Tag: empire state building

wpis zawiera lokowanie produktu

Ale tylko jednego. Albo wielu ale za to jednej firmy. Uniqlo!!! Wszystkie GAPy, Aeropostale, Banany Republic odchodzą w zapomnienie. Choć Banana Republic jest OK i zostaje.

4 razy odwiedzałem sklep japońskiej odzieżówki, aż w końcu skompletowałem wyprawkę – skarpety, spodnie, termalne podkoszulki, sweter, kurtka ultra lekka. Śniegi stopniały, deszcze odeszły razem z wiatrami, a ze strasznego minus 15 zrobiło się tylko minus 2. Choć odczuwalne dziś było chyba z plus 15 na Mieście. A może to zasługa moich nowych ciuchów z Uniqlo? Kurtka ultra lekka jest tak cienka i lekka, że nie czuję, że ją mam na sobie. Zajechałem na Miasto lekko po 11 rano. But zimowy, rękawice, czapka, kaptur. Świeci słońce, oślepionym wręcz. Coś ciepło! Prawie jak plus 15. Zdejmuję czapkę, kaptur, rękawice, odpinam kurtkę, hmmm, jednak jest zimno. Dobre ciuchy, dobrze chronią przed mrozem. Uniqlo – polecam! Lepsze ciuchy niż płyta wiórowa z Leroy Merlin.

Prześlizgałem się po Times Square. Ludzi na szczeście mało. Jakieś skrzaty z bajek się kręciły, zaczepiając ludzi – Elmo i spółka. Strzeliłem parę fotek i poszedłem 42 ulicą aż na 2 aleję. Minąłem od północy Bryant Park i od południa Grand Central Station oraz Chrystler Building. Ludzie się jakby zagęścili.

Pozygzakowałem się na most Brooklyński zahaczając o Empire State Building, Flatiron Building, Union Sq. Washington Park sobie darowałem i obszedłem go szerokim łukiem przez Soho. Fajne to miejsce. Takie jakby brudne albo stylowe – nie mogę się zdecydować, które określenie mi tu pasuje. Na chińskiej dzielnicy zaszedłem na zupę wonton. Niestety nie znam wietnamskiej odmiany angielskiego, więc się z panią ciężko rozmawiało. W końcu pani powiedziała „but it is a soup“.

I know! – odpowiedziałem.

I powiem tak, do wietnamskiego jedzenia w Mieście nie mogę się przekonać. Może dlatego, że Nam i Ut nas rozpieścili swoimi daniami. W każdym bądź razie zupa wonton wyglądała słabo, ubogo. Ale pierożki smakowały wybornie. W sumie to była zupa z beznadziejnym makaronem, pierożkami i bambusem (Słodkokwaśna nazywa na tego bambusa „warzywa“. Ja na to zielone mówię – bambus).

Szybko się ewakuowałem z lokalu płacąc 5,15$ plus 1$ napiwku. Tak teraz myślę, że to chyba dobry lokal był, bo był pełny i sami azjaci, prócz mnie. Toaletę też odwiedziłem na napisanie. Heh, czegóż się można spodziewać w takich miejscach. Łokciem drzwi otwierałem.

Rześki i ogrzany ruszyłem na most. Nie doszedłem nawet do pierwszego pylonu, czy też wieży, gdyż … nie chciało mi się. Ludzi od groma, nie chciało mi się przepychać. Poza tym ileż to ja tam razy ja tam był? A ileż fotek ja mam z tego miejsca.

Spadłem z mostu i ruszyłem na lewo w dół, bo nigdy tam nie byłem. Trochę Wall-streetowo się zrobiło, ale nie był to środek centrum biznesu. Doszedłem do nabrzeża i wszedem na taką ni to promenadę, ni to molo, ni to deptak. Stało parę statków i popodziwiałem widok Brooklynu i mostów – Brooklyńskiego, Manhattańskiego i Williamsburskiego (chyba).

