Tag: coronavirus (Page 1 of 2)

home alone, czyli …

Maciek sam w domu.

 

No cóż kochani. Wygląda na to, że nie trzeba mieć telewizora, ani Polsatu, żeby doświadczyć kultowego już hitu – Kevin sam w domu.

W związku z różnymi okolicznościami, postanowiłem dmuchać na zimne i oszczędzić respiratora rodzicom pod choinkę. Zostaję na święta w domu.

Izoluję się.

Także takiego sobie Kevina robię. Musze tylko wyglądać, czy bandyty jakie mnie nie chcą okraść. Może smołę rozlać pod drzwiami? Butelki nań potłuc? A i jeszcze na okno jakieś zasieki dać, bo to 1 piętro i można się w sumie wdrapać. No i co z klasycznym trikiem z rozgrzanym żelazkiem przymocowanym do sufitu? Ktoś otwiera drzwi i bęc!

Oooo, grzałkę mogłem kupić i na klamkę zawiesić. Na moim bazarku jest taki sklep z takimi duperelami. Trzeba się rozejrzeć.

Także złoczyńcy możecie przychodzić. Jestem zabezpieczony.

 

Home Alone villains

W związku z zaistniałą sytuacją postanowiłem nabyć dobra i przygotować kolację. Moich 12 potraw będzie wyglądać tak:

– ryba po grecku

– łazanki z makiem, orzechami i rodzynkami izraelskimi

– śledź

– węgorz wędzony

– kapusta z grzybami

– pierogi z kurkami

– pasztet z soczewicy

– zupa grzybowa

– frykadeliki rybne

– gin z tonicem

– wino czerwone albo białe

– whisky torfowe

– whisky single malt

– whisky blended

– cytrynówka oddech żniwiarza

 

Hm, to 15 dań mi wyszło. Oj, znowu się obżrę się.

Ostatni weekend spędzony w domu-stodole zakończył się mięso-wstrętem. Fuj, brrr.

 

Na sam przód nakupiliśmy lokalnych pyszności. Boczek, kiełby i takie tam. Największą delicją okazało się masło. Mniam! Na dodatek Słodkowaśna nawiózł mięso i było robienie kiełbasy i wędzenie jej wraz z boczkiem i ptaszkiem (kurczak).

Dodatkowo były inne przysmaki mięsne, rybne i grzybowe. Także mięsu mówimy stanowcze nie! Nie mogę patrzeć nań, nie mogę wąchać, nie mogę nic z nim. Brrr. Detox mięsny.

Wczoraj się rozpoczął casting na mojego lektora rosyjskiego. Online. Wysłałem z 8 wiadomości (sms, skype) i szybko dostałem 2 odpowiedzi tylko. Później odezwał się jakiś polak i się umówiliśmy na lekcję próbną. Jaka kania dżdżu czekam, wyglądam zaproszenia na zoom i … NIC. Po kwadransie akademickim piszę do tutora z zapytaniem o moje oświecenie, a ten mi smaruje wiadomość, że zapracowany i zapomniał. Zaproponował rekompensatę po świętach. Szalenie się uniosłem i odpisałem mu coś w stylu, że argumentowanie jego jest niepoważne i właśnie przekreślił swoją szansę na bycie moim bakałarzem.

 

Wczoraj miałem lekcję z Ukraińcem. Hmmm, jakoś tego nie widzę. Pan jest nauczycielem matematyki, informatyki i angielskiego w szkole. Jego owieczki są w wieku 14-15 lat. No i zauważyłem, że koncepcji na edukowanie mnie w zakresie języka puszkinowskiego nie ma. Ale cóż, pożyjemy, zobaczymy. 5 dolarów za lekcję.

Jutro mam kolejne, ostatnie zajęcia próbne. Trzeba będzie na kogoś się zdecydować. I ten jutrzejszy mówił mi, że bierze 20 zł (w sumie 22, bo paypal ściaga swój haracz). Wczoraj przeglądałem strony z korepetytorami i zauważyłem przy nim cenę wyższą – 30 zł. Hmmm. Pierwotnie umówiliśmy na lekcję próbną w ubiegłym tygodniu, ale okazało się, że rozchorował się. Na szczęście nie korona. Przełożyliśmy się na 28 grudnia, ale wczoraj zaproponowałem mu jakiś wcześniejszy termin. Dziś chciałem. Ale odparł, że nie zdąży się przygotować do zajęć. Zaplusował u mnie! Znaczy – będzie się przykładał. Ale ten Ukrainiec też na duży plus. Nie będzie u niego domasznej roboty! To lubię.

Także casting idzie pełną parą.

A z okazji zbliżających się świąt, pędzę w wigilię uczynić donację przeciwciał. Okazało się, że przyplątały się do mnie tak ścichapęk. Mam nadzieję, że uda się osocze oddać. Lepiej płacą niż za krew!!! Krew oddaję od 11 lat (z przerwami) w jednym celu – darmowa komunikacja. Ale wyliczyłem, że w tym tempie prędzej będę za darmo jeździł jako sędziwy emeryt, niż honorowy dawca krwi. Z kolei w styczniu nauczyłem się, że można donacje odpisywać od podatku! Także od początku 2020 roku ten właśnie cel nadaje sens mojemu życiu. Money money money! Jestem taki merkantylmny na stare lata.

