to piranie czerwonobrzuszne wyglądały interesująco.

Północna trasa dziś okazała się udana. Zdjęcia chyba wrzucę ot tak, bez ładu i składu, bo za raz na kolację lecimy celebrować 7 marca. I żeby nie było, trenowałem dziś troszkę!

I co za historia!

Wybraliśmy się na kolację z okazji 7 marca. Wysłałem iMasaż do pani prof. ze Szczecina. Na zdjęciu byłem ja i kaktus, bo jej stary jest kaktusiarz. I co się okazuje! Ta mi odsyła zdjęcie z … kaktusem. A później z mapką, gdzie jest! Daliśmy plamę życia. Ona w Maspalomes, a ja w Las Palmas. Ona dziś w Las Pal Palmas, a ja dziś na wycieczce. Oj szkoda.Będziemy mieli co wnukom opowiadać …

sunclass

dawno, dawno temu dałem się zaprosić na wycieczkę do miejsca, o którym nie myślałem, do którego nie miałem ochoty i potrzeby jechać. Choć bardzo mnie do Hiszpanii ciągnęło, to jednak do TEGO miejsca mnie jakoś odpychało. Może dlatego, że Pamiętniki z Wakacji były kręcone z TEGO miejsca. Mięsny jeż, mięsny jeż, ty go zjesz.

Wzbraniałem się przed namowami. Ale nie chciałem wyjść na Polaka, który mówi „nie, bo nie”, czyli „nie i chuj”, więc postanowiłem dać się namawiać. Namawianiom nie było końca. Toteż dałem szansę i obiecałem, że solennie wysłucham i obejrzę te zachęty. No i na youtube były filmiki z serii „10 atrakcyjnych miejsc …” na Fuertaventurze, Teneryfie, Gran Canarii. W przypadku Lanzaroty wyliczono tylko … 9 miejsc.

Do gustu jako tako przypadła mi Gran Canaria, o czym szczerze poinformowałem.

No i dziś jest ten dzień.

Trochę niefortunny czas, bo Putler nie skonsultował ze mną swoich planów. W robocie gorąco, pomagamy. Prywatnie też pomagamy. Ale ja jakoś zdalnie. Powiedziałem, że oddam ręczniki, koc i pościel. Jeśli trzeba będzie, to Państwo z Europy na K. ma klucze i może wejść i zabrać wszystko z mojego mieszkania. Dobrze by było wiedzieć, czy pomoc doszła do skutku, żebym na allegro zdążył nowe ręczniki zakupić przed powrotem na Sadybę.

Zobaczę jak wrócę. Jeśli jeszcze Putler nie odpuści, to jadę na granicę pomagać. Albo gdzie tam trzeba. Pracodawca mój nawet 4 dni wolne ofiarował na pomoc.

Ale na razie resetujemy się. Słońce, zen, spokój.

Lecimy ze Szwecji. Linie lotniczne Sunclass. Jak to mówią Szwedzi o stewardessach z tej firmy – stare cioty z SAS. Skarciłem od razu i wyjaśniłem, co znaczy „ciota” po polsku. Ale przecież mówi się ciocia, ciotka? – usłyszałem w tłumaczeniu. Właśnie, po rosyjsku Kasia też często mówiła o jakiejś obcej pani “ciotka”.

Stewardessy faktycznie były jakieś … przechodzone. Wszystko w tempie ślimaczo-żółwim. Ale na plus daje im sposób, w jaki serwują posiłki. Takie fajne plastikowe tacki mają. Jedzenie też było wcale nie takie ostatnie. W gazetce zobaczyliśmy jakieś zestawy do picia i się od razu zaopatrzyliśmy w wodę i inne takie. Aha, gdyby ktoś pytał, wino słabiutkie. i to bardzo! Ale lepsze od produktów z winnicy Połczyn-Zdrój, to znaczy Popłuczyn-Zdrój.

Wyspa mnie na razie nie urzeka. Fakt, Las Palmas to największe miasto Wysp Kanaryjskich. Tak ze 100 000 więcej niż w Białymstoku. I tę wielkomiejskość widać – centra handlowe, ruch na ulicy, miłośnicy siłowni. Wyspa sama w sobie jakaś taka pustynna. Ale dajemy szansę. Południe wyspy ponoć fajniejsze i cieplejsze.

