Tag: google (Page 1 of 2)

nasłuch gugle

bodajże prawie dwa lata temu, bo 2 lub 3 stycznia 2021 mieliśmy dyskusję, ciekawą dyskusję na temat permanentnej inwigilacji internetowej.

Oczywiście standardem jest wyświetlanie reklam kilka chwil po tym, jak my czegoś szukamy do kupienia w necie. Pamiętam propozycje pralek … kilka dni po tym jak zakupiłem jedną.

Ale tamtym razem poszło o nasłuch telefonowy. Że niby rozmawiasz sobie prywatnie w gronie (telefony w kieszeni albo na stole) i nagle za chwilę na internetach pojawia się niby od niechcenia reklama TEJ rzeczy, o której rozmawialiśmy.

Zrobiliśmy wtedy eksperyment. Celowo zaczęliśmy rozmawiać o piwie. Że lubimy piwo. Że nie ma nic lepszego niż zimny napój z pianką. Że Heineken, to jest coś co lubimy (nieprawda!). I tak dalej. I nic!

I tu nasuwają się dwa wnioski:

– albo wybraliśmy zły produkt, bo alkoholu się nie reklamuje. W sumie mogli bezalkoholowy produkt nam zaoferować

– albo iPhone broni się skutecznie przez takim nasłuchem. Wszyscy, jak jeden mąż mieliśmy telefony z nadgryzionym jabłkiem

Kilka razy robiłem ten eksperyment i nic!

Na niedawno zakończonych Świętach pewien pan i moja siostra …

Piszę „pewien pan”, bo jak napiszę kto to był, to od razu szwagier mnie wydzwoni i znowu zażąda tantiem i będzie się pytał, czy mam jego zgodę na cytowanie.

No więc wspomniane wcześniej osoby przytoczyły przykłady tego, jak reklama w internecie pojawiła się za chwilę po tym, jak sobie dyskutowali o tym. Siostra z koleżanką o portmonetce dywagowała i … PACH … wyskoczyła reklama portfela. Akurat takiego samego, jaki siostra aktualnie posiada!

Jeśli chodzi o mnie, to ja zauważam inne prawidłowości związane z moją aktywnością w sieci. Medyczne akurat. Sprawdzałem jaki jest limit cholesterolu i co to znaczy i … PACH … na drugi dzień artykulik na onet o tym, jak uważać, co jeść, żeby nie mieć problemu z zatykaniem się żył.

Ostatnio też miałem podwyższony kwas moczowy (już jest w porządku, proszę się nie martwić) i … PACH … na onet pokazuje się artykuł o krwi.

Muszę odstawić onet.

Wczoraj pisałem o … Kanale LaManche (przymrużenie oczka) i dziś na onet pokazuje mi się …

jestem zdewastowany

https://www.youtube.com/watch?v=pFBUh3hKKDg

 

 

smutno mi Boże.

 

Usłyszałem przed chwilą w radio, że dziś premiera nastąpiła najnowszej książki Kasi Nosowskiej. Wczoraj przeczytałem kolejne 54 strony i muszę powiedzieć, że za ostro zareagowałem. Ale, bo zawsze jest jakieś „ale”, gdyby ktoś mnie wysłał na bezludną wyspę i pozwolił zabrać 1 000 książek, to nowość Kasi by została w domu. No może to nie bełkot. Kasia ładnie pisze, tylko czasem mam wrażenie, że jest za bardzo zagmatwana myśl, albo nie przystoi prawie 50-letniej pani tak pisać. Zgadzam się z pisarką w sprawie kotów sąsiadów. W punkt wyłożyła racje obu stron.

A bardzo zasmucił mnie wątek I Komunii Świętej. Czułem tę samotność małej Kasi razem z nią. Wzdrygnąłem się tą opowieścią. Także czytam dalej.

Ale nie to jest powodem dewastacji.

W ostatni piątek trenowałem do OnkoBiegu. Aha, Endomondo chyba poczuło błąd kroków (faux pas) i pokazało w końcu trasę mojego, niedzielnego biegu.

Zrobiłem sobie plejelistę o nazwie „running”. I jak wylatuję z klatki, to zwracam się do telefonu tymi o to słowami: Hey Siri, play running playlist, shuffled.

Dlaczego Siri nie nauczono jeszcze po polsku? Kolega ostatnio pokazywał swój Hujajej i po komendzie „OK gugl” telefon słuchał poleceń w języku naszym. Dziwny ten Apple.

No to biegnę. Muzyka motywująca, energetyzująca, hałas tępy, bolą zęby. Ale są też i utwory spokojniejsze. Jak The Unforgiven Metallica’y. W folderze tym są utwory polskie, rosyjskie i … zagraniczne. A tu Fieduk i Endżej śpiewa mi Różowe Wino, a tu ukraińskie Grzyby o Topniejącym Lodzie, a tu Leningrad o wystawie Van Gogha. To lecę, biegnę, trenuję. Muzyka mnie uskrzydla.

W poniedziałek poszłem się przejść, narobić brakujących kroków i stwierdziłem, że jak ten RaiM2 mi do łba wszedł, to może posłucham … Hey Siri, play rosyjskie playlist, shuffled. I skubana zrozumiała „rosyjskie”. To słucham, idę, słucham, się rozglądam, robię kroki. Jest hit „Dzwigatsja”. Nucę, macham rąsią i mi miło, очень приятно. Po jakimś czasie stwierdziłem, że na Grzyby mam ochotę. Przeskakuję utwory i nic. Otwieram aplikację, przeszukuję listę utworów. Są! Ale na szaro. Oooo – pomyślałem – pewnie się biblioteka wykrzaczyła.

W domu otwieram bibliotekę muzyczną moją na iMusic i tu też Griby są na szaro. Przechodzę do profilu artysty i … DEWASTACJA! Usunęli stare rzeczy! Jest jakiś nowy album, który brzmi jak wszystko inne teraz grane, czyli nijak! Bazaru NIET!

Wchodzę prędko na Spotify, jako gość, bo nie mam tam konta. Sprawdzę, jeśli są tam, to to właśnie będzie gwóźdź do trumny iMusic. Już od jakieś czasu, długiego czasu, ta aplikacja mnie irytuje. No i jako nie-użytkownik tej platformy streamingowej też nie widzę Gribów i ich żółtego, debiutanckiego albumu. Jest to nowe nieporozumienie.

Dziś, po kilkudniowej traumie, dzwoni do mnie największy fan Grzybów, Słodkokwaśna. Gadka-szmatka o tym i owym, przełykam ślinę, zbieram się na odwagę i się pytam, czy ma na Spotify na swoim profilu żółty album. Powiedział, że nie wie, ale sprawdzi. To było wczesnym popołudniem. Jest prawie 19.00, a kolega nadal nie dzwoni! Pewnie zdewastował się tak samo jak ja!