Oczywiście żarcik. Czekolada darmowa piechotą nie chodzi, cnie?

A kasę od państwa będę wyrywał za wszelką cenę. Oddawać mój hajs!

 

 

 

 

a-psik-us

Jakiś pogubiony jestem. Ni to mam maseczkę nosić cały czas, ni to w parku jestem. Ni to Haloween nadciąga, ni to czas zmieniamy na zimowy.

Pogubionym.

I na dodatek nie zdążyłem pożegnać się z towarzystwami w moich dwóch ulubionych miejscach. Matołusz w panice znowu nas zamknął. Ciekawe czy na wiosnę będzie co zbierać w tej gospodarce? A do kościoła można chodzić? Bo jakoś w orędziu nie usłyszałem.

Na domiar złego, mały wredny wirusek chciał mnie zaatakować. Wedrzeć się chciał. Pewnego wtorku robiłem kroki i mnie deszcz złapał. Wróciłem do domu cały przemoknięty. Nogi, spodnie. Już wtedy wiedziałem, że to się źle skończy.

I się źle skończyło. Od środy temperatura spadła. W międzyczasie miałem dwie teleporady. Uwielbiam polecenie – czy może pan poświecić sobie w gardło i powiedzieć, czy jest czerwone? (piątek). Albo – czy może pan poświecić sobie w gardło i zobaczyć, czy jest biały nalot? (wtorek).

Za pierwszym razem powiedziałem, że nie wiem, czy gardło wygląda na chore, bo nigdy sobie w nie nie zaglądam. A nalot biały był (tylko pani doktór nie pytała o to wtedy), bo jogurt z otrębami owsianymi jadłem. I tak zdychałem sobie ponad tydzień. Sprawdzałem objawy koronowairusa i wychodziło mi, że nie mam żadnych. Ufff. Ale przy drugiej teleporadzie zapytałem pana doktóra kiedy mam zacząć panikować. Kiedy mam stwierdzić, że to nie przeziębienie, a zaraza właśnie.

W poniedziałek – usłyszałem w odpowiedzi – jeśli w poniedziałek panu nie przejdzie, to proszę dzwonić i skierujemy pana na test. Dziś sobota i w sumie, i na szczęście koniec widać. Przeziębienia koniec, nie mój.

A gdybym jednak złapał wiruska, to na szczęście tak łagodnie go przechodziłbym. I w sumie bym wiedział, że mam, to po ozdrowieniu mógłbym krew oddać z przeciwciałami.

Ale kończmyż już o wirusku. Przecie to bestia o 10 rogach i ogonach. Tak przeczytałem dziś na przystanku.

Przez czas niemocy mej sporo czasu spędziłem z Netflixem. Horrory pooglądałem. Oj różne. Straszne, śmieszne, debilne, strasznie durne. Lubię te filmy grozy. Bawią mnie, relaksują. Dziś poleciałem na farmę dyń po owoc do wycięcia. Właśnie. Czym jest dynia? Owocem czy warzywem? W Polsce to chyba się jako warzywo traktuje. W Stanach jako owoc. Dziwne. Tak samo jak imbir. W moim Carrefourze jak chcę zważyć korzeń, to muszę klikać w owoce. A gdzie indziej widziałem, że to warzywo. Dziwne.

Farma dyń była taka sobie. Ale było to najbliższe mego domu miejsce i nie widziało mi się jechać dalej. Ceny warzywa oscylowały między 4 a 5 zł. Waga? Nawet do 11 kg. No raczej nie chciało mi się wydawać 55 zł. Wybrałem zieloną dynię za 4 zł/kg. Wyszło w sumie 20 złociszy.

W domu wbiłem nóż i zacząłem wykrawać. Coś mi nie poszło. Oczy chyba za nisko dałem. Ok, w poniedziałek kupię drugą i zrobię sobie house of haloween. Może zaproszę jakieś sąsiadki i będą psoty albo psikusy?

Aha, moja dynia jest eko. Zamiast świeczki włożyłem taki łańcuszek ledowy. Żeby tylko nie zapomnieć wyłączyć na noc, bo jak się przebudzę i spojrzę, to zawał murowany! Także wirusek mnie nie wykończy, tylko jakieś warzywo.

Co do sytuacji w kraju? Hmmm, trzeba koniecznie w totka wygrać i spieprzać stąd. Wstyd na cały świat.

wszyscy Maję znają i kochają?

Nienawidzę żółto-czarnej bladzi. Ukąsła mnie, jak wracałem na rowerze od towarzystwa.

W 2007 roku jak jeździliśmy szukać miejsca na regaty o Puchar Prezesa, to byliśmy tu i tam na Mazurach i Warmii. Teraz widzę, że pamiętam te miejsca! Te skrzyżowania. Uktę pamiętam!

Dzień zaczął się pysznie! Państwo G. sprezentowało mi pomidorki z własnej plantacji. Jednak potrafią złapać aluzję. Py-szo-ta!

Kanapków se narobiłem.

Dziękuję i się upominam o więcej.