Zawsze mnie zastanawiało, kto w takich miastach korzysta z fitness klubów. Przecie cały rok można się plażować, ruszać na świeżym powietrzu, c’nie? Ale nie, ludzi na siłce pod wieczór było troszkę. W naszym hotelu też jest sala do ćwiczeń. A jak rozglądamy się za noclegiem na południu wyspy, to też można się poruszać troszkę. Strój mam jakby co. Jutro zapisałem się na saunę po siłce.

Hotel trafiliśmy dobry. Na sam przód po zameldowaniu zrzuciłem buty i z bronksem na leżak poszedłem. Słońce troszkę po pysiu posmyrało. Niby 20 stopni, ale jak słoneczko rozchmurzy buzię, to naprawdę cieplutko, a w mojej skali to i gorąco.

 

Po chillax’ie nadszedł czas na rekonesans. Promenada wzdłuż oceanu przyjemna, tak jak widok na wodę. Boczne uliczki takie sobie.

 

Postanowiliśmy zrobić kilka kroków, przetrącić jakiś tapasik, pójść na shopping i po odświeżeniu się w hotelu, pójść na ucztę. Ale nie wyszło. Plany wzięły w łeb. Zmęczenie wzięło górę.

Jedzeniowo to na razie szału nie ma, ale trzeba się bardziej rozejrzeć. Lokalsi są mili, ale kompletnie mają w nosie, że ty nie kumasz po hiszpańsku. Dwa razy nas odesłali do QR kodu, żebyśmy sobie menu zobaczyli po angielsku. Ale jakoś nie wyszło. Hiszpański nie chciał się cudownie zamienić w angielski. W meksykańskim przybytku pani była nawet miła i wyjaśniła, gdzie szukać przystawek, dań głównych, deserów i tak dalej. Ale żeby wyjaśnić co to za dań? No senor! Radź sobie sam. Trochę męczące było kopiowanie do translatora.

W końcu siedliśmy gdzieś przy nabrzeżu i dostaliśmy dobre rzeczy. Jak to mówił mój sąsiad z wycieczki do Grecji, Stefan – zawsze oktopusa bierz. To wziąłem. W towarzystwie krewetek. Pochwaliłem nawet dań u chłopca za ladą. Okazało się, że to wymysł tego przybytku, w którym siedliśmy, a nie jakiś lokalny przysmak. Octopus-King Prawn cośtam – tak się nazywał. Brioszka z fish and chips też była spoczko, ale gabarytowo mogłaby być większa.

Później nastąpiło szaleństwo zakupów. Primark, Carrefour i takie tam. Pandemia w Hiszpanii jeszcze jest i podchodzą do tego sumiennie. Obostrzenia takie jak u nas – maseczka w miejscach zamkniętych i tłumnych na zewnątrz. Zwracają uwagę, nie tak jak u nas. Mnie najbardziej spodobał się jeden regał w Carrefourze.

Niestety nie mamy lodówki w pokoju, więc taki udziec zmarnowałby się szybko (smutna mina).

I tak na koniec dnia sobie siedzę na 5 piętrze i piszę, i popijam, i patrzę, i gadam z ludzikami. Fajny hotel. Na naszym poziomie jest: sala TV, bar z takim lounge’m, patio, siłka, sauna, sala z grami stołowymi. A po schodkach parę kroków jak zrobimy, to i się popluskać można. Basen wąski ale rączkami parę razy trzeba pomachać, żeby dotrzeć do drugiego brzegu.

a nie zgadzam się …

 

A nie zgadzam się … z Lulumpusiem, który na moje stwierdzenie, że Grecy są mili odparł coś w stylu – bo ty jesteś turystą. Oni chcą twoich pieniędzy.

Nie, nie zgadzam się. Do końca się nie zgadzam. Podróżowałem to tu, to tam i jakoś mogę porównać miłość lokalsów do turystów. Grecy są naprawdę mili. Oczywiście są wyjątki, takie jak kierowcy autobusów lokalnych (i też nie wszyscy), ale gros ludzi jest przesympatycznych, życzliwych i miłych.

Z dołu nasi sąsiedzi Polacy okazali się być z … Białegostoku. Integracja nastała. Stefan mnie melonem poczęstował, a później dali nam spory kawałek pizzy. Czyli Polak za granicą umi się zachować.

Niemry już nie umijo. Obtańcowałem jakieś dwie germańskie lale w autobusie. Wsiedliśmy do PKS-u do Oia z miejscowości Thera (czyta się Fira). No i lalki zaczęły się rechotać. Z byle czego. Śmiechu kupa i komentarze. Po mojej uwadze jedna z turystek odrzekła – dziękuję, że zwróciłeś mi uwagę. Nie wiedziałam jak się zachowywać w autobusie. Oczywiście wszystko było podlane ironią. Zignorowałem idiotki, choć miałem szczerą ochotę powiedzieć im mach die Klappe zu. Na szczęście do końca podróży było już cicho.