Smutno mi Boże.

https://www.youtube.com/watch?v=YC77YSU8oKQ

 

nadciąga noc komety

Wizje chodźcie do mnie

Blisko najbliżej

Zostańcie w mojej głowie

Najdziksze sny

https://www.youtube.com/watch?v=cjcz3kYlU2U

 

 Cholery można dostać. Ręka do góry, kto ma tak samo?! A może to Noc Kupały, Sobótka, Pierwszy Dzień Lata? Lata mi to. Fakt jest faktem, że raz na jakiś czas jakaś melodia, jakiś utwór zakrada mi się do głowy i tam zostaje! Najgorsze, że to są najgorsze piosenki.

Od samiuśkiego rana nucę „nadciąga noc komety” i nie może mi to się wybić z głowy. Czy wszystko ze mną dobrze, panie doktorze?

Na szczęście ten przebój nie jest taki ostatni. Lubiłem głos Felicjana Andrzejczaka. I ta Urszula wewtle niczego sobie. Lubię jak Ule śpiewają.

Jakoś gorąco się zrobiło. Tak niepostrzeżenie lato nadchodzi. Wczoraj u Słodkokwaśnej nam się rzutnik zagrzał. Musieliśmy dokończyć Ozark na lapsie. Jak dawniej. My przy stole, a komputer na blacie kuchennym, metr od nas. Jezioro fajne. Polecam serial. Nikt się na końcu nie spodziewał, że mordercą jest …

A mnie się dziś coś mój laps nagrzał, bo musiałem go z ud zabrać na stół. Lato idzie jak nic.

Popatrzyłem ja ci dziś na moją wieżę i nie wierzę, ile nań i weń kurzu. Czas chyba odkurzyć. Jak to śpiewał kiedyś germański duet Modern Talking Yamaha, Ja ma sołl. Fajna na moja wieżyczka. Dzięki panie z Europy na K. za pomysł kilka ładnych lat temu. Pianocraft mi się bardzo podoba i służy. Dziś jest Record Store Day w Polsce, czyli #winylowasobota. Nie mam gramofonu, ale myślałem kiedyś o nim. Wybiłem to sobie z głowy jednak szybko. Przecie ja jestem już tak leniwy, że CD mi się już nawet nie chce przełączać. A co dopiero mówić o krótkich stronach płyt winylowych? Więcej chodzenia i przewracania, niż słuchania. Ale, żeby nie było, jako fan muzyki postanowiłem posłuchać dziś muzyki z mojej kolekcji płyt kompaktowych. Streaming dziś niech odpoczywa.

Miało być na wesoło, ale przeglądam ja ci mój zbiór i stwierdzam, że słucham tylko smutnej muzyki. Trafiło na Petera Gabriela i jego Us. Oj nie, sorrki, wymiękam po drugim utworze. Za smutno. Życie jest piękne, a słuchając tego ma się ochotę żyły sobie otworzyć. Może sobie Śmieci włączyć i ich debiut pt. Garbage. Tam pani śpiewa o mnie:

I’m only happy when it rains (…) I only listen to the sad, sad songs

 

Nie, chyba nie. Sobota jest. To może Gwałciciela sobie zaproponuję.

 

Wracając do natręctw. Kiedyś mi do głowy wlazło „gdzie jest słonko, kiedy śpi, czy wilk zawsze bywa zły”. I napisałem o tym do pani prof. ze Szczecina. A ta mi odpisała, żebym szedł w cholerę, bo cały dzień też to nuci. Ha! Zaraźliwe to widać jest. To ręka do góry, kto dziś ponucił to poniżej

 

 

 

 

 

pan fasola

Nigdy nie byłem fanem tegoż komedianta. Na nerwy mi działał. Ale mam jego obrazek w głowie.

Zawsze chciałem mieć dywan na klacie. Niestety, jedyny dywan, to pod łóżkiem. Kawior taki (po rosyjsku ковёр – dywan. Диван – łóżko, sofa. Zdałbym chyba ten rosyjski na maturze jednak). Także dziś zrobiłem sobie dywan na klacie. Sam się ostrzygłem, ogoliłem i … niechcący zrobiłem na pana Fasolę.

 

Dziś już wiem, że dywanu na klacie bardzo nie chciałbym mieć. Kiedyś na studiach mieliśmy kumpla. Bardzo owłosiony i grubawy. Grając w kosza jedna drużyna była bez koszulek (żeby się jakoś rozeznać kto jest kto, z której drużyny). I raz przypadło mi w udziale krycie kolegi. Akurat to ja byłem w koszulce. Kolega dostał ksywę Oślizgły. Fuj, co za, kurczaczki, nieprzyjemność przy starciu w zbiórce piłki. Oślizgłość!

Wczoraj po kometce zaszedłem jeszcze do kumpla do knajpy włoskiej. Nieopodal przemknął nasz Albercik – turecki Barber. I się nauczyłem, że niestety nasz przyjaciel nie ma ruchu za bardzo. Ludzie się nie chcą ciąć i golić. Ale ja się nie dziwię. Mam opory przed usługami tego typu. Robert i jego pizzer też sami się od marca strzygą. I ja zacząłem. 130 zł zaoszczędzone. I nawet ten drugi raz poszedł mi o niebo lepiej niż pierwszy. Radość!

 

Dziś się napedałowałem ze Słodkokwaśnymi. 42 kilometrów w sumie. Ból niestety dupy. Nieradość. Zajechaliśmy na pizzę z Radości. Arturka nie było niestety. Zamówiliśmy prawie wszystko, zjedliśmy, przepłukaliśmy gardło. Pizza dobra, nietypowa taka.

Ja wziąłem tasmańską i ojca chrzestnego. Słodkokwaśna – zimowa i rosyjska, a jego pani – słoneczna i caprese.

 

 

Zimowa na propsach! Na deser poszedł … murzynek, to znaczy ciasteczko o kolorze niebiałym, ciemne takie (ponoć nie można murzyn mówić) oraz tarta z czekoladom. Ja uważam, że brownie Słodkokwaśnej lepsze niż moja tarta, a pani Słodkowaśnej, że tarta lepsza. Słodkokwaśna nie powiedział nic, tylko kamerował nas cały czas. Także film będzie. Pizzę z Radości polecam. Właściciel Arturek mega zakręcony i pozytywny człowiek. No szkoda, że nie było okazji się pośmiać razem.

 

Przed strawą przejechaliśmy się po Szynce Grochowskiej. Ktoś „OL” wydrapał z przodu. Na Dudziarską zajechaliśmy. Mam nadzieję, że Duda tam zamieszka po wyborach. Żarcik. Nie życzę nikomu tego adresu. To jest miejsce, do którego miasto zsyłało wszystkich niespłacających kredytów, czynszów. Wyeksmitowani tacy. Zgodnie we trójkę stwierdziliśmy, że jak jakiś Czarnobyl to wygląda. Ponoć ich już stamtąd przenieśli, to temu tak to wygląda jeszcze straszniej. Jakby ktoś był zainteresowany, to polecam to miejsce. 225 tam staje. Kawęczyn-Wygoda, o ile dobrzem zapamiętał. Koszmar!

