Tag: Death

west coast part 4, czyli death valley

Zdjęcia/Pictures

Mój organizm powiedział NIE. O 3 rano czasu wsochdniowybrzeżowego, po mniej niż 3 godzinach snu (?), obudzonym został przez budzik. O 6 wylecieliśmy nad pacyficzny brzeg. O 9 rano czasu zachodniowybrzeżowego podziwiałem LAX. Zawsze wydawało mi się, że to takie nieprzyjemne lotnisko. Duże, tłoczne, niemiłe. A tymczasem okazało się odwrotnie. Może terminal był domowy, to tak właśnie tam jest.

W Miescie Aniołów byliśmy na początku lutego 2010 roku. Było jakoś nieprzyjemnie, miasto nie zrobiło na nas wrażenia – Kodak Theatre, napis Hollywood, Beverly Hills, Universal Studios, Santa Monica Blvd, Venice Beach, Mullholand Drive, zachód słońca w Malibu. Ale jakoś bez szału.

A teraz? Miasto oblane słońcem. Jakieś radośniejsze, zachęcające.

Podzielone autostradą. 7 pasów w jedną, 7 pasów w drugą stronę. Czuć wielkomiejskość. Ale to największa aglomeracja USA.

W wypożyczalni pyta się chłopiec dokąd jadę.

– do Doliny Śmierci

– aha, przepraszam, a mogę się zapytać po co?

– zawsze chciałem jąodwiedzić

– ale tam nic nie ma. Pustania i droga pośrodku. Byłem tam raz

– właśnie po to. Przejechać się po pustyni, pochodzić po kanionach. Też mam nadzieję, że będzie to jedyny raz

– [bardzo dziwnym głosem] aha

Na dojechanie do miejscowości Beatty (czytaj: bidy) miałem wg map 4 i pół godziny.

Po godzinie doszedłem do wniosku, że albo się zdrzemnę na poboczu w aucie na 2-3 godziny, albo poszukam jakiegoś motelu 6 i się wykąpie i prześpię. Ale nie, dojechałem. Nawiem zimny dmuchał po pysku.

Co chwilę w Dolinie Śmierci wysiadałem na zdjęcia. Przy punkcie opłat wisiał termometr – ponad 100F. Do tego wiał mocny wiatr, czyli czułem się jak w piekarniku z termoobiegiem.

Mój organizm się zagrzał. Czułem się jak w Moab, kiedy dostałem udaru. Dowlokłem się do hotelu, zameldowałem się. Kurczę, ludzie tu są tak przemili, jak w Utah. Młody chłopiec ze spokojem, uśmiechem i cierpliwością opowiadał i udzielał odpowiedzi na moje pytania. W pokoju okazało się, że nie ma mydła, ani szamponu. Na szczęście sklep Family Dollar obok. O 16 wykąpanym legł w łożu. Na 2 godziny. O 18 wstałem i poszedłem coś zjeść. Cały czas mną trzęsło. No pięknie, udar słoneczny pierwszego dnia. Umrę w tej wiosce.

Beatty, to największa dziura jaką widziałem w Stanach … na razie. No może poza Patterson, bo tam same złodzieje mieszkajo, więc mamy z nimi kosę.

O ile Tropic w Utah było małe, to było zadbane, tursytcznie ogarnięte. Tu, jest syf. Trailery bardzo popularne, dużo zniszczonych budynków użytkowych i mieszkalnych. Zaniedbane miasto. I można w restauracji palić.

Zaszedłem do restauracji polecanej przez recepcjonistę. Ponoć jakiś lokalny wow lokal.

Wchodzę i pytam, czy mam usiąść, czy zaczekać, aż ktoś mnie usadzi.

– wpisz się do książki

– ok

Po wpisaniu się pytam, czy mogę wybrać stolik. Pani rzuca na ladę menu i coś tam burczy. Przeglądam menu, nic nie rzuca się w oczy. Ale widzę kątem oka babkę z fajką w buzi!

– to tu można palić?!

– tak

W lokalu obok pytam:

– do you have hot soups?

– we have hot chilli

Zbiła mnie z pantałyku.

– but it’s not a soup, right?

Pani kelnerka skonsternowana.

Klientka przy barze poleciła lokal obok, który z kolei był nierekomendowany przez chłopca z hotelu.

Wniosek: korupcja i łapówkarstwo na tej wsi!

Często jak się pytasz, czy mają „hot tea“, to się dziwią i trzeba 2 razy powtarzać. A jak pytasz o „hot soup“, to już w ogóle nie rozumieją o co pytasz.

No nic. Dotelepałem się do pokoju. Cały w drgawkach. Już miałem szukać sklepu z termometrem i pigułakmi. Już widziałem, jak odnajdują moje zwłoki po 2 dniach (przy takim upale, po 2 dniach będzie śmierdzieć). Ale jak to zwykle wtedy mówię sobie:

– ale ty durny Maciek. Organizm powiedział NIE, prześpij się najpierw i jutro rano panikuj.