W Thera na sam koniec podróży PKS-em miałem przesympatyczną rozmowę z dwiema dziołchami z Miami. Są już tu 6 dni i wszystko wiedzą i się bardzo chętnie podzieliły wiedzą. Czyli jednak Niemcy vs USA 0-1. Do przerwy zero jeden.

Pojechać dziś chcieliśmy do starożytnej Thery. Wywiedziałem się wszystkiego i już pędziliśmy do Kamari (południowy wschód wyspy). Hm, autobusy jeżdżą do starej części wyspy codziennie, oprócz … śród.

Heh. Przeszliśmy się po czarnej, kamienistej plaży i wsiedliśmy w autobus. Tu wszystko się zjeżdża i rozjeżdża do Thery. Taka funkcja jak Dworzec Centralny w komunikacji nocnej Warszawy. Postanowiliśmy pojechać na sam koniec północnej części wyspy, do Oia.

I powiem tak, o ile wczoraj pisałem, że Mykonos górą, to dziś cofam. Jednak Santorini.

A Oia jest bajkowa, malownicza, przecudna.

Chciałem dziś zamówić musakę, ale akurat wyszła, więc wziąłem jakiegoś prosiaka z kociołka. Była też carbonara i sałatka santoryńska. Mniaaaaaam.

Jutro czas na wyspę wulkaniczną i ciepłe źródła.

Co do słoneczka, co rozchmurzyło buzię, to powiem, że wszystko co mówili znajomi się sprawdza.

Nasmarowałem pysia, założyłem okular i kapelutek, a i tak mordka czerwona. Dodatkowo klata czerwona, a t-shirt nie był zdejmowany.

Teraz siedzę sobie nad basenem, podziwiam Oię z daleka oraz zatokę. Bryza mnie po buzi smyra i czuję, jak mnie lekko pali.

Słyszałem, że w Polsce żar się leje. Jak to dobrze, że mię tam nie ma.

kabel

Hejka kochani. Jak się macie? Bo ja super.

 

Jesssu, ja to w jakimś marketingu albo pi-jarze powinienem pracować.

No wszędzie znajomości nawiążę. Z każdym zagadam.

Na każdym evencie służbowym poznam ciekawego klienta. A jak muszę coś zorganizować, to też bez problemu zagadam. Wybadam, ogarnę.

Zachodzę ja ci na Okęcie. Pani miła w okienku, to się uśmiechamy.

Aha, moja waga domowa ssie! Ważę się ja ci i patrzę, że mam 26 prawie kilo. Myślę sobie „o-o. Nie za dobrze“. Wyrzucam ze 2 pary butów, to i tamto. Odkładam flaszeczkę. Nadal powyżej 25 kg. Poddaję się. Najwyżej dopłacę za nadbagaż. Kładę ja ci walizę na pas i w szokum jest! 23,8 kg! Waga z Eur Agd. Oszusty. To ja zapewne nie ważę 100 kg!

Wracamy do pani z okienka.

– ale po cóż mi pani kartę drukuje, skoro mam w telefonie?

– a wydrukowałam ja ci już

– ok. Dziękuję

I zerkam. I co ja paczę!? Pierwotnie mój lot o 17.30. O 20.55 ląduję na Newark i po godzinie, mniej więcej, cmok cmok z Ulom!

– boarding o 19.15?! dokąd pani mnie wysyła?

– aaaa! Bo opóźnienie jest. O 20.00 wylot

A idź ty na chuj i nogami wymachuj. Jakby dali znać wcześniej, to bym w robocie został do 16.00.

Ale konwersuję z panią i się śmieję, i mam ubaw po pachy, No co zrobić! Trudno. Uwielbiam 5 godzin na lotnisku spędząć. Niedawno w Tel Avivie się pysznie bawiłem.

No serio, to słaba akcja. Przecie 2 i pół godziny obsuwy, to ja ten cmok cmok gdzieś o około północy zrobię.

No nic. I bramka 15-16N. To samo co do Izraela. Wiadomo, w USA najwięcej obrzezańców mieszka.

Poszedłęm ja ci do naszego ulubionego baru. Pani ta sama, co wtedy. Ale chyba przeszkolili, bo już nie taka wkurwiona na robotę. Nawet się pouśmiechalim. Placki sobie wziąłem ziemniaczane.

