Cholery można dostać. Ręka do góry, kto ma tak samo?! A może to Noc Kupały, Sobótka, Pierwszy Dzień Lata? Lata mi to. Fakt jest faktem, że raz na jakiś czas jakaś melodia, jakiś utwór zakrada mi się do głowy i tam zostaje! Najgorsze, że to są najgorsze piosenki.
Od samiuśkiego rana nucę „nadciąga noc komety” i nie może mi to się wybić z głowy. Czy wszystko ze mną dobrze, panie doktorze?
Na szczęście ten przebój nie jest taki ostatni. Lubiłem głos Felicjana Andrzejczaka. I ta Urszula wewtle niczego sobie. Lubię jak Ule śpiewają.
Jakoś gorąco się zrobiło. Tak niepostrzeżenie lato nadchodzi. Wczoraj u Słodkokwaśnej nam się rzutnik zagrzał. Musieliśmy dokończyć Ozark na lapsie. Jak dawniej. My przy stole, a komputer na blacie kuchennym, metr od nas. Jezioro fajne. Polecam serial. Nikt się na końcu nie spodziewał, że mordercą jest …
A mnie się dziś coś mój laps nagrzał, bo musiałem go z ud zabrać na stół. Lato idzie jak nic.
Popatrzyłem ja ci dziś na moją wieżę i nie wierzę, ile nań i weń kurzu. Czas chyba odkurzyć. Jak to śpiewał kiedyś germański duet Modern Talking Yamaha, Ja ma sołl. Fajna na moja wieżyczka. Dzięki panie z Europy na K. za pomysł kilka ładnych lat temu. Pianocraft mi się bardzo podoba i służy. Dziś jest Record Store Day w Polsce, czyli #winylowasobota. Nie mam gramofonu, ale myślałem kiedyś o nim. Wybiłem to sobie z głowy jednak szybko. Przecie ja jestem już tak leniwy, że CD mi się już nawet nie chce przełączać. A co dopiero mówić o krótkich stronach płyt winylowych? Więcej chodzenia i przewracania, niż słuchania. Ale, żeby nie było, jako fan muzyki postanowiłem posłuchać dziś muzyki z mojej kolekcji płyt kompaktowych. Streaming dziś niech odpoczywa.
Miało być na wesoło, ale przeglądam ja ci mój zbiór i stwierdzam, że słucham tylko smutnej muzyki. Trafiło na Petera Gabriela i jego Us. Oj nie, sorrki, wymiękam po drugim utworze. Za smutno. Życie jest piękne, a słuchając tego ma się ochotę żyły sobie otworzyć. Może sobie Śmieci włączyć i ich debiut pt. Garbage. Tam pani śpiewa o mnie:
I’m only happy when it rains (…) I only listen to the sad, sad songs
Nie, chyba nie. Sobota jest. To może Gwałciciela sobie zaproponuję.
Wracając do natręctw. Kiedyś mi do głowy wlazło „gdzie jest słonko, kiedy śpi, czy wilk zawsze bywa zły”. I napisałem o tym do pani prof. ze Szczecina. A ta mi odpisała, żebym szedł w cholerę, bo cały dzień też to nuci. Ha! Zaraźliwe to widać jest. To ręka do góry, kto dziś ponucił to poniżej
W końcu sprawdziła się pogodynkowa przepowiednia. Żary nadeszły. I chyba na dłużej, niż, ostatnio, na jeden dzień.
Często wracam myślami do mojej pierwszej pracy w Auchan. Tydzień po skończeniu studiów zacząłem karierę zawodową. Jako manager działu kultura (ujmijmy to ogólnie). Francuzi nauczyli nas kultury pracy i było to szczególnie widać, jak Polak-Dyrektor ich się pozbył. Zbyt kosztowne towarzystwo. Niestety na miejsce mojego Żana-Fransua awansowali takiego ćwoka Piotrka. Koleś na swoim dziale Ogród zawsze stał jak kołek i do nikogo nie odzywał się. Miał pod sobą bodajże jednego robotnika i traktował go tak właśnie. Także czar pracy prysł.
Dyrektor-Polak też osobliwy. Nie wiem kto mu tak mózg wyprał. Auchan najwspanialsze, testuj swoich pracowników i tak dalej. Nie przepadałem za nim. On za mną chyba też nie. Pewnego razu zaszedł do mnie na dział w asyście swojego nadwornego przydupasa Darka pełniącego funkcję kontrolera kosztów. Czyli łatwo się domyślić, że drugi po Bogu. No trafili chłopaki na siebie, że lepiej nie mogli.
– Maciek, masz mapę Polski – pyta dyrektor Paweł
– mam
– wiesz, gdzie są Żory?
To akurat była kolejna inwestycja, która za chwilę miała się otworzyć.
– wiem
– to nie chciałbyś się przenieść?
Wiedziałem, że to nie żart. Jedna zła odpowiedź, złe spojrzenie i z miejsca by mnie awansował ukośnie.
To akurat moja nomenklatura – awans ukośny. To samo stanowisko, ale lokalizacja niezbyt atrakcyjna.
– nie dzięki, tu mi dobrze
Uffff. Nie było kontynuacji tematu. Na szczęście popracowałem w Auchan tylko 15 miesięcy. Z sukcesami. Na 8, a chwilę później 16 hal, mój dział bił się o czołowe miejsca w Polsce. Piaseczno było nie do przeskoczenia, ale przy ciężkiej pracy Modlińską (druga lokalizacji w Wawie) i Gdańsk można było przeskoczyć. Za naszą Wielką Piątką (Sosnowiec miał takie solidne piąte miejsce) była przepaść. Oczywiście na laurach nie mogłem siąść, bo Pan nie pozwalał wpadać w zachwyt.
– Maciek, co tak Ci słabo idzie?
– Paweł, przecie 2 lub 3 w Polsce jestem w obrotach
– no ale marża niska
No to pracuję nad marżą. Spotykam w kafeterii Pana mojego.
– no i coś Ci obroty spadły
– ale marża lepsza. Zysk dla sklepu podobny – odpowiadam z dumą, że tak wolę Pana zrealizowałem szybko
– ale obrót niższy
Na takie mądro-głupie gadki zawsze wspieram się w myślach i nie tylko (w zależności od sytuacji) złotą sentencją mojego białostockiego przyjaciela Radka:
A idź ty na chuj i nogami wymachuj
No bo co z idiotą dyskutować?
Ponoć Pawełek jakoś karmę spotkał na swojej drodze zawodowej. Muszę się Ewy podpytać jak on tam skończył.
Także żary nadeszły. Do Żor nigdy nie pojechałem.
Rower oddałem na przegląd, bo coś wczoraj zaszwankował. Tak coś trzeszczało, że aż mnie szlag trafił.
Kilkukrotnie chciałem poruszyć temat jeżdżenia na rowerze. Może nie „jeżdżenia rowerem” w ogóle, tylko raczej „niedzielni rowerzyści”. Ale nie wiedziałem, czy jest sens. Uważam, że policja powinna zrobić zmasowaną akcję wpieprzania mandatów pedałującym. Koszmar jak większość „jeździ”. Czasem wspominam na blogu historyjki. Dziś, biegnę pod blok, bo mnie Piotruś minął swoim autem z moim nowym kołem do roweru. Dobiegam do przejścia i słyszę pisk opon. Babka-kierowca na milimetry zatrzymała się przed dzieciakiem na pasach. Chyba go dotknęła, tak mi się wydawało. A dzieciak beztrosko przejeżdżał przez przejście z telefonem przy uchu. Chyba się nawet nie zorientował, że przed sekundą mógł mieć problem. Kobieta złożyła ręce jak do modlitwy i przepraszała dziecko. Ale tak jak mówię, młody nawet się nie przejął. Nie spojrzał nań.