 

Aha, skoro żyję, to piszę lub skoro piszę, to żyję. Rzodkiewki małosolnej popróbowałem. Otworzyłem ja ci słoiczek i bach jak gazy poszły! Biało-czerwona kuleczka bardzosolna. Wniosek – mniej soli do wody niźli do ogórków. Ale pomysł z tym warzywkiem dobry. Będzie kontynuacja.

 

Przed zajechaniem do domu, na 42-im kilometrze zajechałem na bronksa do baru osiedlowego! Och co za ulga te leżaczki. Istny ass rest!

 

cisza jak makiem zasiał

mogłoby się wydawać. Że niby taki milczącym jest. Nic bardziej mylnego. Po prostu po polsku milczę. Rozpisuję się za to po angielsku, na drugim blogu.

Tak teraz sobie pomyślałem, że w zaniedbaniu moi polscy, nieumiejący angielskiego, fani.

Tak jak grzmiałem w Sylwestra – rok 2020 przyniesie mi nową karierę – YouTube bloger-STAR. I powiem Wam nieskromnie, ze idzie mi … zaskakująco relwelacyjnie! Filmik z koncertu, wrzucony w maju widziało już prawie milion ludzi (bez 999 755). A jak otworzyć ostrygi z grudnia – 71 osób! Jest moc i potencjał!

Wczoraj spotkaliśmy się u SłodkoKwaśnej. Podjedliśmy niezdrowe (smażona babka) i zdrowe (kimchi, tatar, rybka) pyszności. Pograliśmy w PS1 Classic. Z mieszanym szczęściem w Tekkena. Raz na wozie, raz pod wozem. Ale ogólnie była przednia zabawa.

Pograliśmy też w planszówkę – Ranczo. Wygrałem. Gra fajna. Choć i tak wszystkim polecam tę grę, co ja ją nazywam Ditch the Bitch, czyli DiXit. Fajna! Super igraszka dla wszystkich. Nawet nie przeszkadza mi to, że jeszcze w nią nie wygrywam. Ale nie zwycięstwo się liczy.

Minął styczeń, luty się powoli toczy. Czas pędzi. Zimno, deszczowo albo, tak jak dziś, słonecznie. Zapowiadają krótki atak zimy. Czyli znowu pewnie opady śniegu przy +6, czyli breja. Zobaczymy. Sanki trzeba schować.

A właśnie. Jakoś na rowerze nie jeżdżę. Kiedyś jeździłem do -3C, a teraz przy plusie nie wyciągam grata. Dziwne. Aha, (od)kupiłem rower. Piotruś kupił sobie nową zabawkę i pozbywał się starej (ale w bardzo dobrej formie). Gdyby ktoś chciał mojego niebieskiego potwora, to dogadamy się.

Także wczoraj, jako że Oskary w niedzielę, nakręciliśmy nowy film. Tym razem o zamienianiu wody w … tonik. Jezusy jakieś jesteśmy. Ha!

a może by tak …

… zacząć śpiewać?

kochani mam lotki. Zakupiłem we dwóch tych loteryjach! Mega millions i mega ball. No nie wiem ile można wygrać, ale chyba miliony.

Pospacerowałem się dziś po Mieście i podobało mi się. Ostatnio skupiam się na ludziach, a nie na architekturze. Miasto już mnie tak nie porywa. Ale dzień był fajny.

Na koniec wpadłem, do Jalapenos Mexican Bar and Grill.

W szokum, bo poznali mnie. A ja ich. Jakaś pijana Nancy zaczęł mnie obłapywać. Ponoć odkryła parę dni wcześniej, że jest w 52% “Polkom”! No i zaczęła mi ręce całować i takie tam. Powiedziała, że się tu przeniosła z nadmorskiego New Jersey, bo się rozwodziła. Później zaczęła opowiadać o swojej girlfriend Mary.

I tu wkroczył Mark mówiąc:

– i remember you!

– i know! From last year.

– oh yeah, you’re that polish dude?

– you’re the realtor!

– yes

Pamiętałem Marka, bo rok temu siedział koło mnie i zagaił. Zapytał, czy ja z Polski jestem. A ja akurat przeglądałem polski internet. Okazało się, że Mark ma rodziców z Polski i polski znał. Rodzice zeszli i jego polski też. Na koniec powiedziałem do Marka „see ya next year”.

A dziś w Jalapenos karaoke. Już nawet kelnerka Ania nie była zdziwiona, jak jej powiedziałem „cześć Ania”. Sami swoi. Fajne miejsce. Każdy każdego zna. To tak jak u mnie na dzielni, w naszym lokalnym pubie.

Później przybiłem piątkę z właścicielem George’m.

Obok nas stał jakiś koleś. Mówię do Marka – wiesz co, on zamówił w ubiegłym roku to samo J

Karaoke pamiętam z opowieści Uli. Ponoć nawet niezłe głosy.

I tu niespodzianka. Połowa występów dramatyczna. Ale reszta super. Wyszła jakaś starsza pani i zaśpiewała ot tak, że buty mi spadły. Niby nic poważnego ale pani czuła co śpiewała. Następnie wyszedł taki sobie Romek i powiedział, że dziś ma 11. rocznicę ślubu. I przepięknie, od serca zaśpiewał ckliwe „Lady”.

Była jedna taka mała dziewczynka. Ale głos miała jak dzwon. A na koniec sam właściciel George zaśpwiewał jakieś country.

Podbiłem do niego, pogadałem jeszcze chwilę. Pamiętał mnie. To z jednej strony bardzo sympatyczne, a z drugiej świadczące o tym, że za bardzo dużo nowych klientów nie mają.

Tak mi się nie chce wracać!

otwieram oczy i …

… i nie jest źle. Żyję.

„Dzień! Wspomnienie lata. Lata () tyle słońca w całym mieście, nie widziałeś tego jeszcze. Popatrz, o, popatrz.

 

– Mam nadzieję, że nie będzie już tych upałów – powiedział jakiś czas temu Rafał, wręczając mi zaproszenie na jego ślubo-wesele.

Był też chyba wyraz na K w tym zdaniu, ale nie bądźmyż kurwa drobiazgowi.

Oczywiście aż takich upałów nie było wczoraj. Choć wszelkie pogodynki i przepowiednie zapowiadały apogeum żaru. Było bardzo przyjemnie. Czasem słońce, czasem chmurka. Nie pociłem się bardzo i się dziwiłem, że inni przy stole się wachlują. Znaczy chory jakiś jestem. Przecie każdy kto mnie zna, to wie, że Wachlarz i Poty mam na drugie i trzecie. Jak nic chorym!

Znajomi z insta donosili, że jakieś burze i deszcze nad Wawą ale ja nie zauważyłem. Błyskało się tylko ładnie w nocy ale to tyle. Aha, no i pan młody jak wrócił, po tym, jak uciekł od panny młodej, to jakiś oblany był. Okazało się, że to jednak deszcz, a nie awaria w toalecie. Czyli coś tam kropiło. Zażartowałem nawet do młodych, że pan młody chyba powinien uciec przed przysięgą, a nie po. To może dlatego wrócił? Kapnął się, że to już nie ma sensu. Pani kierownik USC oznajmiła coś koło 18.20, że Agnieszka i Rafał, to już rodzina. Właśnie! Jedna z naszych dyskusji była o tym, czy w tych Urzędach Stanu Cywilnego, to wszyscy są kierownikami? Nie ma młodszych specjalistów na przykład?