Tak też uczyniłem. Obudziłem się rześki o 6 rano.

Aha, nasz hotel nazywa się Attomic i ma ufoludki, które strzegą naszych pokoi. Fajnie.

Wyruszyłem w park. Zabrałem ze sobą 5 butelek wody.

I tu powiem tak, słońce, upał, ekspozycja na słońce to nie żarty. Nigdy w życiu nie wypiłem tyle wody. Dolewałem do butelek kiedy się tylko dało. Żar niemiłosierny. Choć nie, to jeszcze nie był niemiłosierny. Tylko 113 F (ok. 42C).

Na Zabriskie Point poszedłem na szlak. Tylko 5,7 mili pętelka. Radosny, w podskokach lecę sobie i dopiero później mnie olśniło, że to ponad 9 km. Widoki piękne. Szło się między takimi górkami, po chyba wyschniętym strumyku. Słoneczko świeci. Jest fajnie.

Doszedłem do kolejnego punktu, połowy pętli. I widzę, że godzina z powrotem. Porozmawiałem z panią ranger’ką, która powiedziała, że ta trasa na prawo jest krótsza ale odsłonięta na słońce. Na początku płasko, później lekko pod górkę.

Wybrałem ją, skoro przyszedłem jedną trasą, to nie chciałem wracać też nią. I tu dramat, kryzys. Płaskie, jak płaskie. Szybko się skończyło. Pod górkę było mniej zabawnie. Ledwo człapałem. A pani ranger’ka się jeszcze na odchodne pyta, czy chcę wody, bo ona zawsze ma zapas. Nie, po co, mam w plecaku jeszcze. Dwie butelki miałem.

Pierwszą wypiłem w 20 minut. Nastała panika, nie było strzałek na trasie. Horror. Ale szedłem takim korytem rzeki, więc twierdziłem, że strzałki niepotrzebne, bo nie ma gdzie zboczyć. Żar, słońce świeci prosto z góry (a było po 10 dopiero). Idę i już widzę, jak mam omamy, jak siadam przy ścianie w cieniu i już nigdy nie wstaję. Zobaczyłem znak „Zabriskie Point Trailhead 2,1 km“. Tyle, to ja w 20 minut oblecę! Już miałem wszystko skalkulowane. Żadnych przystanków, nie marnujemy energii i czasu na zatrzymywanie się. Wody wystarczy. Idę!

I znowu, jak w Utah. Fajnie się schodziło na początku, ale koszmarnie się wraca pod górę na koniec. Widziałem ludzi na wzgórzu, już widziałem koniec. To utrzymywało mnie przy życiu. Resztkami sił wszedłem. A już byłem bliski legnięcia na ziemię i mieniawszystkiego w dupie. A niech mnie rozdziobią … no właśnie, co? Jaszczurki chyba tylko.

Wszedłwszy na górę powiedziałem sobie, że dosyć chodzenia na dziś. Czacha dymi. Teraz tylko zwiedzanie punktów widokowych.

Ta, jasne.

Na jednym wzgórku, przy Artist Drive spotkałem kolesia co wyprowadził się z Miami i jechał gdzieś na granicę Oregon/Cali się osiąść. Dobra gadka z panem była. Zawodowy fotograf. Twierdzi, że w ciągu roku, jak się zmieni układ sił w Kongresie i Senacie, to Trumpa odwołają.

Samo Artist Drive przecudne! Wąska, jednokierunkowa droga. Widok, za widokiem. Sama radość. Country muzyka w tle. I o to chodzi.

Ze dwa lub trzy razy zatrzymałem się na parkingu koło Polaków. Bardzo młodzi ludzie. Potrafiący się zachować. Nie to co kiedyś – wstyd się przyznać, że ja też Polak. Fajnie. Brawo nasi!

A tak, to – niemiecki, francuski, włoski czasem.

Pod Natural Bridge porozmawiałem z ludźmi z Missouri.

– my grandmother was from Poland

– You know what, everybody has somebody from Poland

– yeah, you’re right

 

Duże wrażenie zrobiło na mnie wyschnięte morze. Była to wielka biała połać. Wyschnięta sól. A gdzienieniegdzie nawet jeszcze wilgotna. Można było też natrafić na kałuże z wodą.

Ruiny młynu, to były prawdziwe ruiny. Trzy ściany bez dachu.

Podróż przez park rewelacja. Czasem miało się uczucie, że się płynęło po tej drodze.

Ludzi na szczęście nie za dużo. Uwielbiam to w Dolinie Śmierci, że jest różnorodna. Masz pustynię, masz górki, masz kaniony, masz doliny, masz wydmy, masz wyschnięte morze, masz bezdroże. Tylko to słońce. Oj trzeba uważać. Połowa nas to woda.

