Tag: coffee

proste rzeczy mnie bardzo cieszą

lubię bardzo usiąść sobie dupskiem na blacie kuchennym. I już. I tyle. Po prostu. Mogę wtedy rozejrzeć się po mieszkaniu, coś na przykład popisać.

I teraz właśnie siedzę na blacie i piszę.

Bo mi ekspres zaświecił 2 dni temu, że domaga się odkamieniania. 

Pół wieczora przetrząsywałem szafki w poszukiwaniu obstrukcji insługi do mojej kawowej maszyny. Wiem, że gdzieś wsadziłem, jak ostatnio robiłem porządki. I to było takie miejsce, że jak będę potrzebował, to to będzie pod ręką. Damn! Skleroza. 

Na szczęście wujek G pomógł. To odkamieniam. Proces długi. Płukanie po oczyszczaniu już nie. Piorunem się przelewa wtedy. Ale jak się odkamienia to czas leci wolno. Czyli młodniejemy!? No bo przecie naukowo udowodnione, że czas biegnie szybciej, gdy się starzejemy.

I się okazało, że butelka Cabernet Sauvignon też się znalazła. Lubię czasem czerwone wino posmakować. Piwo już mniej mnie bawi. No chyba, że idę na piwo. Wódka też już nie pociąga. Albo single malt albo wino czerowne. Fanaberia taka. Choć tańszym Burbonem też nie pogardzę. Wóda na myszach! Kto by pomyślał.

Także siedzę sobie na blacie kuchennym, macham nogami i piszę.

Ten blat to błogosławieństwo i błąd architekta. To już 6 lat będzie jak miałem nieprzyjemność z fatalną ekipą projektującą. Na szczęście wyratował mnie pan od mebli i pan od remontu. Zadecydowali szybko, że zakręcamy blat. I wyszło super. I sobie chwalę.

A pani architekt? Ojej. Powymyślała takie durnoty, że albo ja, albo pan od remontu się za głowę łapaliśmy. Każdy za swoją. Jednak płyta gazowa nie może być tu, bo odległość od licznika to płyty gazowej musi wynieść ze 3 m. Tak mnie oświecał pan od remontu. Pani architekt tego nie wiedziała. To znaczy dowiedziała się, jak jej to powiedziałem. Aha, no tak – rzekła. Szuflad moich wymarzonych i wyczekiwanych tu nie można było zamontować, bo zakryłyby wodomierze. A każdy wie, że liczniki wymagają odczytu co jakiś czas. Pani architekt się nawet nie przejęła tym niuansem. 1 200 zł w piach poszło. Ale z łazienki jestem zadowolony. Także coś tam paniusia umiała. Coś tam, coś tam.

Także teraz sobie mogę siedzieć na blacie i już.

Odkamienianie ma jedną wadę – resetuje mi ustawienia. Na nowo muszę przypominać sobie jak to jest z tym ustawieniem twardości wody i czasem przejścia maszyny w stan „stand-by”.  No cóż. Jest to lekki ból głowy raz na jakiś czas. Raz na rok? Raz na dwa lata? W ciągu 6 lat kupiłem drugi płyn. Czyli 5-6 odkamieniań było. Czyli jednak raz na rok.

Monterey. Eh. Mam sentyment. Mój pierwszy road trip w Stanach. 2009 rok z Ulą. Bardzo to był piękny czas. Dziękuję Ci Ulcia! Czysta radość i przyjemność to była. I ten Hyundai Sonata! Pamiętam jak dziś. 

Polecieliśmy do San Francisco. I stamtąd do Yosemite, do Sekwoi, do trasy numer 1. Stany są wielkie. Wtedy tego nie wiedziałem. Mówię do Uli – wiesz, jak jesteśmy w Yosemite to pojedźmy do Vegas.

– to 5 i pół godziny. I z powrotem do San Francisco z jakieś 10

– ooo. A wygląda tak blisko – odpowiedziałem załamany pokazując na palcach jak to blisko na mapie wygląda

Niestety, kraj jest duży. Nauczyłem się szybko, że nie da się zobaczyć wszystkiego. W Utah byłem już dwa razy i jeszcze z jeden raz by się przydał. Niesamowity stan pod kątem parków narodowych. Miasto Salt Lake City takie sobie, jedno ze słabszych.