Jak jadę czasem autem i podjeżdżam pod ścieżkę rowerową, to 100 razy spojrzę w lewo i 101 w prawo zanim ruszę.
Jeśli nie ma ścieżki rowerowej, to absolutnie należy schodzić z roweru. Nie po to, żeby uprzykrzyć nam rowerzystom życie, ale po to, żeby dać szansę kierowcy nas zobaczyć w porę.
Już nawet nie będę zaczynał, kto ma pierwszeństwo, jak się ścieżki krzyżują. Ja wyznaję zasadę prawej ręki, ale większość trzyma się opcji – jadę prosto, to nikt mnie nie zatrzyma i przed nikim nie staję. Ok. Jak widzę takiego, to pozwalam wymusić pierwszeństwo. Epitafium na moim grobie „Ale miał pierwszeństwo” jakoś mnie nie satysfakcjonuje.
Hitem też są pięknie wystrojone lalki na nieziemsko drogich, hipsterskich rowerach jadące Alejami Jerozolimskimi (wow. Wyedukowane poniekąd. Nie po chodniku, ale po ulicy. Brawo) z wielkimi, równie drogimi słuchawkami na uszach. Koszmar!
Jazda po chodniku też mnie mierzi. Ok. Zdarza mi się. Rzadko, ale się zdarza. Ale nigdy nie pędzę po chodniku mijając pieszych na milimetry. Parę razy cykliści już się zaczepili o moje łokcie.
Także jestem za tym, żeby policja albo te nieroby nazwane oficjalnie Straż Miejska zrobili porządek.
Zakańczam delektując się towarzystwem mojego włączonego wentylatora.
Nigdy nie byłem fanem tegoż komedianta. Na nerwy mi działał. Ale mam jego obrazek w głowie.
Zawsze chciałem mieć dywan na klacie. Niestety, jedyny dywan, to pod łóżkiem. Kawior taki (po rosyjsku ковёр – dywan. Диван – łóżko, sofa. Zdałbym chyba ten rosyjski na maturze jednak). Także dziś zrobiłem sobie dywan na klacie. Sam się ostrzygłem, ogoliłem i … niechcący zrobiłem na pana Fasolę.
Dziś już wiem, że dywanu na klacie bardzo nie chciałbym mieć. Kiedyś na studiach mieliśmy kumpla. Bardzo owłosiony i grubawy. Grając w kosza jedna drużyna była bez koszulek (żeby się jakoś rozeznać kto jest kto, z której drużyny). I raz przypadło mi w udziale krycie kolegi. Akurat to ja byłem w koszulce. Kolega dostał ksywę Oślizgły. Fuj, co za, kurczaczki, nieprzyjemność przy starciu w zbiórce piłki. Oślizgłość!
Wczoraj po kometce zaszedłem jeszcze do kumpla do knajpy włoskiej. Nieopodal przemknął nasz Albercik – turecki Barber. I się nauczyłem, że niestety nasz przyjaciel nie ma ruchu za bardzo. Ludzie się nie chcą ciąć i golić. Ale ja się nie dziwię. Mam opory przed usługami tego typu. Robert i jego pizzer też sami się od marca strzygą. I ja zacząłem. 130 zł zaoszczędzone. I nawet ten drugi raz poszedł mi o niebo lepiej niż pierwszy. Radość!
Dziś się napedałowałem ze Słodkokwaśnymi. 42 kilometrów w sumie. Ból niestety dupy. Nieradość. Zajechaliśmy na pizzę z Radości. Arturka nie było niestety. Zamówiliśmy prawie wszystko, zjedliśmy, przepłukaliśmy gardło. Pizza dobra, nietypowa taka.
Ja wziąłem tasmańską i ojca chrzestnego. Słodkokwaśna – zimowa i rosyjska, a jego pani – słoneczna i caprese.
Pizza Słodkokwasnej
pizza Pani Słodkokwaśnej
pizza moja
Zimowa na propsach! Na deser poszedł … murzynek, to znaczy ciasteczko o kolorze niebiałym, ciemne takie (ponoć nie można murzyn mówić) oraz tarta z czekoladom. Ja uważam, że brownie Słodkokwaśnej lepsze niż moja tarta, a pani Słodkowaśnej, że tarta lepsza. Słodkokwaśna nie powiedział nic, tylko kamerował nas cały czas. Także film będzie. Pizzę z Radości polecam. Właściciel Arturek mega zakręcony i pozytywny człowiek. No szkoda, że nie było okazji się pośmiać razem.
Przed strawą przejechaliśmy się po Szynce Grochowskiej. Ktoś „OL” wydrapał z przodu. Na Dudziarską zajechaliśmy. Mam nadzieję, że Duda tam zamieszka po wyborach. Żarcik. Nie życzę nikomu tego adresu. To jest miejsce, do którego miasto zsyłało wszystkich niespłacających kredytów, czynszów. Wyeksmitowani tacy. Zgodnie we trójkę stwierdziliśmy, że jak jakiś Czarnobyl to wygląda. Ponoć ich już stamtąd przenieśli, to temu tak to wygląda jeszcze straszniej. Jakby ktoś był zainteresowany, to polecam to miejsce. 225 tam staje. Kawęczyn-Wygoda, o ile dobrzem zapamiętał. Koszmar!
Aha, skoro żyję, to piszę lub skoro piszę, to żyję. Rzodkiewki małosolnej popróbowałem. Otworzyłem ja ci słoiczek i bach jak gazy poszły! Biało-czerwona kuleczka bardzosolna. Wniosek – mniej soli do wody niźli do ogórków. Ale pomysł z tym warzywkiem dobry. Będzie kontynuacja.
Przed zajechaniem do domu, na 42-im kilometrze zajechałem na bronksa do baru osiedlowego! Och co za ulga te leżaczki. Istny ass rest!
Tak kochani, przyznaję się do błędu. Wracam na stare śmieci.
Choć z drugiej strony, to nie porażka. To lekcja, to doświadczenie, wiedza. Widać nie dla mnie te internety, te blogi. Jakąś wadę muszę mieć. To prawda – nikt nie jest doskonały. Palenie rzuciłem jakiś czas temu (1246 dni) i tak beztrosko bez tych skaz i niepowodzeń trwam. Do dziś. Wymiękam z prowadzeniem bloga na nowym. Nie moja bajka.
Zadziwionym też wielce jest, że jakoś tak cierpliwie do tego wszystkiego podchodzę. Drzewiej, jakby te posty mi się nie zaimportowały, jakby te wtyczki nie działały, albo to i tamto, to byłby szał. Wiązanka po polsku byłaby długa z ogromną liczbą słów w języku … łacińskim. A dziś? Dziwie się, że komputer jeszcze cały i w domu. Że nie rozpier….ony i nie wyje….ny przez okno.
Po prostu siedzę i sobie myślę – o, trudno. Nie zadziałało, nie wiem jak to zrobić. I wzdrygam ramionami.