Pan podjechał z opóźnieniem przed 11 pod blok i podstawił mi auto. Rower wszedł cały. Bez rozkręcania.

Swego czasu Ula z Teksasu mnie atakowała, że jej pięknie Disturbed gra. Cover Simona i Garfankela The Sound of Silence. Piękna wersja. Powiedziałem jej, że znam, że z Ulą z NJ katowaliśmy to w 2018 roku. Wsiadam do auta, podpinam telefon i …

W drodze na urlop mijałem Nogawkę, Zgon i Spychów (ten od Juranda). Największe wrażenie zrobiła na mnie Ostrołęka. Jezu, jakie smutne, bez wyrazu miasto. Brrr.

Ale ogólnie fajne mamy te nazwy miejscowości. W Ameryce byłem już dawno temu. A Moszna? Przejeżdżałem kiedyś.

A czemu Ukta? A bo mój znajomy Dariusz ma tu pensjonat. Rodzinny jakiś biznesik. Miał szczęśliwie wolny pokój na 4 dni, to skorzystałem. I tu szczęście niepojęte.

Okazało się, że 2 dziewczyny z badmintona też są w okolicy. Felipe znalazł i zabukował. I namówił Państwo z Europy na K. Także dziś odwiedziłem. Narobiłem zakupów, rozpaliłem grill i zjedliśmy. Mniam. Kiełba w gębie. Miło spotkać przyjaciół na wyjeździe.

Już się namówiliśmy na jutro. Ale to już autem podjadę, bo, mimo że tylko 16 km, to jednak wyznaję zasadę „zero zaufania dla kierowców” i na rowerze nie czuję się bezpiecznie.

Ukta mnie urzekła. Widać pruski dryl, pruską architekturę. Jest różnica między wschodnią fantazją.

Jutro jadę zamówić węgorza i spływam Krutynią.

Przepraszam, że wpis bez ładu i składu, ale wstałem o 5.53 i dopiero teraz siadłem …

Bayern prowadzi …

Szczęście łatwym jest …

 

królowa i król

dzisiejsza data jest znamienna w historii muzyki. 16 sierpnia 1958 roku na świat przyszła Królowa. 16 sierpnia 1977 roku ze świata żywych odszedł Król. Choć tak naprawdę to nie wiadomo. Wielu go widziało później.

Byłem w Graceland w ubiegłym roku i byłem pod olbrzymim wrażeniem posiadłości Króla.

Widziałem Królową na żywo w sierpniu 2009 roku i byłem olbrzymie rozczarowany. Ale wielkim fanem byłem. Teraz raczej z przyzwoitości zerknę, co ta pani nagrywa. Ale niestety bez szału.

Fanem Króla nie byłem nigdy, ale jak słyszę w radio, to doceniam.

W 1992 roku usłyszałem „Fever” w wykonaniu Królowej. Stwierdziłem, że beznadziejna piosenka. Później usłyszałem tę gorączkę w innej wersji i dopiero wtedy dotarło do mnie, że to jest cover. Król też to śpiewał. I czyja wersja fajniejsza?

 

 

 

 

Przejechałem się po mieście. Jakoś nie ciągnęło mnie do lasu i w krzaki. Po mieście chciałem pośmigać. Kilka zdjęć wykonałem. Fajne miasto latem.

 

rozebrać się do rosołu

Po ponad 4 godzinach bulgotania słońce zajrzało przez okno. Szybko pogasiłem palniki, zasłoniłem rolety i włączyłem wiatrak.

Nalałem sobie talerz zupy i siadłem do stołu. Uf, jak gorąco. Pot mnie zlał. Takżem rozebrał się do rosołu. Ale bez sensacji proszę mi tu. Żadnych bezeceństw. Przyzwoity byłem. Nie do takiego rosołu.

Rosół na kaczce okazał się pyszny. Aż sam się dziwię, bom zawsze sceptyczny jest wobec swoich dań. Pozwoliłem sobie na dwa talerze.

Ryba w sosie też niczego sobie. Ale czuję, że to chyba koniec pichcenia w tym tygodniu. Za gorąco będzie.

Włączam internety i widzę, że ktoś śmiał zażartować sobie z naszego Sebastiana, prezydenta Wolski. Po angielsku ponoć rozmawiali. No wyuczony ten pan. Brawo Sebastian.

Oczywiście oprócz znajomości języka obcego, nie mój prezydent posiada również bystrość, inteligencję i poczucie humoru. Zorientował się, że to prank. No co za wspaniały i błyskotliwy prezydent. Dobrze chyba jednak wybrali Wolacy. Będzie chyba kupa śmiechu przez kolejnych 5 lat. Ciekawe czy nasz kraj przetrwa, czy do cna go roz…..

wyginam śmiało ciało

Czyli coś mnie łupie. Żem się wczoraj zawziął.