No i wracaliśmy z Fresno albo Vesalii do San Francisco malowniczą trasą numer 1 . Wybrzeżem. Po lewej stronie ocean, po prawej góry. Oj piękny to widok, piękna przejażdżka. Pamiętam, że w którymś momencie musieliśmy wbić się na autostradę, bo ciemniało, bo zaczynało padać. I prosiliśmy Saszę, który został w New Jersey, o znalezienie nam hotelu w SF. Coś na Kearny Street nam zabukował Pokoik był maciupeńki. Nie dało się wejść razem. Także najpierw Ula z walizką na łóżko, a później ja. I oglądaliśmy wtedy rozdanie nagród MTV. Madonna wychwalała Króla Popu, który zszedł w czerwcu. Ja popijałem Guinnessa z puszki, a Ula padła zmęczona po kilku łykach winka z kartonu (nie wiedziała wtedy o swoim błogosławionym stanie). Po drodze, w jakimś jednym hotelu patrzyłem na mecz Caro Wozniackiej z Sereną Williams. Finał US Open? Czy półfinał? A nie! Już wiem. To był finał ale Caro z Kim Clijsters. Przecie to był ten rok co Serena chciała w półfinale wepchnąć piłkę do gardła sędzi liniowej i ją ponoć zabić. Dostała jakieś punkty karne i to właśnie Belgijka awansowała do finału. Jej powrót po macierzyństwie. Trzeci turniej bodajże i od razu triumf na Flushing Meadows. 

Ale ja o Monterey. Otóż tankowaliśmy tam. Pamiętam, że zaszliśmy do duperela store. Wtedy to taka atrakcja. Teraz już nawet na takie stoiska nie zwracam uwagi. 

I ze 2-3 lata temu Państwo z Europy na K. pojechało z dzieciątkami do Cali na wakacje. Pan z Europy na K. opowiadał mi gdzie będą. I wspomniał Monterey. A ja mu na to – ojej! Byliśmy tam z Ulą w 2009!

I kupili mi tę koszulkę. Nie ważne czy tania, czy droga, czy badziewna, czy nie. Liczy się gest. Doceniam bardzo i uwielbiam ten t-shirt. Bo od przyjaciół, bo zapamiętali. 

Oj, myślałem, że wpis będzie krótki, ze trzyzdaniowy. A tu proszę. Praca maturalna prawie.

Eh, lubię sobie pomachać nóżką na tym blacie.

Znalazłem wpis sprzed tyluuuu lat: kliknijcie tu

kawa a charakter

Wczoraj jakoś przypadkiem wpadł mi w ręce artykulik o kawie.

Jak słyszę kawa, to mam dwa skojarzenia:

1 pani prof. ze Szczecina

2 pani Słodkokwaśnej, która kiedyś napisała książkę o kafce

To ja o pani uczonej, bo o napoju chciałem rzec. 

Czy ja lubię kawę? Różnie to bywało. Pierwszy raz wypiłem kawę, jak miałem 15 lat. Dostałem taką parzoną w szklance, jak wizytowaliśmy rodzinę, której nie znałem i do tej pory nie znam. Kuzynka coś niewiele starsza ode mnie. We wsi Żółtki to się działo. To cholerstwo piłem pół dnia. Dopiero po paru długich latach zrozumiałem, że była to kawa-plujka. Później za kawą nie przepadałem. A jak zacząłem pić, to tylko rozpuszczalną w proporcjach 1/3 wody, 2/3 mleka. I tu już się pojawia pani uczona, doktór wtedy. 

Przecież to nie kawa, a napój mleczny jakiś!

Tak mi mówiła.

Aha, co do cukru. To od mniej więcej 2002 roku zacząłem ograniczać cukier. Zazwyczaj słodziłem 2 łyżeczki, ale 17 lat temu postanowiłem ukrócić ten słodki proceder. I tak co chwila pół łyżeczki mniej, pół łyżeczki mniej i …bach! Sugarless albo sugarfree jestem.

Później stwierdziłem, że kawa jest niezdrowa i przestałem pić ten napój. O! 

I tak do remontu, na zwieńczenie którego przyprowadziłem ekpres do kawy DeLonghi do domu. I teraz już piję małą czarną. Espresso najczęściej. Pojedyncze, bo podwójne jakoś mi nie leży. A i czasem americano też się przytrafi. Ale to już na ulicy. W domu zawsze espresso.

Jak kupiłem ekspres to od razu zakomunikowałem ten fakt pani-wtedy-doktór ze Szczecina, bo ona dla mnie od zawsze autorytet w sprawie kaw. Mówię jej, że do sklepu „Pożegnanie z Afryką” poszedłem i kupiłem jakieś pyszności smakowe. Obśmiała mnie mówiąc, że ten sklep to jakiś łabędzi śpiew, albo relikt, że tam to się już nie kupuje. Do Tschibo mnie odesłała. I piję z tego sklepu najczęściej. Czasami eksperymentowałem ale okazywało się jednak, że albo sam mielisz kawę, albo kupujesz w Czibo

Ok, raz, inni kawosze – państwo z Europy na K. podpowiedziało mi, żeby kupić kawę na portugalskim straganie na BioBazarze. Bo oni tam nabywają. Kurna! Dobry to był pomysł! I Dobra kawa. Ale BioBazar się przeniósł na przemieścia Mordoru i jak byłem, to nie mogłem znaleźć portugalskiego straganu. Smutna buzia.

Ale czego się nauczyłem od pani prof. ze Szczecina?