Jakiś starszy pan mnie zaczępił, żeby mu fotę strzelić. Zaczął tłumaczyć gdzie się nastawia ostrość, gdzie się pstryka, bo to aparat na film. Zrobiłem mu zdjęcie i powiedziałem, że mój pierwszy aparat Minolta też był na film, więc mniej więcej pamiętam co i jak. Chwilę porozmawialiśmy. Okazało się, że pan mieszka w Mieście, w Queens i jest emerytowanym pracownikiem Warner Bros. Zaczął mi tłumaczyć co i jak warto zwiedzić. Zapytałem się o parę rzeczy – niestety nie umiał pomóc. Intrygował mnie Williamsburg most, czy jest dla pieszych. W sumie to pan nawet nie był pewien czy to Williamsburg Bridge. Powiedział mi za to, że matka Polka, a ojciec Niemiec. Szybko zakończyłem rozmowę, bo pan wydał się podejrzany. Niby z Miasta, a jak pytałem o coś, to nie wiedział. Spotkałem go jeszcze za Battery Park ale się tylko minęliśmy. Chyba go słońce musiało oślepiać, a ja go w ostatniej chwili zauważyłem. Uf. Never talk to strangers.

Z nabrzeża poszedłem w kierunku Battery Park i Staten Island Ferry. Przechodziłem przez bardzo fajną okolicę. Wąsko, ciemno, bo dookoła wysokie budynki. Ale klimatyczne miejsce. Jeszcze kiedyś na pewno zajrzę.

Battery Park w remoncie. Ponastawiali barierek, poblokowali wyjścia. Także zły pokręciłem się i uciekłem stamtąd w stronę metra.

W drodze na dworzec zaszedłem jeszcze do Manhattan Mall po jakiś ciuch dla drugiego siostrzeńca. Ale nowojorskie Aeropostale jakoś nie zachwyciło. Zajrzę u nas – w Garden State Plaza.

Zaszedłem na dworzec, odczekałem 20 minut i wsiadłem w autobus. Zasnąłem szybko ale i szybko się obudziłem. Nie widziało mi się przegapienie mojego przystanku i wylądowaniu gdzieś w Midland Park.

 

Aha, wkręciłem się w serial The Killing – wersja amerykańska. Rewelacyjna gra aktorska, bardzo dobry serial. Zero słabych momentów. Jednego dnia pyknąłem 11 czy też 12 odcinków. Kończę drugi sezon. Zostało mi jeszcze z 17 odcinków do końca trzeciej serii. Od czerwca rusza czwarta. Serdecznie polecam.

 

ostatnie dni 2013

Do Clubu 55 podeszliśmy żwawo. Miejsce dosyć ciasne i wąskie. Ensamble już grał jazz ale nie było gdzie się wcisnąć. Wróciliśmy na Bleecker Street. Pokręciliśmy się po kwartale i zmarznięci weszliśmy do piwnicy do Zinc Club. Ciemno jak w ….

Ale okazało się, że scena jest i czeka. Grać miał kwartet Misha Piatigorsky. Okazało się po chwili, że kwartet jest w składzie … pięcioosobowym. Trąbonista-puzonista Andy Hunter był w Mieście, więc Misha go prędko zwerbował. Nie przekonywała nas tylko saxofonistka ale występ bardzo fajny. Jak się okazało klub wysoko oceniany przez odwiedzających. Na wszelki wypadek nie płaciliśmy kartą, bo ponoć doliczają po 15$ od głowy za wejście.

W sylwestra umówiliśmy się na poranny shopping na Mieście. 7:40 otwierali Century 21. Później pojechaliśmy w okolicę 5 alei i Empire State Building, żeby dokończyć dzieła. W taxi było koszmarnie gorąco ale przynajmniej wygodnie i szybko.

Po 10 rano na Times Sq pożegnałem się z Państwem na K., które odlatywało tego dnia do Polszy. Wyprowadziłem się z hotelu i pognałem na autobus do Jasnego Zieleńca.