Środa, wiadomo, dzień … badmintona. W parze byłem z panem G. Zawsze jak z nim gram, to jest kupa śmiechu, no bo sukcesów sportowych jakoś nie za bardzo. Ale ostatnio, jak byłem sparowany z Panem z Europy na K., to coś nam szło ciężko. Jak po grudzie, ale wygraliśmy. Wczoraj pomyślałem sobie, że tanio skóry nie sprzedamy. Szalałem, biegałem od lewej do prawej. Czasem się udało trafić w lotkę, częściej nie. Atutem był serwis kolegi. Wygraliśmy 4-2 w setach! Ostatni był gorący. Prowadziliśmy 20-10, do wiktorii brakowało nam 1 punktu. Felipe zdobył 10 punktów z rzędu. Kurczaczki, 20-20. Zrobiło się nerwowo. W międzyczasie pan G. odebrał serwis, który ewidentnie szedł na aut. Ale w przyrodzie nic nie ginie. Felipe wyciągnął moje zagranie, które wylądowałoby kilometr za linią boczną. Fajna ta kometka. Śmiech i radość. Jeszcze gdybyśmy umieli w to grać jakoś dobrze.

Mokry jak świnia, ale szczęśliwy jak głupi. Widomo, endorfiny.

No i przed snem stwierdzam, że

  1. plecki pobolewają
  2. coś prawa rąsią daje znać, że jest (trzeba chyba opaskę ortopedyczną odnaleźć. Ponowna (ewentualna) rehabilitacja łokcia tenisisty nie za bardzo mi się widzi)

Starość albo nierozgrzanie. Ale zaparłem się, do łba wbiłem. Nie chciałem sprzedawać tanio swojej skóry. Wyginałem się, rąsią wybierałem lotki zza pleców, siła uderzeń była piorunująca. To teraz mam. Na szczęście za tydzień gram w parze z Felipe, to będę mógł odpocząć. Kolega zagra za dwóch. (łatwe) Zwycięstwo w kieszeni(?)

I tak się czuję taki zrelaksowany z rana. Wysportowany. Rześki. Lecę do pokoju kąpielowego, wskakuję na wagę … i się okazuje, że tylko 1 kg schudłem od wczoraj wieczora. Słabo.

A propos sprawdzania ile jest Maćka na świecie, to raz się wystraszyłem strasznie. Przesuwałem wagę jakoś nienaturalnie. Rękami tym razem, nie nogą. Staję nań i patrzę, że ważę grubo ponad 230! O matko co to? – krzyczę w niedowierzaniu.

 

UFO, pewnie UFO mnie porwało. Abdukcja jakaś była, wszczepili mi coś! – ja to zawsze na wszystko mam prawdopodobną odpowiedź, c’nie? Alien abduction na Sadybie? Zagadka się szybko rozwiązała. Okazało się, że jakoś niechcący i nieświadomie rąsią przełączyłem kilogramy na funty. Uffff. A ile się później naszukałem, żeby to odczynić! Ale w końcu udało się i maszyna pokazuje kilogramy. I znowu jest mniej niż 100! Człowiek to naprawdę może wyzionąć ducha w swoim domu na zawał. Nawet durna waga może tak (śmiertelnie prawie) nastraszyć.

Dziś idę wyssać swoją krew. 8 tygodni minęło, czekolada mi się skończyła, a podatki same się nie zapłacą. Ciekawe ile waży prawie pół litra krwi? Pół człowiek, pół litra!

too funky

 

Hey, you’re just too funky for me, czyli hej, jesteście tylko moimi dwiema fankami dla mnie (jak ja tom maturę zdałem?). Czyli stary dobry Dżordż Majkel z 1992 roku. Szkoda chłopa.

 

too funky, czyli dwie fanki. Jedna zawsze jak dzwoni, to mówi, żebym pisał. Zachęca mnie. A druga się odezwała wczoraj i pokazała mi pozycję!

Szkoda, że już miałem i urodziny, i imieniny. 7 milionów piechotą nie chodzi. Już nawet więcej zaraziło się koronką na całym świecie.

Także dziewczyny, bardzo dziękuję za saport (po ang. support). Będę gryzmolić nadal. Dla Was. A jak się dołączy która tam jeszcze, to będę miał funky tree, czyli fanki trzy.

Dziś wybrałem się do moich biur. Na rdzawo! Tak zwany Rusty byłem.

Się ponaubierałem się z rana, a tak ścichapęk przed południem zrobiło się duszno. Akurat wtedy, co musiałem się przemieścić z biura A do biura B. Spotkałem na lunchu koleżankę, a ta się pyta, co ja tak na … roboczo się ubrałem.

Miasto widzę nadal jakieś uśpione. Ludzi co prawda jakby więcej, ale wciąż mało. Oczywiście na drogach koreczki. Tak jakby nic się nie stało.

Ciekawym czy znowu nas pozamykają w domu. Co prawda krzywa zachorowań się wypłaszcza … wprost proporcjonalnie do odmrożeń, ale mam wrażenie, że nie zamkną nas znowu. Dodrukowali kasy, inflacja podskoczyła. Pinokio coś tłumaczy, że się nauczyliśmy żyć w zarazie. Wytrzeszcz oczu od braci Szumowskich mówi, że jest super. Myślę, że zobaczyli, że nie taka zaraza straszna i możemy sobie hulać po podwórku. Jak się pochorujemy, to się jednak wszyscy zmieścimy na zakaźnym (albo w domach na kwarantannie). O, właśnie kolega Piątek mi pisze, że ponoć za miesiąc znowu nas zamykają. A niech se zamykają.