– kawa czarna

– kawa bez mleka

– dużo kawy

– kawa czarna

Dzięki Renata. You are my maker, you may command me – takie wspomnienie Czystej Krwi.

I co mówią mędrcy tych co piją espresso? Jakim jam, że jest człowiekiem. Jakimże człowiekiem, o przepraszam, jakomże kobietom, jest pani prof. ze Szczecina, która też do ekspreso [sic!] się przyznaje?

Osoba, która po prostu lubi smak kawy. Jest przyjacielska i potrafi się zachować w każdej sytuacji. Uwaga, być może to także egocentryk i pracoholik!

Początek to sama prawda, ale końcówka? Bzdura. Ale pewnie ta deskrypcja sprawdza się u mojej uczonej. Czyli ja pewnie nie powinienem espresso pić. Bo mój charakter na to nie pozwala.

Kogo ja tu jeszcze znam? Hm. Ok. Pan z Europy na K. powiedział mi dziś, że espresso ale podwójne. 

Osoba bardzo zajęta, ciężko pracująca. Dobrze wie, że jedna filiżanka kawy to dla niej po prostu za mało.

Hehehehehehe. Czysta prawda!

je-sień

Jesień trwa
Rdzawych liści czas
Kaloszy, peleryn i mgły
Jesień trwa
Szpetnej aury czas
Pod płaszcze się pcha (…)

Wiem, wiem. Żadna jesień. Dwa dni lekkiej ochłody. Ale przy tropikalnych upałach 20 stopni Celcjusza, to prawie jak „rdzawych liści czas“.

W końcu można odetchnąć.

Wczoraj odwiedziliśmy Nocny Market, bo Fat Daddy sprzedawał kanapki wietnamskie.

Przyjechała też nasza koleżanka Olimpia z UK, co zajmuje się fotografią żywieniową. Układa jedzenie i robi piękne zdjęcia.

Jakiś niegłodny byłem na sam przód. Ale z biegem czasu zaburczało w brzuchu. No to się namówiliśmy z Olimpią, że weźmiemy jedną kanapkę na spółę, bo ja całej mogę nie zjeść, bo chyba jest albo nie taka dobra, ale nie takim głodny jest. Upału nie ma, a coś mi się na mózg rzuciło – kanapka niedobra!? Słodkokwaśna mnie chyba zatłucze albo zbanuje na instagramie za te słowa. Ale cóż – pałaszujemy. Mniam, mlask. Zerkam na Olimpię i patrzę, czy ona patrzy na swoją połówkę. Chciałem jej buchnąć tę połowę. Ale cholera nie dało się. Banh mi pierwsza klasa. Tym razem była z boczkiem, a nie specjal, jak wtedy co jadłem w Hockach Klockach.

banh mi

Później zabraliśmy się za ostrygi

ostryGA

i na sam koniec za porszetę. Jesssu, pycha ta porszeta. Chrupiąca! Tylko ten bulion mógł być gorący. Ale kanapeczka bardzo dobra.

porszeta

Aha, na Nocny Targu zadałem szyku w moim nowym t-shirt’cie.

tshirt

Państwo na K. z Europy sprezentowało mi koszulkę z Monterey z Kalifornii (kolega z instagrama mówi, że mają blachodachówkę o nazwie monterey z Żyrardowa). Bo byłem kiedyś i oni o tym wiedzieli i taką siurpryzę mi zrobili. Także Cali na piersi i jemy. Ha! Jak zamawiałem churrosy to zagadałem dziewoję przy barze. A właściwie posłużyłem informacją. Okazało się, że pani z … Californi właśnie! Ten tiszert to jakiś babe magnet.

Chociaż najlepszy magnes to piesek wyglądający jak mały lisek kolegi Słodkokwaśnej. Żadna nie przeszła obojętnie – ooo, jaki ładny piesek!

A piesek postawiony na ziemi biegał dziwnie, jakby na baterie byl. Podrygiwał jakby. Ale fajny piesek. Szczekliwy za bardzo, ale fajny.

Po prawej stronie budki Fat Daddy były hambuksy, a po lewej czipsy. Dymiło się z obu stron. Ale to stoisko z czipsami wyglądało tak, jakby się fest jarało w środku. Kłęby dymu wylatywały na ludzi. Nie wiem, kto chciałby takie ziemniaki jeść. Także staliśmy w oparach. Dziś, teraz jak patrzę na moją koszulkę, to czuję ten zapach, to miejsce, te smaki.

Dobrej jesieni wszystkim. Jutro żar powraca!

espresso

Aaa, porzuciłem sudoku na rzecz takich kratek! Cholera, trudne pioruńsko. Skala trudności od 1 do 5, a ja na 3 level’u już sobię łamię głowę. Wycieram, poprawiam i ni czorta nie widać obrazka. Jak na razie ze 3 mi wyszły. Ale łamigłówka świetna!

brainbraker

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