Ula mnie zgarnęła z przystanku i pojechaliśmy na zakupy sylwestrowe. Planów żadnych – ot, w domu, w ciszy i spokoju posiedzieć.

Ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Państwo na K. zawróciło się z lotniska. Postanowili jednak spędzić ostatni dzień 2013 roku z przyjaciółmi. No biggie. W ciągu kilku godzin przebookowaliśmy bilety Państwu na 1 stycznia i z kameralnego sylwestra wyszły nici.

W związku z wcześniejszym, poszliśmy z Panem na K. do Bottle Kinga, żeby zaopatrzeć się w ilości wystarczające na dobrą zabawę wszystkim domownikom. Oczywiście w domu młyn. Rosja już o 15 przywitała Nowy Rok, więc skajpowanie na wschód, do rodziny Saszy. Następnie szampan numer 1 o 18.00, coby z Polską się skorelować. I trzeci raz 2014 rok przywitaliśmy już zgodnie z naszą strefą czasową. 3 nowe roki w jednym. Eh. Taniej niż w sklepie, serdecznie polecam.

Dziewczyny raczyły się bacardi z grenadine, zatopione w soku pomarańczowym. A panowie – burbon, single malt, burbon. Burbon mnie wypełniał. O drugiej rano ścięgo z nóg i tak zakończyłem stary rok.

Na drugi dzień spacer po parku i odwózka Państwa na K. na Newark.

Niestety ceny biletów w ciepłe kraje USA podskoczyły znacznie, tu gdzie jestem jest przejmująco zimno, więc siedzę w polarze i stukam te wpisy. Pakowałem się 4 minuty przed wylotem do USA, więc niewiele mam ze sobą. Na szczęście z poprzednich wizyt mam tu już całkiem pokaźną wyprawkę – dwie pary butów, w tym jedna bardzo zimowa oraz polar, który niestety elektryzuje się tak, że jak go zdejmuję, to iskry lecą.

 

C nofom godom!

spontan

Zrobiłem chyba najbardziej spontaniczną i najgłupszą rzecz….

 

Nosiłem się z zamiarem odwiedzenia Miasta na przełomie lat. Nosiłem się też z zamiarem niepisania juz w tym roku. Ale jak tu nie pisać, jak jestem tam, gdzie jestem?!

Nie mogłem znaleźć biletów w dobrej cenie, więc wyjazd się oddalał i unierzeczywistniał się. Na wszelki wypadek zaplanowałem urlop i powiedziałem do pana mego, żeby zaakceptował go w poniedziałek, jak mu w weekend wyślę info, czy poleciałem.

W piątek koło 19 nie było fajnych biletów, loty poranne też się wyprzedały, toteż zadzwoniłem do Słodkokwaśnej i poszedłem oblewać smutki. I jeszcze pan na K. z miasta na N i Y zadzwonił. Wróciłem o 3 rano do domu, odpaliłem kompa i patrzę …. Bach! Bilet w dobrej cenie. Kupiłem. Napisałem do Państwa na K., które akurat było w mieście na N i Y (o czym już wspomniałem), krótką notkę „przylatuję w sobotę o 16.15“.

Hotel też szybki strzał. Segregacja po cenie i opiniach odwiedzających. Zamknąłem klapę od lapsa i poszedłem spać. 3:20 rano się zrobiła. Pobudka nastawiona na 6:00 w blackberry i 6:05 w iPhonie. Dlaczego tak? Żeby wyszło na to, że to BlackBerry to niedobry telefon jednak jest.

Oczywiście ze snu nici. Otwierałem trzy razy kompa sprawdzając, czy ja na pewno dobre daty podałem, czy bagaż mogę wziąć, czy hotel jest OK, itd. Okazało się, że opinie co do hotelu są mocno podzielone.

O 6:30 byłem już spakowany i gotowy. I przede wszystkim mocno niewyspany.  No może też leciutko skacowany. Choć nie, nie, nie. Umówmy się, że niewyspany. Wysłałem jeszcze do ludzi krótkie maile o mej nagłej nieobecności, co by plany poodwoływać.