Jestem tylko ciekaw, czy wybory przełożą. Bo już ktoś coś przebąkiwuje, że nowa fala zachorowań dziwnym trafem nastąpi w tygodniu wyborów. Albo zdążą zdyskredytować przyszłego prezydenta Czaskoskiego, albo przełożą wybory, żeby wyrobić się z hakami na majora Wawy. Ogólnie PiS zachował się jak ostatnie pały. Gdyby tak nie naciskali na przełożenie wyborów, to 10 maja Budyń mógłby wygrać od razu, bez drugiej tury. A tak? To kto wie! Pały!

Czuję, że chyba mój wiatrak musi wrócić. Co za duchota! Poszedłem dziś na kometkę z moimi dziewczynami i po wyjściu z hali (bez kąpieli) na dwór nie odczułem żadnej różnicy. Makabra. Po 21 było. Okazało się też, że jednak prysznice odmrozili. Heh. Cała hala nie wiedziała o tym. Także pustki w szatni.

Kometka ogólnie dobra. Polecam. Bardzo męczący sport rakietowy. Zawsze mi się wydawało, że z panem z Europy na K. będzie mi się grało najlepiej. Ale okazuje się, że nie. Kurczaczki, jak krew z nosa nam idzie. Pod wiatr, nóż w plecy, piach w oczy. Nie wiem czemu tak jest. Z Felipe gra mi się świetnie. Gładkie zwycięstwa. Z panem G. też ok. Dostajemy równo baty. Ale jest zabawa. A z panem z Europy na K. no jak po grudzie! Dwie indywidualności. Dwa czempiony w jednym teamie, to jednak mieszanka niekoniecznie zwycięska. Eh. Ale dziś wygraliśmy 3-2 w setach. Hawk Eye musimy zainstalować. Bo jakieś delikatne kłótnie przy spornych lotkach były.

 

Dziś nawet nie poświętowałem Dnia Roweru! Ciekawe jak się ma moja maszyna. Dawno nie zaglądałem. Właśnie! Wpis miał zaczynać się piosenką o rowerze. Ale niestety moje dwie fanki wygrały.

Mnie nie nadawaj swojego numeru. Sama do mnie podzwonisz.

Oczywiście matury z ruska bym nie zdał. конечно, нет!

https://www.youtube.com/watch?v=pFBUh3hKKDg

 

 

Kochani, kręcimy, pedałujemy. W siną dal. Na wybory!

A właśnie! Jutro Boże Ciało, czyli Corpus Christi. Jak byłem w Teksasie, to miałem w planach odwiedzić dwie miejscowości. Boże Ciało/Corpus Christi właśnie oraz Galveston. Koleżanka z pracy polecała tą ostatnią miejscowość. Że niby urokliwie, jakieś motory, harleje i w ogóle miło. Ale jakoś Big Bend National Park wygrał i się cieszę. Park rewelacja, o czym pisałem. Ciekawe czy Uleńka z Teksasu w teksasie była w Bożym Ciele? Niech da znać.

 

Ostatnio stałem się fanem ogórków małosolnych a la moi. No pisałem, że tania to impreza nie jest, że od razu można kupić gotowe za tylko ciut więcej. Ale ja lubię robić i później smakować. Dwa dni temu tak dla żartu, i w sumie dla dopchania słoika, dorzuciłem 3 rzodkiewki. Kolor coś im schodzi.

Ciekawe jak smakują małosolnie. Jutro chyba czas nań będzie. Jakbym nie pisał coś długo, to niech moje fanki wydzwonią sprawdzić, czy się nie potrułem, czy coś. A gdyby moje fanki świętowały długi weekend, to podaję mój numer moim potencjalnym fankom – 69*****69.

o, po żarach

 

 

“9 czerwca obchodzimy Dzień Przyjaciela. W tym dniu można podziękować przyjacielowi za to, że zawsze jest tuż obok”.

No nie wiem. Gdybym teraz zobaczył mojego przyjaciela obok, to bym chyba zszedł na zawał! Ale wszystkim przyjaciołom mówię krótkie „dzięki, że jesteście”.

Choć w radio dziś mówią o psach, a nie o ludziach jako przyjaciołach. Na psa urok!

Kolejne dni wyglądają ciekawie. Rower, Wujek Dobra Rada. Heh!

 

Dziś chyba nastąpi oficjalne i uroczyste schowanie wentylatora. Szybko jakoś. Półtorej dnia stał wystawiony tylko. Żary jakoś odeszły. Po żarach już jakby jest. Wczoraj, na ten przykład, spaceruję za dnia ze sklepu do domu. Krótkie wszystko – włosy, koszulka, spodenki. Dzwoni Słodkokwaśna i zaprasza na boczek i inne takie. Lekko ponad godzinę po zaproszeniu wychodzę z domu. Nadal na krótko ubrany. I tu szok termiczny! Zimno. Nie chciało mi się już wracać do domu się przebierać. Pani Słodkokwaśnej zapytała mnie, czy ja tak przyjechałem, jak mnie zobaczyła, jak przyszła późno z roboty. No niestety tak właśnie przyjechałem. Na szczęście z domu do Bolta i zeń do domu blisko i nie zmarzłem.