Utrata 2% wody jest poważna. 15% – śmierć!

Rodzice powinni dać mi na chrzcie Hipochondriusz, czy coś.

Aha, i podoba mi się płyta Taconafide pt. Soma 0,5 mg, czy jak to tam. Trudno. Podoba mi się i już.

Spać, jeść, pić, jak tamagotchi! (…) Kiedy zamykam oczy, widzę łąkę z windowsa

 

żeganm Was, już czas

Niewiele osob wie, ale właśnie dokonuję żywota.

Kolekcję CD oddaję pani inż ze Szczecina. O pardon, pani hab inż ze Szczecina. Mam tam perełki typu – Rihanna, Roxette, Modern Talking. Proszę nasłuchiwać tych białych kruków raz-dwa razy w miesiącu, myśląc o mnie.

Oddaję wszystkie moje organy … Hammonda.

Chciałbym być skrem(p)owany i prochy mieć rozrzucone nad clifami Jersey Shore. Nawet nie mam pojęcia czy można wwieźć prochy do USA i co to Jersey Shore? Oglądałem ostatnio serial Narcos orazy czytałem o El Chapo. Prochy można wwozić ale nielegalnie.

A co mi jest? Na pewno nie zejdę na zatrucie UFO. Kupiliśmy wczoraj z koleżanką z pracy te spłaszczone brzoskwinie (ponoć UFO nazywające się). Zostawiliśmy je na noc w gabinecie naszym w woreczku szczelnie zamkniętym foliowym. Dziś poczęstowałem się. Miałem umyć, nie umyłem, zapomniałem. Nigdy nic mi się nie działo po nieumytych owocach. Dzięki #Lidl.

Mnie zmuliło, osłabiło, zemdliło ale dzierżyłem fason. Nie chodziłem do WC. Sensacji żołądkowych nie było. Tylko dreszcze i zimno strasznie (a jest upał).

Aha, jakby ktoś nie wiedział, jak było na weselu, to informuję, że międzynarodowo i żarliwie.

Zatrucie nastąpiło koło 10.00. Na 12.00 poszliśmy na spotkanie. O 13.04 siedziałem w uberze i prosiłem pana, żeby zakręcił klimatyzację. Wewszedłwszy (jest taki imiesłów?) do domu, strasznie się uniosłem, bo w kieszeni miałem tylko 1,02 zł, w portfelu nie miałem nic, a w domu nie było cytryny.

Zmierzyłem temperaturę moim międzynarodowym termometrem rtęciowym – pokazało 38,1C. OK, czas zbić gorączkę.

A w międzyczasie pani hab inż mi pisze – kup sromum, kup sromum. Ponoć na nogi stawia. Poczytawszy (widzę, że na Koniec, strasznie polubiłem imiesłowy) ulotkę, odpisałem, że nie mam biegunki, po prostu trzęsie mną.

Zmusiłem się wyjść, uprzednio zaparzywszy czaj. Odwiedziwszy bankomat, wstąpiłem po cytrynę i wyszedłem, bo koleja straszna. Lemon nabyłem na bazarku za 30 zł/kg!!!! A pani przede mną też jakaś wybredna i z długą listą. Już chciałem rzucić cytrynę i iść dalej. Ale doczłapałem się do domu – powolutku.

Nałożyłem skarpety, sweter, napiłem się c-herbaty z miodem i zaległem. Ni cholery się nie wypociłem!

Po 3 godzinach postanowiłem zmierzyć temperaturę. Hm, niby taki chory i umierający, ale piorunem poodkurzałem szkło i rtęć. Wyślizgnął mi się termometr z ręki. Damn! Przecie teraz takich nie robią. Dziękuję #UniaEuropejska !

Napisałem do pani inż hab ze Szczecina się pożegnać i poinformować, że oddaję jej moją kolekcję krążków. Zadzwoniłem do Pana na K. zakomunikować, że odchodzę, że już czas.

Przecie z moim cholernym szczęściem, to zatruję się rtęcią, która pewnie gdzieś wlazła, a ja nie mogłem jej znaleźć.

Dzięki bogu dziś mam jadłowstręt, więc czwartku dożyję.

 

 

Żegnam was, już wiem,

nie załatwię wszystkich pilnych spraw

idę sam, właśnie tam gdzie czekają mnie

Tam przyjaciół kilku mam od lat,

dla nich zawsze śpiewam dla nich gram

Jeszcze raz żegnam was, nie spotkamy się

PS. Mam do Was gorącą prośbę – proszę sprawdzić co u mnie jutro. Gdybym odszedł, to napiszę Wam Esa albo iMasaż (do właścicieli iFonów). Nie lękajcie się 🙂

 

Aaaaaaa, koniecznie proszę zobaczyć The Nice Guys! Mój post wzorowany jest (zainfleunsowany) tym filmem.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