Od ponad doby zaimportował mi się … ANI JEDEN post ze starego bloga. Mam dziurę między majem 2013 a majem 2017. 84 posty gdzieś sobie poszły.
Nie wiem co mnie naszło z tymi nowymi blogami. Zaraza jakaś, wirus mnie może dopadł. Na szczęście chyba już wyzdrowiałem. Także kochani wracam. Jeśli się kiedyś skuszę na szaleństwo, to tylko w ramach płatnych pakietów WordPressa na moim istniejącym od 11 lat koncie.
Wczoraj chilloutowałem się u moich serdecznych przyjaciół ze studiów, z którymi się szalenie dawno nie widziałem – Ulą (swego czasu znałem z kilkanaście Urszul) i Arkiem-Zegarkiem. Eh, pyszny boczuś zrobiliśmy. Troszkę się zagadaliśmy, bo się nie widzieliśmy od koncertu Editors 25.11.2018, i tak ścichapęk mięsko się zasiedziało w piekarniku. Ale skórka chrupiąca jak ta lala. Polecam. Przepis bardzo prosty, od Słodkokwaśnej (także nie wiem, czy mogę zdradzić). Ale prościutki jak drut – 3 składniki tylko potrzebne: boczek, sól, cukier. Więcej nie będę zdradzał. Palcy lizać.
Obejrzeliśmy lot na orbitę, pogadaliśmy, popiliśmy i … niestety mój kolega poszedł spać. Czyli ten lot w kosmos jakiś usypiający jest dla niektórych. Także lekki błąd z tym podglądaniem launchu Space X. Ale niech się chłopak wyśpi. Sam wystrzał na orbitę bardzo mi się podobał. Z taką dziecięcą ekscytacją oglądałem. Mówiłem dzieciom znajomym, żeby patrzyły, że to wiekopomna chwila. Ale usłyszałem tylko „Tato, kup mi to do Fortnita” albo „mamo, mogę iPad”.
A właśnie! Wczoraj w niedalekim muzeum wojska obejrzałem nowy nabytek – kapsuła kosmiczna! Pan Mirosław Hermaszewski latał tym. Kurczaczki, ależ to maleńkie. Jak tam się …. Hmmm.
Z Ulą chwilę posiedziałem i zawołałem Uber, bo mnie też coś sen morzył. Wyjście udane.
Kolejny błąd wczoraj, to niezrobienie 10 000 kroków. Wszystko miałem wykalkulowane. Tu podejdę, tu podjadę, tam podskoczę i jak nic limit dzienny kroków się zrobi. Niestety nie przewidziałem deszczu. To znaczy przewidziałem, ale nie dało się jednak długo iść. Kurtka co prawda przeciwdeszczowa była. Ale spodnie już nie. Także musiałem wskoczyć do metra i przez to straciłem z 600 kroków. Eh. 9 765! Tak blisko byłem.
Dziś na śniadanie naleśniki. Kurczaczki, a nie miał to być blog o tym, co na obiad i jaka kupa po. Chodzi o to, że zrobiłem, że udało się. Lubię kuchnię, lubię gotować. Ale kilka rzeczy mi za cholerę nie wychodzi – pieczenie ciast i te naleśniki właśnie.
Nie potrafię gotować z przepisu. Lubię improwizować. A w pieczeniu ważne są proporcje. Kiedyś dosypałem pół szklanki mąki, bo wydawało mi się, że jedna (zgodnie z przepisem), to zdecydowanie za mało. Oczywiście upiekło się ale nie za bardzo dało się jeść. Wtedy do mnie dotarło – aaaa, jedna szklanka!
Ale w tej pandemii zacząłem się doktoryzować w obu dziedzinach. Wcześniej udało mi się zrobić fenomenalne tiramisu, ale dieta naszła i porzuciłem słodkości. Teraz, dwukrotnie upiekłem najpyszniejsze serniki. To nie tylko moje zdanie, ale również innych. Królewna Państwa z Europy na K. powiedziała, że to najlepszy sernik jaki jadła w życiu. Nie wiem ile do tej pory jadła, i czy mój, nie daj Boże, nie był przypadkiem pierwszy, ale taki tytuł i takie wyróżnienie bardzo łechce mnie. Dzięki. No i jeszcze koleżanka Olimpia chwaliła. Także przepis powędrował na blog.
Do naleśników podszedłem w wigilę zarazy – 7 marca. Naschodziło się kilka osób i postanowiłem zrobić te placki z pieczarkami, cebulą, serem i orzechami włoskimi. Niestety mąkę miałem jakoś eko, bio, czy nie wiadomo co tam jeszcze. Nie wyszły. Popękały, porozpadały się. W pandemii robiłem ze 3 razy jeszcze naleśniki. No tak powiem ze zmiennym szczęściem. Dziś padło na placki z serem. Kiedyś, jak Mama robiła, to miałem na nie długie zęby (u nas się tak mówiło, jak ktoś czegoś nie lubił i nie chciał jeść). A dziś? Bardzo proszę.
W domu robiło się dwa rodzaje naleśników:
– zawijane w kopertę z japkiem – oh, motyla noga, jak ja je lubiłem!
– zawijane w rulonik ze srem – jedyne co, to lubiłem to wysmażone, chrupiące końcówki bez sera. Za środkiem nie przepadałem. Jakoś długie zęby miałem na biały ser
No i dziś zrobiłem zawijane w ruloniki z serem. Obsmażyłem. Oczywiście wyszło nie tak jak u Mamy, ale kontent jestem.
O tych naleśnikach to wspomniałem dlatego, że zauważyłem pewną zależność. Nie wiem, czy Wam też tak się robi. Podzielcie się proszę. Otóż, mnie zawsze wychodzą dobrze dwa pierwsze naleśniki. Później jakaś kupka mi się robi (a to dziurawe, bo się jakoś ciasto źle wylało, albo się zwijają przy przewracaniu). Ale ostatni placek znowu jest ok! Może smażyć tylko 3 naleśniki? Pierwszy, drugi i ostatni. A tych środkowych nie smażyć? Hmm.
Także biję się w pierś. Wracam na stare śmieci skruszony ale doświadczony. Słodkokwaśna, jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc (ku pamięci: oddać hajs, oddać hajs, oddać hajs. Nie zapomnieć), ale to nie dla mnie. Szkoda mego zdrowia.
Ależ jam się bał tego horroru. Dobra opowieść. I czy wy wiecie, że nigdy w życiu nie wypowiedziałem do lustra trzy razy tego słowa!
Ale Beatlejuice już tak. I głowa mała! Nic się nie stało. Bummer. Czyli legenda (nie)miejska.
Czarna wołga! Oj to było straszne. O co chodziło z tym autem? Że dzieci porywała? Ale, że co? Chodziło o to, żeby się od domu nie oddalać, czy żeby nie bawić się przy drodze? Daleko od szosy. Uwielbiałem ten serial. Ponoć ta Ania pracowała na tym samym uniwerku co pani prof. ze Szczecina.
Ja się czarnej wołgi bałem. Babcia Stasia straszyła nią. Właśnie. Czy nadawanie imion może być legendą (nie)miejską? Babcia Stasia, matka mojego Taty Stasia i jego brata Eugeniusza. I moja mama Eugenia. Dobrze, że rodzice nie poszli tym tropem i nie nazwali mnie Katarzyniusz albo Katarzyn. Miałem ponoć być Rafał. Brrrr. Wolę już Klaustrofobiusz. Kiedyś wciskałem kit dzieciom Państwa z Europy na K., że tak mam naprawdę na imię. Nawet się chyba dały wpuścić w maliny. Wymyśliłem kiedyś dobre imię, ale wstydzę się go używać – Genitaliusz. Jakieś takie … chujowe.