Także po żarach mam nadzieję już jest.

 

Wczoraj rozmawiałem ze starszym Bąbelkiem. Pytałem o wrażenia z matury z polaka. Zadowolony. Ale później się okazało, że zaczął się martwić, bo na 2 godziny przed egzaminem wyciekły do netu tematy. Ponoć w podlaskiem ktoś to wrzucił i ponoć nikt spoza podlaskiego nie wchodził na te strony. Jakim trzeba być idiotą, żeby wrzucać pewniaki na 2 godziny przed egzaminem? Pocieszyłem młodego, żeby się nie martwił. Chyba wszyscy chcą, żeby te egzaminy już się zakończyły i nie trzeba było narażać kogokolwiek na ponowny stres i zagrożenie zdrowia w związku z zarazą.

 

Dziś matma. I kurczaczki! Dostaję od Arka-Zegarka zadanie. Znowu jakiś przeciek. No co za pechowy rocznik. Za chwilę dzieciakom każą pisać na nowo wszystko! Ciekawe, czy to zadanie, które mój serdeczny przyjaciel podesłał, to na szóstkę jest, czy nie. Oczywiście natychmiast przesłałem dalej do mojego Bąbelka, ale chyba już za późno było. Eh!

Także po żarach mam nadzieję już jest.

 

 

ja chcę do ludzi!

izolacja jakoś idzie, ale najbardziej brakuje mi kontaktów międzyludzkich i spotkań. Wczoraj miałem kilka „widzeń”.

Najpierw zawiozłem Słodkokwaśnej torbę z rzeczami. Oczywiście nie było mowy o wchodzeniu do domu. Przez bramkę się widzieliśmy. Nawet pani Słodkokwaśnej wyszła na mnie popatrzeć. Nie widziałem się z koleżeństwem już z 10 lat chyba. Pamiętam, że 13 marca byłem u nich – pojedliśmy i pooglądaliśmy (tzw. Walenie Konia było, czyli oglądanie ciągiem serialu o koniu zwanym BoJack). Muszelki wtedy jedliśmy? Czy to nie wtedy? Napożyczyłem wtedy od pani Słodkowaśnej książek o losach (nad)komisarza Adama Nowaka autorstwa Tomasza Konatkowskiego. Bo jeszcze wcześniej, przypadkiem dostałem jedną książkę tego pana. Wziąłem sobie Olgę noblistkę Tokarczuk i właśnie tego pana. Nie, zdecydowanie nie da się czytać pani Olgi. Męczarnia! I już w ogóle zauważyłem, że w ostatnim czasie (długim), czytałem kilka pań noblistek i niestety efekt ten sam – Matko bosko! Co to?! Także już postanawiam stanowczo – nigdy więcej pań noblistek.

I ten Tomasz Konatkowski mnie wciągnął. Pierwsza część – Przystanek Śmierć (zabijcie ale nie mam głowy do tytułów) urzekła mnie. Wciągnęła. Nie pamiętam kiedy ostatnio nie mogłem się oderwać od książki. Świetenie autor pokazuje Warszawę. Druga część – Wilcza Wyspa troszkę mnie zmęczyła. Myślałem, że nie dokończę, że rzucę w czorty. Ale jakoś poszło. Nie ma takiego miasta – uf, wszystko wróciło na właściwe tory i raz dwa przeleciałem. Teraz zabrałem się za Bazyliszka. W między czasie odkryłem, że autor jest na IG, także raz na jakiś czas coś do siebie piszemy. Pan pisarz też (chyba) fanem dobrej muzyki jest (gdyż ponieważ jego bohatyr jest) oraz dobrej whisky. Także normalny ludzki człowiek. Dobra, koniec dygresji o literaturze.

I na tym ostatnim spotkaniu u Słodkokwaśnej dowiedzieliśmy się, że od następnego dnia, czyli 14 marca nasz rząd zamyka knajpy. Jej. To już prawie miesiąc bez restauracji. Zarazo odejdź!

No i wczoraj podjechałem na dwór do koleżeństwa. Chwilę pogadalim. Słodkokwaśna dał suchą bułę w prezencie. Kazał na masełku podsmażyć. Podsmażywszy! Mniam! Dzięki za suchą chałę Marszull.

Zauważyłem, że wszyscy teraz gotują albo pieką. Zaraza jakaś z tymi kulinariami. Dziś przeczytałem, że banana bread mega popularny się zrobił w Polsce. Nie wiem, nie ciągnie mnie. Wolę prędzej chałkę upiec, niż banana. 

Ja wróciłem do pieczenia chleba. Idzie mie nie za dobrze, ale też nie źle. Dziś był drugi bochen nastawiony i wyszedł lepiej niż pierwszy. Z oliwkami piekłem tym razem. Także może się wyrobię do czasu końca pandemii.

Pan z Europy na K. upiekł babkę ziemniaczaną według przepisu Słodkowaśnej. I się jeszcze mnie zapytał jak się robi zupę cebulową (akurat tego dnia ja zrobiłem zupę krem z cebuli). Każdy kto wie i się zna, to wie, że Pan z Europy na K. pichci „podobno raz na milion, raz na milion świetlnych lat”. Koniec świata z tą zarazą. Ludzie głupieją.