A przy stole siedzieliśmy tak: Kasia, Michał (zaczął polewać wódkę, także duży plus), Martyna, Patrycja, Agata, Jarek, świadkowa Bożenka, nie taki już młody Pan Młody, Panna Młoda, świadek Jacek, Paulina i ja. Później był psychiatryk i się poprzesiadaliśmy się jak chcieliśmy.

Dzień przed odwiedziłem szkołę barberingu. Ten mój Turek, to chyba gardło mi poderżnie, jak zobaczy, że kto inny znowu mi całą głowę zrobił. Trudno! Dzięki Marszull za umówienie na seans z uczniami. Byłem modelem. Wleciałem do salonu (duży salon, robiący wrażenie) cały spocony i mokry (czyli w piątek byłem zdrowy jeszcze) i jakoś zająłem, ostatni fotel po lewej. No to pan się bierze za głowę najpierw. Coś do niego mówiłem, a on czasem odpowiadał, a czasem nie. W końcu powiedział, że on na lewe ucho nie słyszy, a na prawę słabo. Zmartwiłem się. Ale później się Andrzej rozkręcił i już było sympatycznie. Czasem faktycznie dziwnie mi odpowiadał, ale to tylko miało swój urok. Chłopak pracował jako fryzjer w Kielcach i rzucił robotę, bo chyba coś z właścielką nie poszło za dobrze. Postanowił po 40-tce zostać barberem. Długo mnie strzygł, ale dokładnie. Przejęty był. Mam nadzieję, że nauczył się czegoś. A ja na nauczyłem się, że to może nie do końca było mądre pójść do ucznia na dzień przed weselem. A co by było, gdyby coś poszło nie tak?

Dobra, porzucam wątek barberingu. Stylówka wyszła OK i już.

Rafała poznałem ponad rok temu w ramach mojego projektu „Poznajmy się”, który stworzyłem z okazji użytkowania instagrama. Rafał miał numer …hm, już nie pamiętam. Jakiś bliski 6. Pamietam dobrze, że bałem się zaczepić, bo miałem wrażenie, że jak zagadam, to ten pan okaże się Wujkiem Staszkiem Mistrzem Ciętej Riposty. Ale jak w Los Angeles się spotkałem z instaFriendem, to w Waw też mogę. Poszliśmy na lunch do Wietnamki, bo kolega nie znał tej kuchni, a ja i owszem i lubię nawet. 2 godziny trwał posiłek. W rewanżu byliśmy w gruzińskiej knajpie na KEN-ie, tam co ponoć Geslerowa rewolucje robiła. Było pysznie. Kolejne spotkanie nie skończyło się dla wszystkich za dobrze, bo byliśmy w Kicie Koguta. Za dużo …pop cornu zjedliśmy. Rafał po powrocie do domu wykonał orle gniazdo i się ponoć Agnieszka śmiała.

I tu pojawia się Agnieszka, przyszła Panna Młoda. Opowieści o dziewczynie były. Tylko okazji do spotkania nie za bardzo. Już nawet myślałem, że Rafał jest jakiś psychiczny i sobie wymyślił ją.

Raz, w sobotę rano, przejeżdżawszy nieopodal na rowerze, wpadłem na kawę. Agnieszka ponoć gdzieś wyszła. Jasne! W sobotę rano?!

Później był opisywany już wyjazd do Berlina. Rafał nic nie mówił o ślubie. Po powrocie taka wymiana ajMasaży była:

– co robisz 27 lipca?

– a co hajtasz się?

– tak

 

Także drugim razem, przejeżdżwszy już wspomnianym rowerem, wieczorkiem, zadzwoniłem do kolegi z pytaniem czy na bronksa nie chcą wyjść, co by przy okazji mogli wręczyć mi zaproszenie. I znowu przyszedł sam, bo ponoć Adze wizyta u stomatologa poszła nie tak. Jasne! Albo ona nie istnieje, albo …przemoc w przyszłej rodzinie – tak pomyślałem.

Podczas picia piwa okazało się, że przyszłe Państwo Młode idzie na koncert Dead Can Dance. Nie pisałem o koncercie? Cóź, równie dobrze mogłem na to nie iść. Jednak aż takim fanem nie jestem. Ale byłem, więc jakby ktoś pytał, to widziałem Lisę Gerard i Brandona Perry’ego na żywo.

No i po koncercie poznałem Agę! Bardzo sympatyczna i pozytywna osoba. Wylądowaliśmy gdzieś pod mostem. Dosłownie. Knajpka pod Poniatowszczakiem na Powiślu. Ponoć Agnieszki ulubione miejsce na lancz i wczoraj się dowiedziałem, że schabowe serwują. I są nawet nienajgorsze. Ale ja o schabowym napiszę za 3 miesiące, jak mi dieta półroczna minie. Teraz powiem tylko tyle, że jak to wszystko okaże się sukcesem, to zjem w nagrodę schaboszczaka. A jak ta dieta będzie pomyłką, to zjem sobie na złość tego kotleta!

Także wieczór pokoncertowy okazał się udany. W pewnym momencie Rafał poczuł się odcięty i coś zamulał na boku. A my z Agnieszką konwersowaliśmy w najlepsze.

27 lipca nadszedł ścichapęk. Pisałem o plażkach egipskich w poprzednim wpisie. Ale to tylko na zasadzie żartu. Z wielką radością uczestniczyłem we wczorajszym wydarzeniu. Gdyby nie to święto, to zaliczałbym pewnie kolejne miasto na Be – Brukselę. Ufff, na szczęście okazało się, że cały dzień tam lało, czyli bym nie pozwiedzał. Nie wydałem też w związku z tym dużo euro-kasy, czyli zaoszczędziłem idąc na ślub i wesele! Brawo ja!

Formalność przed panią kierownik trwała …8 minut. Składanie życzeń ze 3 razy dłużej. Zaraz po tym, Pan Młody uciekł! Pani fotograf zaprosiła na grupowe foto wszystkich, mówiąc, że Rafała doklei później w FotoSzopie.

Wesele odbyło się na rogu Rynku Starego Miasta – w Bistro Warszawie. Fajne miejsce. Kameralne. Także atmosfera była od samego początku. Popróbowałem białego wina, piwa i single malta 8-letniego. Na szczęście przy tatarze, wspomniany już Michał zapytał się czy ktoś ten tego. No jaszka! Butelkę otworzyłem już wcześniej, bo Patrycja chciała drinka. Ale zaraz po odkręceniu butelki zauważyła, że jest whisky, więc zrobiła sobie drinka z wódy na myszach. Ja, odstawiając butelkę wódki do coolera, powiedziałem tylko – oj, zmarnuje się. Oczywiście zrobiłem smutną minę.