Na sam przód, w drodze do Curychowa bachor z tyłu darł się. Na szczęście spałem sporo, więc nie przeszkadzało mi to tak. Widok na Alpy przy lądowaniu bardzo fajny. Ogólnie miłe lotnisko. Ciche, skromne, nienarzucające się. Szwajcarskie możnaby rzec.

Do Miasta polecieliśmy już powietrznym busem. Potężne bydle! Skrzydło miał tak wielkie jak samolot z Helvetia, który nas dostarczył do Curychowa. Lot jak lot. Długi strasznie. Ale też troszku pospałem, obejrzałem komedię, seriale, pograłem i już w sumie lądowaliśmy. Aha, szwajcarski język, bardzo osobliwy.

Na JFK w miarę sprawnie poszło. Dojechałem na Penn Station – 34th ulica i postanowiłem pójść do hotelu. Coż to dla mnie 15 bloków. Kawałek ciasta, czyli piss of kejk. No i tu się strasznie pomyliłem i rozczarowałem. Ludzi od groma. Pan na K. mówił później, że ogłaszali już wszem i wobec, że na Miasto najechała największa liczba turystów ever! Ludzie wylewali się na ulicę (współczuję kierowcom). Wlekli się powoli, zachwycając się każdą napotkaną pierdołą – gałązka drzewa z lampionami, ruchoma reklama w szybie sklepu, kawałek Empire State Building wystający znad rusztowania innego budynku itd. No wściekłem się. Coś mi się ubzdurało, że mój hotel jest przy 6 alei, więc postanowiłem zejść z niej na razie i wbić się na 5 aleję. 7 aleja wiodła na Times Sq, więc tym bardziej chciałem uniknąć siódemki. No i jak skręciłem w Piątą aleję, myśląc, że tam musi być mniej ludzi, to od razu zajarzyłem, że przecie Piąta aleja, to najdroższa ulica, czyli przepych, splendor i LUDZIE! No oczywiście jak pomyślałem, tak było. Wścieknięty próbowałem zejść na inne aleje ale fala mnie niosła i dopiero na 48 alei przepchnąłem walizkę w lewo, ku Szóstej Alei.

Po drodze napotkalem Rockafeller Centre. Opadły mi ręcę. No przecie wszyscy przyszli podziwiać choinkę wylampioną lampionami tak, że pani inż ze Szczecina może ze swoimi światełkami na jej choince się schować. Drzewo nie było imponujące, wręcz takie sobie. Ale ludzie musieli sobie fotkę cyknąć. Na szczęście dla ruchu zamknęli ulicę, więc szło iść. Zapytałem się w końcu policjanta, czy wie gdzie jest mój hotel lub ten adres. Nie wiedział. Ale poszedłem sobie dalej i napotkałem Mayfair hotel przy Ósmej alei. Nawet nie miałem siły się zaśmiać. Ósmą aleją przeleciałbym raz dwa z Penn Station, bez tych wszystkich przepychanek.

Ale nic to. Uśmiechamy się. Hotel butikowy, okazał się być sympatyczny. No może nie jest pierwszej świeżości ale za to jest czysty. Łóżko wygodne.

Oczywiście wstałem o 3:30 rano i zacząłem Państwa na K. zaczepiać, które jest w Yotelu przy 10 alei i 42 ulicy, czyli tylko dwie aleje dalej i 7 bloków w dół.

Oczywiście przed zaśnięciem jeszcze wczoraj poszliśmy się przejść po osiedlu. Hell’s Kitchen. Wypiliśmy po kilka różnych bronksów i już. Ja jeszcze zamówiłem steak’a, bom głodny. Strasznie długo robili, ale i tak najbardziej zaskoczył mnie sposób przyrządzenia i podania.