Na mojej dzielni spotkałem ostatnio auto. Nie czarną wołgę, a biały misiowóz.
Co do legend (nie)miejskich, to opisałem parę historii na blogu – DJ Yamnick i Has(z)ło. No wiadomix, że to się może każdemu przytrafić.
Uwaga! Raz na zawsze wyjaśniam. Przygoda DJ Yamnicka, to nie jest żadna autobiograficzna trauma! To nie o mnie! Mnie się nigdy język nie omsknął jak igła po winylu! Proszę mi tu nic nie imputować!
Co do tej historii, to muszę przyznać, że dostałem ją od mojego serdecznego przyjaciela Radka z pracy, zwanego od tygodnia Daddy, Sugar Daddy albo tato-Radek. Skubany wysłał mi to w robocie. Robiliśmy na jednym open space dzielonym szafami, obrazami i czort wie czym jeszcze. To musiał być jakiś 2007 lub 2008 rok. Siedzieliśmy w innych pokojach, ale raptem 2 metry od siebie. Jak się wstało, to można było się zobaczyć. No i ta cwana gapa wysłała mi maila z przygodami młodego wojaka DJ Yamnicka. Jak skończyłem, to spadłem z krzesła na podłogę i nie mogłem powstać. Po prostu wyłem ze śmiechu. Koleżanki na mnie patrzyły jak na wariata. Mój szef zza ścianki zapytał „Panie Maćku, czy dobrze się pan czuje?”. Nie dałem rady nawet odpowiedzieć. Zwijałem się na podłodze. Jedyne co widziałem, to rozhahahaną buzię mojego kumpla, który sadystycznie wyjrzał zza obrazu popatrzeć na mój śmiech. Dzięki stary!
Od jakiegoś tygodnia kolega jest nazywany przeze mnie tato-Radek, Daddy albo Sugar Daddy. Choć chyba tego ostatniego jeszcze nie użyłem oficjalnie. Dziś będzie premiera. Wyślę mu AjMasaż, że go obsmarowałem nazywając go Słodkim Tatuśkiem. Nie, tu nie ma żadnych seksualnych podtekstów. Radka po prostu szalenie lubię. Jest mega cierpliwy na moje wszelkie zapytania odnośnie ajProduktów. Hmm, dziwne, a czemu do Arka-Zegarka nie dzwonię. Ten też mega szurnięty na punkcie firmy z Cupertino. A z Radziem staliśmy się rodziną, bo wykupiliśmy pakiet office rodzinny. Jakby ktoś chciał, to zapraszamy. W robocie mamy zniżkę, także pakiet Office 365 wynosi “tylko” 300,99 zł/rok. Mamy już 3 członków, czyli na razie 100,33 zł/rok na osobę. Tato-Radek, ja i jeszcze jeden kumpel. Propsy posiadania tego pakietu? 1 TB na onedrive oraz pakiet Microsoft Office. Chętnych zapraszam do kontaktu. Nie, to nie jest legenda miejska. Samiuśka prawda.
O Has(z)ło nie będę nawet zaczynać. To ewidentna legenda miejska. Wy’google’owałem kilka historii z pointą haszło i jednak ta, którą wrzuciłem jest najlepsza. Sztos!
Co do (nie)legend.
Kiedy siekasz malutką papryczkę chilli, to zawsze, ale to, motyla noga, zawsze, wyszoruj ręce po. Z 10 razy! Bo 9 to za mało! Bo będzie piekło. Oczko jak potrzesz po siekaniu, to, oj tam oj tam, powiesz „hej, ale mnie oczko piecze i pijesz dalej”. Ale jak kurczaczki pójdziesz sikać (i jesteś chłopczykiem), to współczuję! Piecze jak diabli. I ten czort Słodkokwaśna się jeszcze z ciebie śmieje. Wniosek? Siadać na siku po siekaniu chilli!
Ale ostatnio odkryłem ciekawą zależność. Tzn. Słodkokwaśna mi powiedział. Szparagi. Jak po szparagach idziesz na jedynkę, to to jest prawda. Nie żadna legenda. Siuśki dziwny mają zapach. I dziś na ten przykład tak sobie myślę w toalecie – oj, czuję, że chyba dziś szparagi jadłem! A dziwne jest to, że czemu się nie myśli jedząc szparagi – oooo, to siuśki będą miały dziwny zapachdzisiaj? Ten ludzki mózg jest naprawdę zadziwiający.
Rok temu była legenda miejska! Pyton. Kurczaczki, jak ja się bałem rowerem jeździć, bo ponoć wężyk upodobał sobie Nadwiślę. Akurat tam, gdzie rowerowałem się często. I nawet kartkę widziałem, że uwaga, że pyton. Brrr. Brzydzę się wężami i krokodylami.
A jeszcze wcześniej przecie złoty pociąg był poszukiwany.
Legenda (nie)miejska z lat 80-tych. To dla dziewczynek. Niektóre madki krzyczały na swe córki, żeby nie grały w gumę, bo im się … macica obsunie. Serio! Słyszałem to na własne uszy.
Ostatnia chyba już (nie)legenda. Jakiś bloger kilka lat temu napisał, że chce napisać 40 wpisów na swoje czterdziestolecie. I ponoć mu się nie udało. Oj to ja powiem, że też się do tego przymierzam. I tak sobie rachuję, że to właśnie jest mój 42 wpis w tym roku. Czyli to naprawdę da się to zrobić. Dzięki Bogu ja mam jeszcze 11 lat na ten challenge typu „40 wpisów na 40 lat”.
I tych legend jest bez liku. Ja powiem prawdę. Cudownie mnie się piszę przy moim nowym stoliku. Trochę w łokcie uwiera. Ale za to ile przestrzeni! Zachwyconym tym moim nowym stolikiem jest.
nie, nie żadne tam vege, czy eko. Kuchnia mi zakwitła. Zielono jej.
Miałem pisać wczoraj, że ładny dzień mamy. Że ja wolę moją mamę. Że wszystkie dzieci nasze są. Ale nie zdążyłem. U Słodkwaśnej się relaksowałem. Podjedli, pospacerowali, pooglądali Ozarka i Konia BoJacka. Wracając uberem jeszcze pogawarił z panem Davronbekiem z Tadżykistanu. Dziwnie się teraz jeździ tym przewozami. Ni to zdezynfekowane, ni to czysto, ni to w maseczce, ni to co tam jeszcze.
Pan podpowiedział, że z Warszawy to przez Moskwę lub Turcję się lata … do Taszkientu. A stamtąd, to już tylko 100 km autobusem za 8 zł. Aha, i w lato żarko – 40 stopni. Powiedziałem panu, że dla mnie żarko to jak jest 25 stopni. Ogólnie w dzień piekło, ale w nocy przyjemnie – tak zarekomendował pan swój kraj. Ale jakie widoki? Góry i nie tylko. Może by kiedyś polecieć?