Święta za pasem. Postanowiłem nagotować sobie jedzenie. Niestety ja w domu, Rodzice w domu, siostra ze swoimi chłopakami w domu. Nie ma co się narażać. W moim menu świątecznym będzie:

– jajka w majo! – nie wiem czy ktoś to wie o mnie, ale ja uwielbiam jajka w majonezie!

– żurek, a właściwie biały barszcz. Ale to prawie jeden pies. Ponoć zupy się różnią tylko zakwasem

– sernik! Postaram się przebić najlepsze serniki świata autorstwa mojej Mamy. Oczywiście nie mam szans, bo nigdy nie udało mi się zbliżyć do maminych smaków. Eh te mielone! Te buraczki! Te ozorki! Także challenge sobie stawiam. Cheesecake challenge. Sernikowe wyzwanie. 

Aha, dziś, jak nastawiałem rosół na bon żur, czyli biały barszcz, to sobie palca obrałem. Połamała mi się obieraczka do warzyw i kupiłem nową. Jakaś taka nieleżąca mi w ręku jest. I mi się dziś nożyk omsknął jak igła po winylu i sobie palca obrałem. Auć. Także żurek/biały barszcz będzie … palce lizać. Dobra, koniec tej dygresji kulinarnej.

Także ucieszyła mnie wizyta u Słodkokwaśnej i jego Pani. Radości mi dała. Miło zobaczyć ludzi, których się lubi i zna po 10 latach niewidzenia! Wiadmix, że jeden tydzień w czasach zarazy to jak 3 lata. Także 3 i pół tygodnia, to 10 lat, c’nie? Sami policzcie.

A tego samego dnia, tylko kilka godzin później, widziałem się z Panią z Europy na K. i jej Bąbelkiem, czyli moim BFF-em.

Bądąc w sklepie na zakupach zobaczyłem whisky Gelnmorangie w dobrej cenie. Tak się składa, że z Panem z Europy na K. (i z jego żoną i ze Słodkokwaśną) znamy się dłużej niż żyjemy, to od razu zakomunikowałem przyjacielowi o promo. „Kup mi dwie” – odpisał. 

Umówiliśmy się, że podjadę do domu i zostawię pod drzwiami. Tak też zrobiłem. Ale przy okazji zadzwoniłem do drzwi i do Pani z Europy na K. na telefon. Także drzwi odkryły mi dwie osoby – Pani z Europy na K. oraz Bąbelek, mój BFF, syn Państwa z Europy na K. Chwilę pogadaliśmy w odległości 3 metrów. A Pani koleżanki, to nie widziałem chyba z 12 lat. Tak, bo ostatni raz widzieliśmy się u mnie z okazji moich 29. urodzin, czyli 4 tygodnie temu.

Jakżem się ucieszył tymi spotkaniami. A dziś rząd mnie dobił, bo poprzedłużał te zakazy. Kiedy my się spotkamy znowu? Ja chcę do ludzi! Idź precz zarazo!

wzdrygłem się

wiem, nie ma takiego słowa. Ale w dupie mam poprawność lingwistyczną w obliczu zagłady ludzkości.

Z przerażeniem patrzę na liczby. Ale też jakoś spokojny jestem. Wychodzę z założenia, żeby myśleć pozytywnie i zachować zdrowy rozsądek. Szansa na zarażenie się nie jest duża. Ja wolę mówić, że szansa na niezłapanie tego gówna jest duża.

Godzina 19.03, ostatnia sobota … marca

Zakażonych 645 606

Ofiar 29 971

Ozdrowionych 139 552

Dziś na świecie przybyło już prawie 50 000 nowych zakażonych. Czyli coś około 83 osoby na milion to ma. Czyli prawie milion na milion ludzie tego nie ma.

W ciekawych czasach żyjemy.

Wzdrygnąłem się ostatnio wchodziwszy do mojego budynku. Przed wejściem już w zastanowienie wpadłem, bo na dziwnych blachach auto stało przy schodach. Karawan z domu o Dziwnej Nazwie pogrzebowego. Na drzwiach od dwóch dni wisiała klepsydra, że 90-letnia mieszkanka odeszła. Pomyślałem, że może tak jak moja Babcia, chciała w domu swoim być pożegnana. Na klatce akurat winda zjechała. Zobaczyłem pana odstawiającego coś na ziemię i biorącego się za wynoszenie drewnianych drągów z windy.

Drugi pan trzymał taki biały worek. Ale trzymał to tak, jakby kogoś pod pachy wziął. Zrozumiałem już co to i kto to. Te drągi, to takie zwijane nosze. I taka refleksja mnie naszła, że szacunek ludziom należy się i po śmierci. Nie chciałbym być tak wynoszony w worku, nie chciałbym być niemieszczącym się w windzie.

Ale później się tak zastanowiłem co to w ogóle za akcja była? Jeśli ktoś by zmarł w domu, to chyba do prosektorium się zabiera, bez względu na to, czy młody, czy stary (młodemu zawsze sekcję zrobią, bo za młodo na umieranie jemu/jej jest). Także to chyba nie jakaś nagła śmierć, tylko może faktycznie pogrzeb tej śp. Pani Sąsiadki? Czy ten czas, kiedy rodzina i bliscy zbierają się nad trumną i się modlą, i lamentują, to też nazywa się pogrzeb? 