 

Dziś plan jest taki:

Doczekać do 8:30 i pójść na śniadanie gdzieś na Mieście (jest teraz 7:27)

9:00 zbiórka na rogu 44th ulicy i 8 lei

koło 10:30 spotkać się z Ulą, która może dojedzie z młodym

10:30 zwiedzanie 9/11 Memorial

od 12:00 do 20:00 szopping i drinking, bo ma padać

no a wieczorem, to … będzie, będzie zabawa. Idziemy do Village na jakieś koncerty klubowe. Może jazz, może nie-jazz. Się zobaczy.

 

Ha! 7:40 ej em mego czasu! Czas na szałer i pozbieranie się z bambetlów!

IMG_0622

nic dwa razy sie nie zdarza 8 maja 2012

Piorunie przenajswietszy, ilez mozna czekac?! Jak pisala slynna polska noblistka oraz jak spiewala Kora – nic dwa razy sie nie zdarza i nie zdarzy.

Wyszedlem z domu o 10:28, zeby zdazyc na autobus o 10:39 do Miasta. Przystanek 250 metrow od domu.

W polowie Kramer Pl zobaczylem jak beztrosko jakis autobus pomyka sobie Saddle River Road. Grrr! A moze to 175? – chwycilem sie tej mysli, jak brzytwy tonacy. 30 sekund zabraklo, a zdazylbym! Postalem jak glupi nadaremno 10 minut i wrocilem do domu. Kolejny autobus o 11:39.

Tym razem wyszedlem wczesniej. Stoje, czekam, gwizdze, spiewam i nic. O 11:48 zirytowalem sie i juz myslalem o powrocie do domu. Ale nie! Jest! Przyjechal. W autobusie tylko 4 osoby, wiec WTF?! Najwazniejsze, ze wsiadlem i jade. Usmiechamy sie.

Rano wyszedlem na rekonesans w celu sprawdzenia pogody. Wialo dosyc powaznie. Zawahalem sie nawet czy jechac na Miasto. Wahania koniec byl szybki. Jade! Co bede caly dzien siedzial w domu? Alternatywnie moglem uzyc auta i pojezdzic po sklepach. Ale nie chcialem.

Dziwnie, przez ta wilgotnosc, wlosy mi schna. Jakies kolduny mi sie robia. Szkoda, ze w Polsce moje wlosy po wyschnieciu wygladaja jak … no nienajlepiej – stwierdze grzecznie i lagodnie.

Dzis w planach:

+ B+H Photo – 9 aleja – okladka na tableta

+ Famous Footwear – miedzy 8 a 9 aleja na wysokosci Madison Sq Garden i Empire State Building – buty pracowe kupic

+ China Town – zobaczyc czy sprzedaja jeszcze te czapki, ktora kupilem 5 lat temu.

Poza tym wiecej nic. Pojde tam gdzie nogi poniosa. Moze jakas pizza w Little Italy, bo to po sasiedzku z chinskim dystryktem? A moze wroce na gore, do Hell’s Kitchen na Clinton Burger w moim ulubionym Rouge Irish Pub’ie? A moze przedrepcze przez zbudowany w 1875 roku Brooklyn Bridge i siade w parku jakims po drugiej stronie East River? Nie, chyba nie. Pogoda slaba na widoki – Sza-Bu-Po.

Juz dwie kartki wysmarowalem? Koncze zatem bo i trzesie, i nie mam o czym pisac.

OK, pare slow o muzyce. Kompletnie nie smakuje mi tu wiekszosc amerykanskiej muzyki. Brzmi dziwnie. Pobudzam sie przy brytyjskich rytmach. Gotye tu jeszcze nie slyszalem. Za to prawie kilka razy dziennie – Fun. “Tonight We Are Young”. Pewnie sie zaraz okaze, ze z Kanady zespol jest.

Mam poza tym mnostwo polskiej muzy.

Gdyby mama miala fiuta, to by byla ojcem (???)

Slucham tej piosenki od dosyc dawna i dopiero teraz dociera do mnie co Kazik spiewa w “Plamach na Sloncu“. I Trojka to tak puszcza? Musze przysluchac sie pilniej podczas kolejnej listy przebojow. Pamietam jak w 1990 roku zbulwersowani sluchacze dzwonili do radia z pretensjami o “zielony Zoliborz, pieprzony Zoliborz” grupy T’Love.