Aha, u Słodkowaśnej pojedliśmy pyszotki. A na deser był … rabarbar pod kruszonką. Nigdy nie byłem fanem tego warzywa/owocu. Ale wczoraj posmakowało mi bardzo. Właśnie, co to jest rabarbar? W Stanach się wielce zdziwiłem, jak zobaczyłem dynię na owocach. Co kraj to obyczaj. Mnie na przykład cały czas zastanawia imbir – w Carrefourze jest w sekcji owoc, ale we FRAC-u jest już w warzywach.
Chyba za chwilę nastąpi przekierowanie na moje nowe strony. Dam znać jeszcze. Wczoraj zakupiłem dwie domeny – jedna „pl”, druga „com”. No ciekaw jestem, czy się zmobilizuję do przygotowania ładnie moich stron.
Tak z ciekawości podpatrzyliśmy ile kosztowałoby wykupienie strony z rozszerzeniem „com” na 10 lat. 666 złotych! Szatan, diabeł, czort!
Właśnie, a propos wczoraj! Wczoraj miałem napisać, że wczoraj (dziś piszę, że 2 dni temu) 60 lat skończyła … Majka Jeżowska! Kto jej nie pamięta?! Toż to radość, uśmiech, pozytywna energia skierowana do dzieci. Ja chyba za duży już byłem na jej kinder-hity. Ale nie mniej doceniam to, co zrobiła/robi dla dzieciaków. Kurczaczki, 60 lat? Przecie w przypadku tej pani, to czas się powinien dlań zatrzymać i ona ciągle powinna mieć te dwadzieścia, czy trzydzieści parę lat i śpiewać najmłodszym. Eh.
Rok temu Owsiak zaprosił Majkę Jeżowską na festiwal do siebie. Był czad, było pogo.
Dziś, po długim czasie nastąpił ten dzień – nowy, stary stół wjechał na salony me. Ileż mnie to zachodu kosztowało, ale po kilku ładnych miesiącach mogę się już nim cieszyć. Szalenie mi się podoba. Przeciwności losu było od groma. Albo, już oficjalnie mój najlepszy przyjaciel, Rafał był zajęty, albo w ostatniej chwili wszystko mi przekładał i krzyżował. Miałem już nawet ręką machnąć, ale bardzo szkoda by mi było tego cudeńka. Dziś jestem przy aucie i okazało się, że akumulator padł. Ale na szczęście w niedzielę urodzonym jest, to wszystko się udało. Mam, jest, stoi, upiększa mój kwadrat. Co tu będę deliberował, sami zobaczcie, jaki piękny, stylowy mebel.
Stary stół oddaję chyba Słodkokwaśnej. Chyba, bo mieliśmy to już przybite, ale pani Słodkokwaśnej, jak jej o tym wczoraj zakomunikowałem, rzuciła suche wątpię. No to może do studia? – rzekł kolega. No może.
Także Słodkokwaśna, bierz pan te stół. Przypominam, że mieszczący się on jest w auto Pana z Europy na K. Brał na Święta zimowe, to wiem.
Czy widzicie mnie piszącego nowiuśkie posty?
Postawiwszy cudeńko na środku, pomyślałem, że czas chyba przearanżować mieszkanie. Ta wielka komoda coś mi zaczyna przeszkadzać …
I na koniec szybka ankieta – czy kwiatka zabrać, czy zostawić? Zielono coś i mi.
Aha, ktoś może zapytać, po co mi 6 kontaktów w ścianie? Otóż zabawna historia. Jak robiłem remont w 2014 roku, to stwierdziłem, że wszystko będzie miało swoją dziurkę. Nienawidzę kabli i przedłużaczy.
Miał być:
1 dekoder do tv kablowej
2 telewizor
3 zestaw hi-fi
4 apple tv
5 lampka
6 i jeden na tak zwany “zaś”
Po remoncie okazało się, że potrzebuję jednego kontaktu tylko dla tego tak zwanego “zasia”. Życie.
Kurczaczki, ciasto francuskie mi nie wyszło, a widelec spadł z talerza do kosza!
Wnioski?
– schować kosz z powrotem do szafki
– nie rozciągać tak ciasta, bo się podziurawi
– duchy wróciły i czegoś chcą
Wpis miał się nazywać „nic nie może przecież wiecznie trwać”, ale coś mi zaświtało, że już coś takiego popełniłem. O tu jest.
Tych wpisów mam ze 40, a jednak wiem, co się w nich mieści. Właśnie. Ile ja mam tych wpisów. Adnu sekundeczku. Bzzz pii uuuu grrr brrr, mam już. To jest 360 post.
To jest the end, czyli koniec.
Rozmawiałem 21 maja z moim serdecznym kolegą ze studiów, którego nazwę tu, hmmm, Arek-Zegarek (sorki Arek). Szalenie dawno się nie słyszeliśmy i nie widzieliśmy. Pamiętam jak dziś, że w jakimś biurze przy ul. Sienkiewicza opijaliśmy zdrowie pierworodnej. Ciekawe czy pamiętasz Arek czego wtedy słuchaliśmy … często. Starsailor i ich „Love Is Here”.
Don’t you know you’ve got your Daddy’s eyes And your Daddy was an alcoholic
Nie, niczego nie insynuuję. Ta piosenka była po prostu przez nas katowana. No może nie katowana, ale często grana.
Ja uwielbiam z kolei tytułową piosenkę. Smutna taka.
A chciałem na wesoło, ale przypomniałem, że to koniec, koniec pewnej ery, to na smutno chyba powinno być, także smutna piosenka jest na miejscu.
No i wyobraźcie sobie, że wczoraj pępkowe, a dziś matura u córki! Jak ten czas leci? A mamy tylko … 29 lat (Arek-Zegarek jest mój rocznik, jak się łatwo domyślić, skoro na studiach się poznaliśmy. No dobra, mógł być po technikum, a ja przecie 7 lat grałem w licealnej drużynie koszykówki).
Arek załamany sytuacją w Trójce. Jak szybko można tak radio rozpierdolić? (chyba tego wyrazu użył? Albo ja to chyba powiedziałem, a on przytaknął). Ale sami przyznajcie, że ten wyraz jest na miejscu. Jeśli czytają to nieletni, to tu jest komunikat:
Drogie dzieci, tak, w języku polskim występują wyrazy zakwalifikowane do wyrazów „nienamiejscu” lub po prostu wulgarnych.
Synku, to ty przeklinasz? – tak kiedyś retorycznie zapytała mnie mama, jak w zdenerwowaniu zakląłem jadąc autem.
Trójki już nie ma. Jest za to Trujka. Powiedziałem koledze, że ja jeszcze słucham i będę słuchać. Dziś otwieram me niebieskie oczy, klikam na ramówkę radia, a tam … Wojciech Cejrowski. Brrr. Nie, nie słucham już tego programu.
Kolega zaangażował się w finansowanie nowego projektu zwanego Radio Nowy Świat. Myślę i ja o tym. Ale wpierw niech ruszą, zobaczymy. Na razie dla mnie to nie wygląda za atrakcyjnie. Czas pokaże.
Listy przebojów już nie będę słuchać, bo jakoś mnie odrzuciło.
I kończąc wątek kolegi Arka-Zegarka. Mam nadzieję, że pojechałeś na te Mazury, czy Warmię, bo ja dziś jednak wpaść nie mogę. Umówionym.