Ale też pomyślałem sobie, że gdyby to był ten właśnie moment, to zwłoki powinny być w trumnie, a tej nie widziałem. Może zwieźli wcześniej? No nic. Jakoś wzdgryłem się i się zadumałem. Jeśli chodzi o mnie, to poproszę o kremację w najprostszej trumnie i o jakąś biesiadę na wesołą nutę podczas żegniania się ze mną. Z muzyki można mi puścić Toma Waitsa albo Marillion. Nie obrażę się. Za Queen będę straszył w dzień i w nocy!

To może już nie o śmierci. Choć o pewnym końcu czegoś. Chyba Trójka idzie w daleką odstawkę. Nie da się słuchać. Jedynie Niedźwieckiego mogę znieść, ale pozostałe audycje są niestrawne. Metz? Alergia na jego głos, na jego pyszałkowatość, arogancję w stosunku do słuchacza. Stelmach? Nadęty bufon. Baron? Nudny głos, nudna muzyka, nudna audycja, nudny czas. Kaczkowski? Oj, pan już dawno odpłynął w swój świat. Może już lepiej mu nie uświadamiać, że jest 2020 rok. Ale czasem zatrzymam się na jego audycjach. Fisha puszczał nowego ze 3 niedziele temu, przedpremierowo. Weltchmerz chyba się piosenka nazywa. Jakoś nie słychać jej w Trójeczce. 

Dziś mnie pan redaktor Stelmach zbił z pantałyku. I to tak ścichapęk. Wczoraj Pearl Jam wydali płytę. Posłuchałem już 3 razy i nie przeszkadza. Ale jak to z prawie wszystkimi albumami tego zespołu jest, nie słucham po latach. Nie wracam. Wyjątek – genialny debiut o nazwie TEN. Jedna z najlepszych płyt wszech czasów.

No i ten pan redachtór postanowił w każdej godzinie swojego programu prezentować jedną piosenkę z tego nowego wydawnictwa. Po pierwszym utworze pan redachtór rzekł, że to z nowej płyty …

DŻAJDŻEJTON

Wzdrygłem się. W zakłopotaniu byłem. Najgorsze było to, że on to serio powiedział. Zawsze mi się wydawało, że gigaton czyta się … gigaton. Ale nie wymądrzam się już. Może się nie znam. Tak, jest taka możliwość. Kiedyś mogłem inaczej reagować. Dziś nie. Niecałą godzinę temu rozmawiam ze swoim kumplem z Cali i proszę go, czy mógłby mi wysłać wiadomość głosową z jednym tylko wyrazem – Gigaton. Oczywiście Michael nie wie o co cho, więc nagrał mi się tak – what is a gigaton?

Nie żadne DŻAJDŻEJTON, tylko gigaton. To już nie pierwszy raz w radio ten pan albo pan Metz takie babole strzelają. Hirek Wrona przynajmniej nie ukrywa, że nie zna za bardzo języka i jego angielski jest … uroczy.

Także RIP Trójka.

Ania Gacek lansuje się w najlepsze na social mediach. Już zapowiedziała się na przyszły tydzień ogłaszając wszem i wobec, żeby sobie środę zarezerwować. Mann też jakiś socialowy się zrobił. Ale jego to nie mogę ani słuchać, ani nań patrzeć. Na pani redaktor oko można zawiesić. A i owszem. Aha, i uważam, że ludzie są chamy naśmiewając się z jej wady wymowy. Już piszą, że nie mają żadnej śłody w swoim kalendarzu.

Jeśli chodzi o home office, to nie ma o czym mówić. Codziennie jeżdżę po oddziałach rozwożąc różne rzeczy. I tak zauważyłem jedno – o ile do wtorku włącznie miasto wyglądało jak po zagładzie, to od środy zaczęło się zagęszczać. A dziś to już w ogóle dziki tłum nad Wisłą. Pojechałem rowerem do rzeki i wzdłuż jej do Gass. Tłok. Rowerzystów dużo. Sporo aut poparkowanych. Biegacze, spacerowicze. A na Wilanowie to już w ogóle istny piknikowy klimat.

Wzdrygłem się i szybko czmychnąłem do domu. 

Miałem plan na czas pracy z domu. Ale skoro nie robię z domu, to nie mam czasu na realizację. Tylko na Netflixie nie mam na co patrzeć. Horrory mnie nie nie straszą. Tzn. straszna nuda. Może dziś komedie odpalić?

A dziś obejrzałem sobie na vod tvp monodram Ewy Błaszczyk – Oriana Fallaci. Świetny!

I na ipla – Zawsze w Niedziele – polska komedia z 1965 roku, składająca się z trzech nowel o tematyce sportowej. Fajna rozrywka. Kalina Jędrusik gra w pierwszym epizodzie. Eh, jak ja lubię tę aktorkę. A może by tak w końcu Ziemię Obiecaną obejrzeć? O mam na cda.pl. Jessu! 2h49min! Ciekawe, czy się wzdrygnę.

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