Ale wybawił nas Michał i bardzo dużo butelek wódki nie zmarnowało się! Także i rozmowy, i śmiechy i jedzenie były. Później też nóżką powywijaliśmy. Do muzyki różnej. Da się nawet potupać przy klasycznej muzie – „Fear of the Dark” Iron Maiden.

W między czasie było też cygaro. Teraz twierdzę, że dosyć dobre, bo też tam byłem i paliłem, i mam się dziś dobrze. Choć jak zjadłem na śniadanie rybkę wędzoną, to poczułem jakby mi się z buzi kurzyło. Cóż, cygaro palę od wielkiego dzwonu, a okazja była. W sumie to tylko kilka maszków zrobiłem, nie brałem dla siebie całego. Jak się nie pali już prawie 940 dni, to palenie, to nie dość, że żadna przyjemność, to jeszcze, jakiekolwiek przypadkowe maszki, ma przykre konsekwencje dnia następnego. Ale dziś jest jakby ok. Czas na rower pójść.

Taka konstatacja – Rynek Starego Miasta pustoszeje szybko. Turysty chyba nie chcą długo siedzieć, albo mieszkańcy nie zgadzają się na długie siedzenie przez turystów.

Zabawa trwała do białego rana, przeplatana dyskusjami i posiłkami.
I ja tam byłem, wino, piwo, whisky i wódkę piłem. A com widział i słyszał, w blog umieściłem.

bóm wakacje w rzymie!

Kto pamięta taki zespół?

Hejka kochani jak się macie? Bo ja z dnia na dzień coraz lepiej.

Pics/photo – https://1drv.ms/f/s!AiQCiXakH-geplf_jQBNeIRnfbVw

Zrzut ekranu 2018-10-28 21.54.24

Myślałem, że mnie ta swobodna włoska flegma wkurwia, ale dziś (pisane 24.10) już wiem, że nie.

Tak, jestem w słonecznej Italii i muszę Was zmartwić, że jest bardzo ciepło. Zapodawany jest krótki rękaw i nogaw! Nie mówiłem wiele o tym wypadzie, bo jakoś nie chciałem. Chciałem zrobić taką niespodziankę. Kto mnie śledzi na Insta, to mógł się zsiurpryzować.

Bum! Insta story z Wiecznego Miasta!

W marcu 2006 roku byliśmy. Nie wkładałem ręki do paszczy prawdy (mouth of truth), czyli zgodnie z tradycją nie powinienem byłem odwiedzić Romy raz jeszcze. Nie wrzucałem do fontann monet. A jednak. Nie tak dawno, jak z 11 miesięcy temu poznałem w lokalnym barze małżeństwo. Szybko się zaprzyjaźniliśmy, łącząc się we wspólnej pasji czy to muzycznej, czy to kulinarnej, czy to browarniczej, a nawet destylarnej. I tak od samego zapoznania się przebrzdąkiwaliśmy, że chętnie ten Rzym można by odwiedzić. Ja pod kątem 70. urodzin mego Papy. Myślałem, żeby zabrać, pokazać. Ale niestety, o 10 lat za późno. Mama się boi latać, a Tato się męczy po paru krokach. A łażenia tu od groma. 60 km mam w nogach po niespełna 5 dniach.

No to pojechaliśmy. Jesteśmy. Chillaxujemy się.

Wino, jedzenie – mlask i mniam.

Na sam przód, przez pierwsze dni irytowała mnie włoska beztroska. Wszystko w dupie mają. Innych też.

Najpierw ponarzekam, a raczej opowiem o tym, co mnie dziwi.

Trawmwaje, metro – ill communication!

Matko boska! To jakaś kara boska, a nie transport. Już teraz wiem czemu bilet ma ważność 100 minut. Ten tramwaj się przesuwa poooooooowwwwwwwooooooollllliii. Podjazd, stop, ruch, czerwone światło, stop, stop, stop. Same pojazdy, to jakieś trupy. Tylko poręcze i siedzenia widać, że zamienione na nowe. Ale jakoś dziwnie. Mało tych poręczy. Dziś trzymałem rękę wysoko, żeby pani się mogła chwycić. I głowa pani smyrała mnie po paszce. Nawet nie chcę zaczynać o metrze! Jessu. Non stop przeładowane pociągi. Na naszej linii pociąg jeździ co 12 minut. Nie wiem, czemu nie zwiększą, skoro tyle luda!? No w Warszawie to by nie przeszło. Można mówić o korkach nad Wisłą, ale to wszystko jakieś inne, cywlizowane. Choć z drugiej strony, jak wsiadam u siebie na Bonifacym lekko po 7, to „no way Jose,  żeby wsiąść”. A przystanek to 3. raptem od pętli.

Nie wspomnę już o rzymskich dzieciach, które siadają i mają w nosie ustępowanie. O dorosłych, którzy odpalają filmy, youtuba i słuchają. Dziś byłem bliski OPR pana. Ale o tem potem. Chyba tylko autobusem idzie jechać. Bo jedzie po szynach. Ale jedzie! I nie jest zatłoczony.

Do you speak english?

Zapomnij! Ciężko jest. Tak samo jak francuzi – włoski nie gęsi i swój język mają. Dziwiło mnie, że młodzi nie mówią. Tak samo było w Germanii. Dziwne! A słyszałem, jak 3 polskie nastolatki w Warszawie coś mówiły po angielsku. Kurna ale akcent miały! Zazdro!

Tu jest słabo. Ale podzielić ludzi można na 2 kategorie:

1 wal się, nie mówię

2 nie mówię, ale chętnie pomogę

3 mówię

no mówiłem, że 2 kategorie 🙂

dziś (25.10) akcja. Idę przez tunel. Wąski chodnik. Co chwilę wyprzedzam, bo nie chodzę jak ten ostatni. Kto mnie zna ten wie.

– excuse me

cisza i nic

– excuse me

nic

w końcu chłopiec woła koleżankę, a ja ją już klepię po ramieniu mówiąc

– are you deaf?

No co za dziewoja! „Scusa”a „excuse me” to takie inne? Wielce zdziwiona. Non capisco.  Ale to chyba nie kwestia włoskiego temperamentu.

Częste akcje w komunikacji warszawskiej:

– przepraszam

zero ruchu

– przepraszam

płoną łąki, płoną lasy. N-I-C!

– z drogi!

i kończy się na wypchnięciu delikwenta z drzwi. Ma się tę masę na szczęście. Ludzie to som takie głupie!

Aaaaaa. Dzięki Wahszawo za niewybranie byleJakiego phezydenta!

Może faktycznie trzeba kilku dni tu, by się przekonać. Bo dziś spoglądam na Rzym inaczej. Fajniej. Wszystko jest OK. Po co ten pośpiech? Słońce, radość, witaminy! Ciao!

Rzym jak Rzym, co będę przewodnik robił z blogu. Strasznie stare miasto, same prawie ruiny.

A serio? Cóż mogę powiedzieć? Jest pięknie. Trochę syfiasto, mało koszy na śmieci. Dużo ludzi pali. Brudnawo. Ale ogólnie miasto warte zobaczenia.

Żałuję, że nie ma w Polsce tej mentalności.