Ale co za akcja z tym umówieniem się. Jakiś czas temu zadzwoniłem do kumpla i mu mówię:
– stary, odmrażają gospodarkę, to się musimy w końcu spotkać. Piątek sobie zarezerwuj. Kolega się nazywa Piątek. Ale nie Krzysiek, to nie ten od futbolu.
– ok, postaram się
I słuch zaginął po koledze. Standard w jego wykonaniu. Dzwonię na przykład w poniedziałek, a ten mówi „oddzwonię do Ciebie za chwilę”. Mhm. Czekaj tatka latka.
Jest piątek, dzwoni Piątek.
– cześć … – zagaja
– to Ty teraz do mnie dzwonisz?! Toż mieliśmy się spotkać tydzień temu w piątek. Zapomniałeś?! – zaczynam swoją nie do końca passive ale na pewno aggressive narrację
– no dziś nie mogę, ale w sobotę możemy gdzieś wyskoczyć – kontynuuje kolega.
Zaczyna do mnie docierać, że zachowałem się jak pałka i to jest teraz ten piątek, bo tydzień wcześniej nie było nawet gdzie się spotkać. Mea culpa. Kacze pióro, czas leci szybko, jak nam knajpy odmrozili.
Dobra, koniec z tym wątkiem. Jest sobota, to nie gadamy o Piątku.
O kurczaczki! Teraz dopiero widzę w górnym rogu arkusza WORD, że jest opcja dyktuj. To po ki czort ja stukam w tę klawiaturę!!! Yuppie.
Ostatnio ni to z nudów, ni to z ciekawości zacząłem eksplorować świat blogów. Nie czytałem nigdy, z wyjątkiem Słodkokwaśnej, którego blog szalenie polecam, innych stron, bo uważałem, że to nuda i nie da się tego czytać. Kto by chciał zagłębiać się w świat innej osoby i zapoznawać się z dziwnymi przemyśleniami na stronach www?
Ale dałem szansę i obserwuję kilka blogów. Z jedną osobą wdałem się w wymianę opinii. Trochę mi łyso, bo ja mam bloga od 11 lat, a kolega z rok. Ale potwierdził mi to, czego się obawiałem. Chcesz sukces, to się staraj. To jest czas i praca. Samo się nic nie zrobi. Nawet jeśli napiszę najwspanialszy wpis, to świat przede mną na kolana nie padnie.
Działa to wszystko podobnie, jak znam to z instagrama (tak, konto skasowałem na IG). Like4like, follow4follow. Zaczynasz coś komentować, to ta druga osoba wróci do ciebie i jeszcze inni jego „czytacze”.
Istotnym faktorem jest posiadanie jednak MordoKsiążki.
Ja mam/miałem kilka przemyśleń na temat prowadzenia bloga:
– nie zakładam FB
– nie płacę
– nie nastawiam się na zarobek
Ale pogadałem jeszcze z inną osobą i się poważnie zastanawiam, czy nie kupić jednak czegoś na tym WordPressie. Ale nie pakiet premium za 33 zł/miesięcznie. Ale ten niższy za 14 zł. Poczekam tylko na jakieś flashowe wyprzedaże, bo mają czasem. Zobaczymy.
No i z tą drugą osobą sobie konwersuję i pytam się go jak to jest z tym pisaniem, bo on ma bloga od 1999 roku. Toż to inna epoka, inne milenium. Mówił mi, że zaczynał na blog.pl ale się po jakimś czasie zwinęli, bo wordpress nadchodził.
Także zaczynam coś z moim blogiem zrobić. Muszę się jeszcze do Słodkowaśnej na korepetycje wybrać.
Podczas tych rozmów padł temat, że nic w internecie nie ginie.
Dziś miałem koszmar.
Ten wpis miał być krótki, jedno- lub góra dwuzdaniowy. A znowu wyszło czort wie co.
Śniło mi się, że skasowali mi wpisy na wordpressie! The end! Naprawdę się wystraszyłem.
Od dłuższego czasu piszę moje posty w word-zie, a później je wklejam na blog. Ale ten plik to takie demo, często, a właściwie prawie zawsze, mi się zdarza poprawiać później to co napisałem. Także jakby skasowali, to byłby to dla mnie dramat. 11 lat w piach by poszło. Może ktoś ma radę, albo wie, jak się przed taką sytuacją ustrzec (gdyby sen zaczął się urzeczywistniać)?
This is the end Beautiful friend This is the end My only friend, the end
lubię bardzo usiąść sobie dupskiem na blacie kuchennym. I już. I tyle. Po prostu. Mogę wtedy rozejrzeć się po mieszkaniu, coś na przykład popisać.
I teraz właśnie siedzę na blacie i piszę.
Bo mi ekspres zaświecił 2 dni temu, że domaga się odkamieniania.
Pół wieczora przetrząsywałem szafki w poszukiwaniu obstrukcji insługi do mojej kawowej maszyny. Wiem, że gdzieś wsadziłem, jak ostatnio robiłem porządki. I to było takie miejsce, że jak będę potrzebował, to to będzie pod ręką. Damn! Skleroza.
Na szczęście wujek G pomógł. To odkamieniam. Proces długi. Płukanie po oczyszczaniu już nie. Piorunem się przelewa wtedy. Ale jak się odkamienia to czas leci wolno. Czyli młodniejemy!? No bo przecie naukowo udowodnione, że czas biegnie szybciej, gdy się starzejemy.
I się okazało, że butelka Cabernet Sauvignon też się znalazła. Lubię czasem czerwone wino posmakować. Piwo już mniej mnie bawi. No chyba, że idę na piwo. Wódka też już nie pociąga. Albo single malt albo wino czerowne. Fanaberia taka. Choć tańszym Burbonem też nie pogardzę. Wóda na myszach! Kto by pomyślał.
Także siedzę sobie na blacie kuchennym, macham nogami i piszę.
Ten blat to błogosławieństwo i błąd architekta. To już 6 lat będzie jak miałem nieprzyjemność z fatalną ekipą projektującą. Na szczęście wyratował mnie pan od mebli i pan od remontu. Zadecydowali szybko, że zakręcamy blat. I wyszło super. I sobie chwalę.
A pani architekt? Ojej. Powymyślała takie durnoty, że albo ja, albo pan od remontu się za głowę łapaliśmy. Każdy za swoją. Jednak płyta gazowa nie może być tu, bo odległość od licznika to płyty gazowej musi wynieść ze 3 m. Tak mnie oświecał pan od remontu. Pani architekt tego nie wiedziała. To znaczy dowiedziała się, jak jej to powiedziałem. Aha, no tak – rzekła. Szuflad moich wymarzonych i wyczekiwanych tu nie można było zamontować, bo zakryłyby wodomierze. A każdy wie, że liczniki wymagają odczytu co jakiś czas. Pani architekt się nawet nie przejęła tym niuansem. 1 200 zł w piach poszło. Ale z łazienki jestem zadowolony. Także coś tam paniusia umiała. Coś tam, coś tam.
Także teraz sobie mogę siedzieć na blacie i już.
Odkamienianie ma jedną wadę – resetuje mi ustawienia. Na nowo muszę przypominać sobie jak to jest z tym ustawieniem twardości wody i czasem przejścia maszyny w stan „stand-by”. No cóż. Jest to lekki ból głowy raz na jakiś czas. Raz na rok? Raz na dwa lata? W ciągu 6 lat kupiłem drugi płyn. Czyli 5-6 odkamieniań było. Czyli jednak raz na rok.