Pomyślałem sobie, że może lapsa odpalę. Ale brawo ja! Ładowarka w walizce.

I co ja paczę!? Panoczek siedzi z mac bookiem pro! To podbijam.

– dzień dobry, przepraszam, może ma pan ładowarkę do lapopa, bo bym chętnie się naładował, a zostawiłem kabel w walizce.

– jasne, nie ma sprawy.

I tak poznałem Przemka. Weteryniarz, od 37 lat mieszkający w USA, obecnie w Lambertville, na granicy z Pensylwanią, czyli jakaś godzina dwadzieścia od Jasnego Zieleńca. Laptop się ładował nie będąc kompletnie używany. No tylko ten raz, żeby sprawdzić gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Moskwa.

Przemek z Warszawy. I też wpieniony na opóźnienie, bo by mógł ze swoją mamą dłużej posiedzieć. A tak, to gnije na lotnisku. Mówił też, że jego żona leciała niedawno i też opóźnienie mieli. Identyczne. Także LOT- szmrot.

I tu wtrącił się Krzysiu. Z Tarnowa. Śmieciami albo myjnią samochodową obraca w USA. Dał Przemkowi wizytówkę i sobie rozmiawiamy.

– wiesz, ale spisz numer i oddaj mi wizytówkę, bo mam tylko jedną

– zrób zdjęcie i mu oddaj – wtrącam

Ja namiaru nie chciałem, bo powiedziałem, że tam nie mieszkam. A kolega wziął, bo ponoć blisko siebie mieszkają. Krzysiek gdzieś z brzegu Pensylwanii.

Osoboliwa postać ten Krzysiu. Nie pił! Dziwne. Polak i nie pije. Pewnie jakiś łobuz. Twierdził, że musi bęben zrzucić, bo stara go gania. Ale kabanoski od Przemka wciągnął.

A jak mi się oczy zaświeciły, jak mój nowy przyjaciel pistacje wyciągnął!

– znasz? Lubisz te orzeszki?

– czy ja znam?! Przemek, przecie zeżrę wszystkie i nie przestanę, jak nie skończę.

Jakżem powiedział, takżem zrobił.

Krzysiu się oddalał ze dwa razy do palarni, a my się cieszyliśmy konwersacją, śmiejąc się gromko.

Nawet jakiś chłopiec nas zaczepił, czy nie możemy mu przylukać lapsa i plecaka, bo do toalety chce wyskoczyć. To przypilnowaliśmy.

Aha, przy check-in-ie wczoraj wybrałem sobie mądrze rząd przy wyjściu ewakuacyjnym. Jesssu, jaki ja bystrzacha! 2 metry luzu przede mną! Nogi można wyciągnąć. Aha, tym nowym dreamlinerem lecimy. Faktycznie jakiś inny, niż ostatnio miałem. Nic nie kapie i się tacka z ohydnym jedzeniem nie zsuwa (no jedzenie niestety bardzo na NIE).

Na bramce zagaduję panią. Widać, że większość pasażerów wkurwiona opóźnieniem.

– przepraszam, czy moglibyśmy z kolegą zmienić miejsca i siedzieć obok siebie?

– jessu, teraz pan to mówi? 2 i pół godziny opóźnienia, a pan teraz o to prosi?

– no bo się teraz poznaliśmy. Jakby była pani taka miła

– w samolocoe proszę zapytać. Pół samolotu puste, coś się da znaleźć.

– ok, dzięki, nie przeszkadzam

 

Ja miałem 20 rząd (pierwotnie 18 ale zmieniłem na ten ewakuacyjny), Krzyś 16, Przemek 14 i ta fajna dziewczyna też 16, bo ją coś Krzysiu zagadywał. Fajna dziewoja. Fajnie po polsku mówi. Powiedziałem jej, żeby podziękowała rodzicom, bo czysta przyjemność popatrzeć i posłuchać, tzn. posłuchać.

Aha, córka Przemka to jakaś szycha w szołbizie.

– znasz Lorde?

– czy ja znam Lorde. Przemek, uwielbiam Lorde i jej „Royals“

– no widzisz, bo moja Natalia ją odkryła i wypromowała

I pokazuje mi okładkę singla z dedykacją dla Natalii.

 

Rozścieliłem ja ci sobie kocyk na podłodze i sobie drzemię. Po 3 godzinach zmiana warty. Ja piszę, a Przemek chrapie.

„And we’ll never be royals
It don’t run in our blood
That kind of lux just ain’t for us
We crave a different kind of buzz“

 

 

 

 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