Kawa poranna na rogu. I z tego tylko pani żyje. Do południa – kawa, śniadanie i szlus!

Albo knajpka czynna po południu. Albo miejsce otwarte tylko rano. I zawsze są klienci. A mówię o południowym Rzymie, czyli takie Stegny/Sadyba. U nas pod tym względem jest słabo. Nawet jeśli coś jest, to pustki i hula wiatr.

Ten wyjazd zaliczam do „nie ma napinki”. Co zobaczę, to zobaczę. Muzea, kościoły mniejsze, większe ciekawe. Czuć historię.

Ale jest też kwestia kulinarna! Oj jest. Jadąc taxi z lotniska pan nam naopowiadał o paru daniach oraz targach. Za jego namową pojechaliśmy na zatybrze na pchli targ. Czego tam nie było? Tych straganów ze 40, sam nie wiem co się w nich mieści. Targ ma jedną zaletę – jedną alejkę. Ale jest to też minus – się ciągnie!

Na campo de fiori nie znalazłem pysznej porchetty. Smutna buzia.

Dostałem od koleżanki link do bloga dziewczyny, co z 50 razy była w Rzymie i zdarzyło się jej mieszkać calusieńki rok. To w sumie jak ja i Miasto. 13 razy, w sumie w każdym miesiącu byłem oprócz piekielnych czerwców i lipców. Prawie.

No i ta dziewczyna opisuje Rzym – nietursytczne miejsca oraz/i pyszne miejsca. Jak na razie rzymskiego przysmaku nie mogę znaleźć, czyli ogonów. Szkoda. Miałbym porównanie – Segment, moje, Rzym.

Ludzi od groma na mieście ale w sumie, to nie przeszkadza. Jedynie odepchnęło mnie, żeby wejść do Koloseum i Kapeli Sekstyńskiej. Nie, nie chciało mi się. Stary chyba już jestem. Na szczęście byliśmy w Coloseo w 2006 roku. A kaplica? No cóż. Nie od razu Rzym zbudowano, czyli nie można mieć wszystkiego.

Rome wasn’t built in a day!

Inne freski też mi się podobały. Klikłem sobie wczoraj na rzeczy warte, ale nieoczywiste, i godne zobaczenia. Padło na zamek Św. Anioła. Polecam! Fajne miejsce. Zwiedza się na idąco (czy idąc? Jessu, co z moim polskim?). Atrakcją są widoki! Pół Rzymu widać. I pół Watykanu! Przepięknie!

Co do wyborów, to powiem, że spotkałem wicepremiera Włoch. Co za szczęście? Pani właścicielka jest powściągliwa w opiniach i mówi, że nie wypowie się na temat tego pana. Było jakieś zamieszanie na placu, to „poszłem” pocykać zdjęcia panu. Wysłałem foty do kolegi z Turynu i do Emanueli właśnie. Pani powściągliwa, a kolega zachwycony. Że ludzki pan, że dobry pan. Także jak widać, zdania są podzielone.

W sobotę poszliśmy na rekomendowane makarony. To znowu ta pani, co 50 razy była. Koło Watykanu. Faktycznie fama się po mieście niesie, bo dużo ludzi z otwartymi mapami google’a i tripadvisorami. Fajne bistro. A co do smaku, to powiem, że w Polsce takiej carbonary nie jadłem. Zupełnie inny smak. Oryginalny i prawdziwy.

Stamtąd przeszliśmy się do Bazyliki św. Marii na Zatybrzu, w dzielnicy Trastevere. Co za piękne miejsce ten Trastavere! Zaskoczyło nas. A kościółek bardzo uroczy. Polecam tę dzielnicę.

Wczoraj wyskoczyłem na naszą dzielnię, do jak się okazało bardzo sympatycznego miejsca. Piwo craftowe, muzyka prawie jak od DJ – klasyczny hip hop i rap zmashupowany. Bardzo sympatycznie. Obok siedział ciemnoskóry chłopiec, który swojej pani śpiewał – No Sleep til Brooklyn. Dziewczynkę chyba bajerował, bo z Miasta był, a ona by chciała tam pojechać. Ale fajnie pan podśpiewywał, a ja się gibałem. Wróciwszy tam wieczorem trafiłem na jazzowy koncert. Poznałem kapelę na przerwie na papierosa. Fajna wokalistka z Chile (tylko nie wiem czemu podczas występu mówiła, że z Brazylii jest). Oprócz zespołu zagaiłem dziewczynę o blond włosach:

– hi, do you speak english?

– yes

– can you tell me why italians do not speak english?

– i don’t know. I am from Switzerland. I speak 4 different languages

– oh yes, you are excused 🙂 i can only say 2 words in Swiss – Roger Federer

Fajna dziewczyna. Później dołączył Włoch i zapytałem o to samo. Nie potrafił odpowiedzieć. Powiedziałem im, że w Polsce, to już są takie czasy, że od przeczkola dzieciaki mają angielski.

Dziś (sobota) postanowiliśmy zajrzeć do Caravaggia i jego „Wróżbitki”, czyli do Muzeum Kapitolińskie. Świetne miejsce. Trochę za dużo chodzenia ale kilka rzeczy godnych obejrzenia. I w międzyczasie przechadza się zwiedzający po taki tarasie z widokiem na Forum Romanum.

I tu chyba koniec rzymskich wakacji, bo faktycznie jaki przewodnik mi wyjdzie. Rzym fantastyczny. Tylko ta komunikacja jakoś mi nie leży. Nie wiem, czy dałbym radę się przyzwyczaić.

Dodam na koniec, że na sam przód przyjazdu, na lotnisku, spotkaliśmy pana:

https://www.youtube.com/watch?v=Q0wZQbK938Y

szok!

lp1

Nad głową moją ktoś wykleił strop

Gazetami sprzed lat

 

Heh, i przypomniała mi się działka Uli. Domek murowany, a na górze pokój ze spadzistym dachem dwustronnym. I ten sufit na poddaszu cały wyklejony posterami gwiazd z Dziennika Ludowego (?). Taka gazeta, co w wydaniu weekendowym miała rozkładany plakat. Sztandar Młodych? Nie, chyba Dziennik Ludowy. Stało się w sobotę rano w kolejce do kiosku, do którego przywozili ze 3 czy 5 egzemplarzy. Jak ktoś stał najpierw, to po zakupie oznajmiał – Shakin‘ Stevens, czyli Trzęsący się Stefan. I kolejka się ciut zmniejszała. A jak mówił, że na przykład Europe! To dopiero był szał.

No i ta działka, a właściwie sufit poddasza był wyklejony gwiazdami.

Kiedyś u mnie na ścianie wisiał Michael Jackson. Tuż po Thrillerze, czyli normalny czarny chłopiec o śnieżnobiałym uśmiechu. Mieliśmy wtedy gości ze Szczecina (nie, to nie była pani profesor). I chyba brat cioteczny pomalował Majkelu co drugi ząb na brązowo. I chyba jeszcze papuga siedziała mu na ramieniu. Jak ja się kurka wystraszyłem otwierając oczy z rana!

Dziś pierwszy dzień lata!