Monterey. Eh. Mam sentyment. Mój pierwszy road trip w Stanach. 2009 rok z Ulą. Bardzo to był piękny czas. Dziękuję Ci Ulcia! Czysta radość i przyjemność to była. I ten Hyundai Sonata! Pamiętam jak dziś.
Polecieliśmy do San Francisco. I stamtąd do Yosemite, do Sekwoi, do trasy numer 1. Stany są wielkie. Wtedy tego nie wiedziałem. Mówię do Uli – wiesz, jak jesteśmy w Yosemite to pojedźmy do Vegas.
– to 5 i pół godziny. I z powrotem do San Francisco z jakieś 10
– ooo. A wygląda tak blisko – odpowiedziałem załamany pokazując na palcach jak to blisko na mapie wygląda
Niestety, kraj jest duży. Nauczyłem się szybko, że nie da się zobaczyć wszystkiego. W Utah byłem już dwa razy i jeszcze z jeden raz by się przydał. Niesamowity stan pod kątem parków narodowych. Miasto Salt Lake City takie sobie, jedno ze słabszych.
No i wracaliśmy z Fresno albo Vesalii do San Francisco malowniczą trasą numer 1 . Wybrzeżem. Po lewej stronie ocean, po prawej góry. Oj piękny to widok, piękna przejażdżka. Pamiętam, że w którymś momencie musieliśmy wbić się na autostradę, bo ciemniało, bo zaczynało padać. I prosiliśmy Saszę, który został w New Jersey, o znalezienie nam hotelu w SF. Coś na Kearny Street nam zabukował Pokoik był maciupeńki. Nie dało się wejść razem. Także najpierw Ula z walizką na łóżko, a później ja. I oglądaliśmy wtedy rozdanie nagród MTV. Madonna wychwalała Króla Popu, który zszedł w czerwcu. Ja popijałem Guinnessa z puszki, a Ula padła zmęczona po kilku łykach winka z kartonu (nie wiedziała wtedy o swoim błogosławionym stanie). Po drodze, w jakimś jednym hotelu patrzyłem na mecz Caro Wozniackiej z Sereną Williams. Finał US Open? Czy półfinał? A nie! Już wiem. To był finał ale Caro z Kim Clijsters. Przecie to był ten rok co Serena chciała w półfinale wepchnąć piłkę do gardła sędzi liniowej i ją ponoć zabić. Dostała jakieś punkty karne i to właśnie Belgijka awansowała do finału. Jej powrót po macierzyństwie. Trzeci turniej bodajże i od razu triumf na Flushing Meadows.
Ale ja o Monterey. Otóż tankowaliśmy tam. Pamiętam, że zaszliśmy do duperela store. Wtedy to taka atrakcja. Teraz już nawet na takie stoiska nie zwracam uwagi.
I ze 2-3 lata temu Państwo z Europy na K. pojechało z dzieciątkami do Cali na wakacje. Pan z Europy na K. opowiadał mi gdzie będą. I wspomniał Monterey. A ja mu na to – ojej! Byliśmy tam z Ulą w 2009!
I kupili mi tę koszulkę. Nie ważne czy tania, czy droga, czy badziewna, czy nie. Liczy się gest. Doceniam bardzo i uwielbiam ten t-shirt. Bo od przyjaciół, bo zapamiętali.
Oj, myślałem, że wpis będzie krótki, ze trzyzdaniowy. A tu proszę. Praca maturalna prawie.
Heh. Okazało się, że manipulant moderator zamieszał w 16 z ostatnich 20 notowań list. Audyt nasyłają. Regulamin transparentny ma powstać. Mój ulubiony kolor – transparentny.
Proszę nasłać audyt na lata 90-te, kiedy to Queen rządził na liście. Jestem pewien, że ręcznie było to wszystko sterowane, bo kto na ten zespół chciałby głosować?
Co do głosów, to pan Marek już dawno opowiadał dykteryjki na temat tego, jak do radia przychodziły worki z kartkami z głosami słuchaczy. Zdarzało się, że w jednym rzucie był plik pocztówek wypisanych tym samym charakterem pisma i zawierających głosy na te same utwory. To pan Marek je odrzucał. Sterował ręcznie. Później, w dobie internetu, oszuści potrafią wysyłać głosy z kilkudziesięciu fejkowych kont. I pan Marek je usuwa.
Ale zaraz zaraz. Jeśli ja, powiedzmy na to, zaczął się pomnażać od wczesnej młodości i nazwał wszystkich członków rodziny na M i pozakładał im adresy mailowe mdobrogov z cyferką porządkową na końcu, to czy pan Marek uznałby to za fejkowe konta? Załóżmy, że mieszkając pod jednym dachem 40 mdobrogovów oddałoby głosy na te same piosenki, bo mieszkamy pod jednym dachem, słuchamy tego samego, lubimy to samo. Jakbym się dowiedział, że ktoś uznałby 39 maili z głosami za fejki, to bym się uniósł, zbulwersował nawet.
Ale z drugiej strony, gdyby się okazało, że mam nierówno pod sufitem i założyłem z 40 fejkowych kont o podobnej nazwie i pan Marek by te głosy uznał, bo stwierdziłby, że to pewnie jakieś Kelly Family głosuje albo rodzina Steczkowskich, to by to było nie fair, nieprawdaż?
I tak ponoć było. Ktoś oddał kilkadziesiąt głosów z podobnych adresów, minuta po minucie. Że też ludziom się chce. Ludzie niektóre to mają nierówno pod sufitem.
No i PiS już się pyszni, że oni dziękują wszystkim politykom i dziennikarzom, że tak się zainteresowali aferą Listy Przebojów Trójki, że tak jak PiS chcą dociec PRAWDY. A czemuż to artyści się odwracają? Nie chcą być grani w WOLNYCH i UCZCIWYCH mediach? No kuriozum jakieś. Dobry PiS.
Ale ja nie o liście, bo szczerze powiedziawszy lata mi to, kto na to głosuje i kto wygrywa. Ja nie mam 60 000 zł, żeby wywindować mój utwór na 3. miejsce. Ktoś ponoć przerachował wartość tych nieszczęsnych 20 000 zł z lat 90-tych na czasy obecne.
Słyszę, że dziś audycji nie prowadzi ten nudny pan, co na zmianę listę prowadzi(ł). Ufff, dobra zmiana.
Ale ja nie o liście. O grażonie!
Właściwie to o liście.
Bodajże rok 1990 to był, a może 1991, kiedy w Trójce grali piosenkę Wojciecha Waglewskiego. Pan redaktor mówił, że to z płyty „Waglewski grażonie”. Pomyślałem wtedy – co to są te grażonie? Cóż, wtedy nie byłem fanem VooVoo i jakoś nie interesowały mnie poczynania solowe pana Wojciecha Waglewskiego. Ale te grażonie nie dawały mi spokoju.
Po dłuższym czasie, ale w tym samym roku, do ręki wpadła mi gazetka i tam było zestawienie płyt polskich. Nie pamiętam, czy to były najlepiej się wtedy sprzedające płyty, czy po prostu propozycje radiowe do posłuchania. Najważniejsze, że na tym wypisie był TA płyta … „Waglewski gra-żonie”. Zajęło mi chwilę, żeby dotarł do mnie ten zapis, żebym pojął sens, żebym z siebie się zaśmiał. Ale ja głupi byłem.