Na koniec dodam, ze lunch dzis bedzie w Subway‘u. Zawsze to zdrowo i pewnie.

Wczoraj na jakims Late Show widzialem rozmowe z jedna splukana dziewczyna z “2 Broke Girls“. Nie pamietam czy to byl David Letterman, Conan O’Brien, Jey Leno, czy Jimmy Kimmel. Late Sholow jak psow w amerykanskiej TV.

Smieszna ta dziewczyna. Zachowanie prawie identyczne jak w serialu. Sympatyczna bardzo rozmowa i krotka zarazem. Niestety zakonczyli pierwszy sezon. Mam nadzieje, ze serial wroci w drugim.

Byla jezszcze Michelle Pfeifer reklamowac Dark Shadows. Na Miescie pelno billboardow. I jeszcze w Imaxie graja. Potrojna radosc i przyjemnosc. Puscili fragment. Ide na 100%. Aha, dzis na ulicy widzialem Johnny’ego Deppa, Koby Bryant’a i Bena Stiller’a. No podobni jak dwie krople wody!

Z kolei rano sporo sniadaniowek. Czesc z nich ma studia na parterze, wiec ludzie moga sie gapic w witryny i bedzie ich widac w TV. Kiedys tez tak sie gapilem. Na wschodnio-poludniowym rogu Central Parku jest chyba siedziba CBS. Obok jest Apple Store. Ale byly to czasy kiedy jak szalony przed 9 do Miasta jezdzilem. Mlody, to i glupi.

W Polsce oba programy sniadaniowe sa albo w studiu na wysokim pietrze (TVN) albo w jakims zabunkrowanym miejscu (TVP obie). Pewnie wola uniknac blamazu, ze nawet pies z kulawa noga nie stanie przed oknem studia. Choc pogode zapowiadaja z Marszalkowskiej i codziennie rano widze jak sie rozkladaja ze sprzetem. Prognoza pogody w polskiej TV to porazka. Wiecej lansu pogodynek i pogodynkow niz pogody. (Nazwisko dluzsze od wiadomosci – parafraza “Baby sa jakies dziwne, czy tez inne”).

A propos genderyzmu. Znajomy Panstwa mowi, ze teraz sie mowi post person, a nie postman. Bo to i kobieta moze list i paczke przyniesc. Pewnie pani inz ze Szczecina dumna teraz z tej Ameryki.

Dwa punkty z mego 3-punktowego planu niezrealizowane. W B+H Photo mieli tylko jeden rodzaj pochewki na tableta (?Pochewki? Moze lepiej powiedziec: ochronki na tableta?). Nie przypadl mi do gustu. Sklepu z butami nie znalazlem. A bylem pewien, ze na 34 ulicy miedzy 8 i 9 aleja byl. Moze David Coperfield go przeniosl?

Siedze teraz miedzy 8 a 7 aleja na 34 ulicy i dopijam kawe ze Starbucksa, o ktora musialem sie przypomniec, bo pani zapomniala najwyrazniej. Czas na chinska dzielnice.

Misunderstanding Day, czy co? powinni wolne dni za to dawac. Najpierw nieporozumienie w kawiarni, a pozniej w sklepie obuwniczym.

Pani w sklepie obuwniczym miala taki ruch, ze az sie jej buty rozeszly

Poprosilem pana o rozmiar 11,5 brazowych butow. Pan zeskanowal model, zniknal na chwile na zapleczu i wrocil z pudelkiem. Nie ten model! Poprosilem o ponowne sprawdzenie. Pan przepadl. Kupilem wiec czarne.

Sklep z butami byl budynek obok gdzie pisalem poprzednia mysl. Gapa!