IMG_6346

Ajażemwampowiedziałem, że kupię książkę Kasi! To kupiłem. Leży i czeka na kolej. No nie mam teraz głowy do lektur. A to za gorąco, a to Miszczostwa Świata, a to to i tamto. O tej Jerozolimie nie mogę skończyć. Poszedłem nawet raz do grilo-baru z rzutkami i piwem z książką. Ale przyszli znajomi i zagadywali. Przeczytałem tylko ze 3%.

Wczoraj miałem ogromną przyjemność być zaproszonym na spacer przez kolegę ze szwajcarskiej agencji butikowej. Wycieczka miała tytuł Śladami Szwajcarów. No troszkę tych Helwetów się przewinęło przez Wawę. Także edukacyjna eskapada. Bardzo super była Katarzyna-przewodnik! Gadatliwa, uśmiechnięta, pasjonująca się naszą stolicą. Na ten przykład dowiedziałem się, że „a imię jego 44“, to nie żaden wieszcz, a li tylko Kolumna Zygmunta. Wybudowana w 1644 roku, zniszczona w 1944. Mawiano, że jak miecz króla opadnie, to Warszawa się podda. No i we wrześniu, bodaj 3, 1944 roku zniszczono kolumnę i król leżał na bruku, czyli można powiedzieć, że miecz opadł. A kolumna mierzy 44:2=22 metry. Oczywistym jest żart o tym „a imię jego 44“.

Aha, Kasia skończyła filologię polską i przyznała się, że nie przeczytała Lalki. Dopiero teraz zabrała się za tę lekturę. Świetnie pokazana Warszawa. Może wrócić? Przypomnieć sobie to romansidło?

Ej, kto nakręcił Lalkę na 3 litery?

Ken 🙂

(zobaczcie ostatnie zdjęcie w tym wpisie)

Po spacerze, wracając do domu, postanowiłem obejrzeć mecz w dawno niewidzianym miejscu. I byli też dawno niewidziani znajomi. Po drugim nie za bardzo zimnym piwie koledzy po prawej zapytali:

– a nie napijesz się z nami Maciek wódki?

– jak to nie?

No i namówili mnie cholera. Wydaje mi się, że nie wypiłem dużo, chyba. Dziś wiem jedno – wódka, to twój wróg, tfuj. Nie piję więcej. A kolega proponował ucztę gruzińską wczoraj. To ja powiedziałem, że chętnie ale nie dziś. Nie powiedziałem mu, że nie jem po 18.00. Jeść, nie jem, ale napić się niestety napiłem. Wódka to zło!

Dziś przejechałem 30 km na rowerze i nic. Nadal kac i łeb pęka. Poszedłem nawet na trening do mego senseja Nafy Radala.

IMG_6358

Pomachałem rakietką i nadal nie widać poprawy. Po tym wuefie wpadłem do smażalni ryb na węglowodany, bo sensei mówi, że teraz to w mięśnie wszystko się zamieni.

Co do zobaczenia stolicy naszej w czasie międzywojennym, polecam Króla Twardocha!

Ulica Mostowa patrzona z Barbakanu (jest tam taki fajny niebieski budynek, Mostowa 8) ma nazwę taką, gdyż prowadziła na most, drewniany most. XVII wiek. Przeprawiać się można było tylko 30 lat, bo kra trafiła w most. Przedłużeniem Mostowej jest ulica Boleść. Bo w budynku, gdzie pobierano opłaty później zorganizowano miejsce Kary i Poprawy, czyli coś na modlę poprawczaka albo więzienia. Później była tam prochownia, Teatr Stara Prochownia. Teraz miejsce komercyjne. Można wynająć na event.

Eh, można by prawić o tej Szwajcarskiej Warszawie i prawić. Świetna lekcja historii. Może kiedyś opowiem o Kościelnej i Franciszkanach, i ocju Józefie i synach Janie i Jakubie Fontana, i o najwyższej swego czasu kamienicy czynszowej, i o naszej gwieździe nauki Marii Skłodowskiej-Curie i jej przyjaźni z Albertem Einsteinem. Może.

IMG_6353

To może ja do rzeczy przejdę, bom tytuł dał jednoznaczny.

Nie byłem nigdy jakimś zapalonym fanem Lady Pank. Ale lubiłem ich bardziej niż Maanam, czy Republikę. Płyt nigdy nie kupowałem, nie pożyczałem. Ale znało się hity i nuciło.

W 1983 roku wydali debiut LP1. 11 z 13 utworów pojawiło się na Liście Przebojów Programu Trzeciego, z czego 6 wylądowało na 1 miejscu. Ponoć ewenement, rekord świata i kosmosu. Żadna inna płyta nie powtórzyła tego sukcesu. W Stanach ponoć Bad wspomnianego wcześniej już Króla Popu może poszczycić się rekordem w kategorii “najwięcej numerów 1 z jednej płyty”. I chyba Katy Perry i jej Teenage Dream– 5 numerów jeden.

A najwięcej piosenek w Top10 z jednej płyty – Jackson Thriller, Bruce Springsteen Born in the USA, Janet Jackson Rhythm Nation– 7 utwórów.

Także jak widać, Lady Pank gwiazdą wielką jest i basta. Mnie osobiście ich muzyka znudziła. Przestałem słuchać, a nawet przełączać jak leciało w radio lub TV.

I teraz pojawiła się ciekawa reedycja z okazji 35-tych urodzin. Zaprosili gości.

I słucham jak wariat. Wszystkie teksty pamiętam! Wykasowałem sobie ex-Beatlesa (żarcik) Artura Rojka, bo się nie da słuchać jego miauczenia albo beczenia.

Myślałem, że Maleńczuk to pomyłka w tym projekcie. Ale z każdym odsłuchem jest coraz lepiej. Świetnie pasuje do Tańcz Głupia Tańcz. Kto jak nie on może zaśpiewać ten tekst!

Najświetniejsza jest … Kasia Nosowska, również jak Michael Jackson, wpsomniana wcześniej w tym wpisie. Jej -10 w Rio re-we-la-cja!

Podoba mi się jeszcze duet z Lechem Janerką Pokręciłomi się w Głowie, znane wcześniej przeze mnie jako Someone’s Round the Corner, czyli próba Lady Panku podbicia Zachodu.

Muzycznie muszę wspomnieć o projekcie małżeństwa, które trzęsie szołbizem na świecie. Najbardziej wpływowi, najbogatsi i naj naj naj – The Carters, czyli Kłin Bi i jej mąż Jaj Zet. Bey ponoć ma koncert na Narodowym 30 czerwca. Czemu ja to przegapiłem?

Długa historia krótko o tym nowym projekcie. Jay Z zdradził Beyonce. Awantury z Solange (siostrą/szwagierką) w windzie znane są . Małżonka po paru latach wydaje ścichapęk Lemoniadę, gorzki album o przemyśleniu, o żalu, o wybaczeniu. Wiadomo, dramaty osobiste się sprzedają. Adele i jej 21 i 25 świetnym przykładem. Brytyjka odbierając Grammy za album rokku rozpłakała się prawie mówiąc, ze najlepszy album nagrała Beyonce i to jej nagroda się należy. Rok tem zdradliwy mąż wydaje 4:44, czyli album o tym, jakie miał pokusy, jak zdradził, jaki był głupi, jaki on szczęściarz, że ma taką żonę i że ogólnie głupi i ślepy.