Zawsze jak słyszę VooVoo albo pana Wojciecha, to przypomina mi się ta płyta. Zawsze się wtedy uśmiechnę.
Dziś słucham radia i pan prowadzący, już nie ten nudny, mówi, że zaprezentują koncert pana Wojciecha Waglewskiego, który z okazji 30-lecia zagra koncert składający się z piosenek z płyty … „Waglewski grażonie”, którą nagrał dla swojej … żony Grażyny. Hahahahahahaha. Głupi ja.
W radio ostatnio uwagę mą przykuwają reklamy. Przez kilka długich tygodni do szału doprowadzała mnie reklama pigułek na upławy. Iladian plus?
Piję sobie w biurze kawę – BACH, upławy. Jem drugie śniadanie – UPŁAWY. Powiedziałem po kilku tygodniach koleżance, że na złość pójdę do apteki i kupię to! Tylko miałby problem z aplikacją tych tabletek.
Dziwne, że zniknęły reklamy tabletek dla panów. Kiedyś było coś z ogniskiem i słyszałem coś kiedyś w radio, ale to było krótko i dawno. Widocznie panowie nie mają problemów. Brawo my.
Nawet nie będę zaczynał o reklamie z Marianem i MediaExpert. Koszmar.
Druga masakra, to dzieci w reklamie. Powinien być zakaz używania małoletnich w tych produkcjach. Małe srale mądrale. Małe grażonie.
I te reklamy tabletek, które zawierają … nie wiadomo co, ale brzmi to mądrze i naukowo. Wyciąg z korzenia kopru? Wyciąg z szyszek chmielu? Co to i kto to? Albo jakiś cyjanek potasu? Przecie my nie wiemy, czy to dobre, czy to pomocne, czy faktycznie będzie to miało taki zbawienny wpływ na nasze zdrowie. Ale z takimi nazwami, to lek już zyskuje, nieprawdaż? Paracetamol jest nudny i mało sexi.
Już dawno stwierdziłem, że korporacje farmakologiczne wymyślają i wmawiają nam choroby. Ale oczywiście mamy się nie martwić, bo tabletki już na to są. Eh.
Ja kupuję tylko Tabcin jak mnie zaczyna jakaś influenza brać. I od razu na nogi stawia.
Teraz często w radio słyszę:
Planuję długie życie – rzuciłem palenie
Planuję długie życie – dobrze się odżywiam
Planuję długie życie – zawsze się wysypiam
Ludzie, po co? I najważniejsze – za co? ZUS nas ukatrupi szybciej.
Planuję długie życie – zrobiłam sobie kolonoskopię
Ja, jak przebiegłem drugi półmaraton, to zacząłem mieć problem z kolanem. I już nie biegam tak długich dystansów.
Wczoraj nawiedziłem Słodkokwaśną. Na szczęście umówiliśmy się, że nie będzie garów. Bardzo często jest tak, że jak odwiedzam, to kolega zaczyna brać się za gotowanie. To znaczy mnie zagania do roboty. A ja po prostu lubię odwiedzić, usiąść, popić, pojeść, pokonserwować z koleżeństwem, obejrzeć to i owo, czy też pograć w planszówki.
Ale nie. Ten zawsze musi zacząć pichcić. Jak ja zapraszam gości, to już jest kurna nagotowane.
Ale wczoraj się umówiliśmy, że garów nie będzie. Zjemy to co jest w lodówce.
Aha, najlepszy #hot16challenge2 wygrywa Beata Kozidrak! Królowa jest tylko jedna. Doda się może schować. Rodowicz niech wyciągnie z tego wnioski i skasuje swoje żenujące wideo.
Beata pokazała klasę, dowcip, dystans. Respect!
Mój pierwszy koncert w życiu, to Bajm w Białymstoku. W pracy pracując też miałem okazję zobaczyć … 5 razy ten sam występ i popatrzeć na panią wokalistkę z bliska. Świeżo upieczona Sześciesiątka, a żaru tyle, co niejedna Czterdziestka!
Zaszedłem na 20.00 do Słodkokwaśnej, a ten bagietki wietnamskie gotuje. Tym razem z przepisu wietnamskiego. Nawet konsultacje zostały przeprowadzone z prawdziwymi Wietnamczykami. Także wszystko było, tylko wyczekiwać tych chrupiących pyszności.
Wyszedłem o 2.00 od Słodkowaśnej. Bagietek nie widziałem. Do pieca co dopiero poszły. A mnie się już nie chciało czekać, bo nie jem po 18.00.
Coś nie tak było z przepisem. Nie kleiło się, nie zagniatało. Co chwilę coś poprawialiśmy, dokarmialiśmy i tak czas mijał.
Z tymi przepisami to jest faktycznie ściema. Już kilka razy chciałem napisać do autorek receptur na ich stronach, że co to za kłamstwo!
Sernik jak robiłem, to o dziwo u mnie dwa razy dłużej musiało się piec. A jeszcze w innym przypadku, keto sreb, a nie chleb mi wyszedł. Biszkopt jakiś. Także ludzie kłamio w swoich kuchniach! Wstyd. Najlepiej to samemu próbować, sprawdzać, zapisywać, aż w końcu osiągniemy to. Dlatego ja przestałem już piec.
Ciekawe czy te wietnamskie bagietki wyszły Słodkokwaśnej. Muszę podpytać.
Rafał Trzaskowski na prezydenta? No nie wiem. Jest tym majorem Warszawy od 2 lat już prawie. Złego słowa nie mogę powiedzieć … ale dobrego też nie. Taki jakiś nijaki. Bez zapamiętania będzie. HGW jaka była, taka była. Ale on zastała Warszawę drewnianą, a zostawiła murowaną. No może przenośnia zbyt wyolbrzymiona. Ale uczciwie trzeba przyznać, że miasto za panowania pani Phezydent Bufetowej zrobiło gigantyczny postęp.
Ale Trzaskowski na prezydenta kraju? No nie wiem. Jak nie daj Boże wygra, to komisarz z PiS-u wejdzie na tron w stolicy. Oj oj oj.
PiS i tak już brzydko rozgrywa podmiankę kandydatów z PO. Oczernia Trzaskowskiego, krytykuje niestabilność kierownictwa partii, brak jakiegokolwiek przejrzystego programu i konsekwencji. Mają rację. PO strzeliło sobie w kolano. Aż się dziwię, że ktoś jeszcze na nich głosuje.
Jedno, w tym całym zamieszaniu, wiem na pewno. Pani MKB była pomyłką od samego początku. A jak usłyszałem ją raz, to już wiedziałem, że „oj, kończ waścini, wstydu oszczędź. Prezydentki z ciebie nie będzie”. Niewłaściwa osoba na niewłaściwe stanowisko.
Ale muszę uczciwie stwierdzić (i skarcić), że PO brzydko obeszło się z byłą już pretendentką na Głowę Państwa. Została sama ze swoją rezygnacją. Już nie mówię, że to korporacyjnie nieładnie. Tak się po prostu kobiet nie traktuje panowie z PO. Wstyd. Dlatego ja na was nigdy nie głosowałem, nie głosuję i głosować nie będę. Jak widzę mordeczkę Sche**ny, to mam wrażenie, że na jakiś intelektualny niedorozwój patrzę (coś w stylu „wzrok tęskniący za rozumem” i ten głupkowaty uśmieszek). I kto to jest ten Budka? Budka to może być suflera.