Wszedzie daja dyskonty i znizki. Zapamietaj kto cie obslugiwal. Albo i nie. I tak kasjer przypomni. Wypelnij ankiete on-line i juz masz 10$ off albo jakis %. To juz chyba trzeci sklep, gdzie mi to proponuja. Oczywiscie sieciowki maja jeszcze karty lojalnosciowe – kolejny bonus. Ciekawe kiedy w Polsce to zaimplementuja.

Ludzie na ulicy ubieraja sie roznie. Najwazniejsze, zeby wygladac dobrze. Jednoczesnie nie przeszkadza im czapka baseball’owa do garnituru, czy tez koszula, czy t’shirt w spodniach. O za krotkich spodniach do marynarek nie wspomne i o mankietach w spodniach tez nie.

Odesski, czy tez Odeszczanki by tego nie zrozumialy. Nie pisalem wczesniej, ze w Odessie mlodziez zna najnowsze trendy, nie tylko w modzie? O pol kroku sa przed Polska.

Jako, ze kupilem buty, musze przepakowac plecak. Moze sie jakos wszystko zmiesci. O, znowu Madison Sq Park, ale tym razem od strony polnocnej. Geeez, po co ja tyle gratow nabralem?

– aprat niemaly

– mp3 z wielkimi sluchawkami

– koszula

– kurtka p-deszcz

– picie

– okulary w pudelku

– ksiazka

– sudoku

Aparat nie wszedl. Czas najwyzszy zaczac pstrykac.

Ulazilem sie jak nigdy. Z tego wyjazdu zapamietam uchodzenie sie. Nogi bola.

Do China Town doszedlem przez Union Square, Noho i Soho. Union Sq jakis slumsowy sie zrobil. I do tego zadnych targow owocow i warzyw. Ale i tak miejsce fajne. Obok skwerku slon na trabie stanal. Nie powiem co na zdjeciu znacza te cyfry. Kiedys zaplacilem jakiemus biednemu afryko-amerykanowi jeden banknot, to mi opowiedzial co to jest. Mam nadziej, ze to byl 1$.

Chinska dzielnice oblecialem w te i nazad. Nie znalazlem fajnych czapek. Ale za to zjadlem lunch w wietnamskiej restauracji.

4 spring rolls’y mialy rozmiar maminych golabkow! 2 byly z krewetkami z gestym sosem z orzechami, a 2 z takim jakims niezidentyfikowanym nadzieniem. Sos juz byl normalny, taki jak chlopaki na Brackiej podaja. Zjadlem 2 i 3/4 sajgonek. Bun cha podana odwrotnie niz zawsze. Pozycja 48 na menu. Mala miseczka z zupa i dodatkowo wielka micha makaronu, nemow, boczku i odrobiny zieleniny. Boczek byl monstrualny. Musialem go pokroic nozem. Nemy smakowaly ciastem smazonym w glebokim oleju. Calosc miala intensywny smak pachnotki i … swiezego ogorka. No coz, podroze ksztalca. Poznalem nowojorska kuchnie wietnamska. Ciekawe przezycie ale wole bun cha z Brackiej 18.

Pan dzis na kolacje przywiozl chinszczyzne. Wczoraj Japonia, dzis Chiny i Wietnam. Na jutro zakomunikowal, ze mnie zabiera do wietnamskiej restauracji w Ridgewood kolo nas. Poznam nowodzerzejski smak Sajgonu.

Do PABT dojechalem metrem linia A z Canal St Station. Na dworcu ludzi prze-masa. Ledwo wsiadlem do autobusu, upuszczajac po kolei: rozklad jazdy, mp3 i telefon. Wgramolilem sie i nawet bylo jeszcze gdzie usiasc. 3 rzad, czyli widze gdzie jestem. Jakis starszy wazon obok czyta gazete. Chyba tez nie rozumie z tego co pisze, bo sie za wazona nie obrazil. Ja sam moge ledwo siebie rozczytac.

Ciekawe czy wsiadlem w odpowiedni autobus? Mam nadzieje, ze z bramki 53 nic innego oprocz 164 nie jezdzi. Zonk?

10 km, o kaloriach nie wspomne.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