Czyli mądry Polak po szkodzie. Ale co się nazdradzał, to jego, nieprawdaż?

No i 2 dni temu. A może i 3. Małżeństwo/Państwo Carterowie wydają album Everything is Love. Takie przyśpiewki o tym, że „oessu, nie wierzymy, że nam się udało [przetrwać ten kryzys małżeński]“.

A z innych głębokich tekstów:

Fuck you, fuck you, you’re cool

 

Powiem tak, ja tam ich lubię. Razem, solo w kolaboracjach. No lubię i już.

 

Leżąc na wznak przed oczami mam 
z “ekspresiaka” wciąż nagłówki dwa: 

“Minus 10 w Rio” 
“Dżuma w Santa Fe” 
Wszystko obok mija 
Jak wariata sen

tu brzoza, tu brzoza

Czyli Płock żąda dostępu do morza.

Hejka kochani, jak się macie? Bo ja super ale w sumie coraz mniej super.

Dziś zaszedłem do sklepu z książkami za nowym bestsellerem autorstwa Kasi Nosowekiej „AjażemjejpowiedziałaKaśka“. No nie ma! Rozeszło się. W Trójce ją teraz czytają. A właściwie Kasia sama siebie czyta. No fanem jestem Kasi i Heya, to kupię, a co mi tam.

Od kilku dni przekomarzamy się z panio prof. ze Szczecina, jaka to super pogoda. Ale oczywiście „żółty skurwysynek“, jak to powiedziała albo uczona, albo ja, określając słoneczko, podczas naszej niedawnej konwersacji AjMasażowej, czai się znowu. Upały nadchodzą. I dlatego właśnie coraz mniej super się czuję.

I tak we wtorek siedzę na lanczu z panem od Państwa z Europy na K. i się zastanawiamy, co by tu sportowego po pracy zrobić. Ja byłem już zrelaksowany po porannej rozrywce na korcie tenisowym. Mój mistrz Sensei Nafa Radal przeczołgał mnie lekko, aż straciłem prawie ochotę na grę! A to przecie imposybilne, bo uwielbiam tenis i mogę grać bez końca.

No i Marcin mówi, że biegać idzie wieczorem. Ja mu odpowiadam, czy boginie go opuściły, że w taki gorąc chce mu się nóżkami przebierać po jednak świeżym, aczkolwiek gorącym powietrzu. No i właśnie wtedy mój starszy o równo dwa miesiące przyjaciel mnie uświadomił, że nie gorąc, a chłodzik. Patrzę ja ci w apkę pogodową i faktycznie stoi 18 stopni o 21.00! To ja też idę biegać. Dzień się dzieje, wracam zjebaniutki do domu i automatycznie idę na rower. I jak tak sobie jadę, to jażemsobiepowiedziałMaciek, przecie biegać miałeś iść. No miałem. Wracam do domu i AjMasażuję się z kolegą, że zapomniałem pójść pobiegać.

No i wczoraj wybiegłem z domu. I już podejrzanie, na sam przód naszedł mnie kryzys. Jak mi się nie chce – płaczę wewnętrznie. Ale uparty jak osioł jestem i jak coś postanowię (tzn. do łba wbiję), to nie ma zmiłuj. Miało być bieganie, to będzie!

Normalnie z bieganiem u mnie zawsze było tak:

– wyjście zdomu! Tragedia grecka. Zawsze milion powódów, żeby nie wychodzić. A to ubrać się trzeba, a to ludzie patrzą, a to nie uczesany jestem, a po co w ogóle biegać?

– jak już wyszedłem i biegnę – pierwsze 20-30 minut: jessssu, po *huj ja w ogóle wyszedłem z domu? Bieganie jest do dupy! Ale durny jestem? Jessu, po co?

– jak już mija ten czas – Run, Forrest, Run! Raz jak pobiegłem, to wróciłem z 22 km na liczniku. Bieganie jest fajne

 

No i wczoraj kryzys, jak nigdy, dopadł mnie na trasie 2 razy. Normalnie chciałem się zatrzymać i zawrócić do domu na 300-nym metrze. A później, na 6-tym km to samo. Ale było tak zimno, że wiedziałem, że muszę biec, bo nie dojdę. Zmarzłem! Ciało było rozgrzane, ale ręce całe zmarznięte. Jak na jesieni! Doleciałem do domu. Na 9 i pół kilometrze słyszę di-em’a (DM). Patrzę. Aha, to kolega z insta się dopytuje, czy jutro aktualne. Moja kolejna ofiara z insta. Tzn. followers nr 8 z insta. Zakończyłem bieganie na 10 kilometrze, ciut przed 60-tą minutą tej mordęgi. I było tak zimno, że nie dałem rady odpisywać na te di-em’y!

Dziś trochę cieplej, to się umówiłem na rower z kolegą z pracy. Podjedziemy do knajpy koleżanki wietnamskiej Djep. Znowu Wietnam, bo …

No i dziś się spotkałem na lancz z followersem numer 8 z insta. W ogóle to tak: mam 71 followersów. Z 60 osób to te, które znałem przed czasem tego medium. Czyli 11 nie znam/łem. Czyli zostało mi jeszcze 3. Muszę w końcu jakieś laski przyobserwować. Te co mam, to znam już długo. Z rudą Ewą się spotykam w lipcu i z Ulą z Texasu. Ale o tym spotkaniu kiedy indziej. W ogóle co za historia z ubiegłego roku z tą Ewą?! Ale wszystko w swoim czasie.

No i niby miałem iść od biura z Puławskiej, od Pana mojego, do biura na Sienkiewicza, do mojej dziupelki i w połowie drogi spotkać się z Rafałem w Vietnamce. Ale…

Ale roboty po kokardkę mam ostatnio, więc wyrwałem się po prostu na lancz.

Bardzo miłe spotkanie. Rafał z agencji szwajcarskiej, także kilka tematów zbieżnych. Ale przede wszystkim kolega to fan Gruzji. Także wykorzystać trzeba tę wiedzę/znajomość. I jeszcze chwila o fotografii i insta porozmawialiśmy i się zrobiły 2 godziny lanczu. Nieśmiały kolega tak na pierwszy rzut oka i jak na pierwsze spotkanie. Ale może to ja tak przyćmiewam? Nie wiem. Jestem ekstraordynaryjny, ekcepcjonalny i takie tam. A może jednak nie ośmielam, a może jednak onieśmielam. Ale ogólnie na plus kolega. Ma poczucie humoru i o to chodzi.

A jedzenie w Vietnamce jak zwykle mniam i mlask. Zapomniałem w sumie Rafała zapytać, jak mu smakowało, bo nigdy wcześniej nie jadł.

Dobra kiedy ten 2 lipca i Ula z Ewą?

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