Tag: China Town

nic dwa razy sie nie zdarza 8 maja 2012

Piorunie przenajswietszy, ilez mozna czekac?! Jak pisala slynna polska noblistka oraz jak spiewala Kora – nic dwa razy sie nie zdarza i nie zdarzy.

Wyszedlem z domu o 10:28, zeby zdazyc na autobus o 10:39 do Miasta. Przystanek 250 metrow od domu.

W polowie Kramer Pl zobaczylem jak beztrosko jakis autobus pomyka sobie Saddle River Road. Grrr! A moze to 175? – chwycilem sie tej mysli, jak brzytwy tonacy. 30 sekund zabraklo, a zdazylbym! Postalem jak glupi nadaremno 10 minut i wrocilem do domu. Kolejny autobus o 11:39.

Tym razem wyszedlem wczesniej. Stoje, czekam, gwizdze, spiewam i nic. O 11:48 zirytowalem sie i juz myslalem o powrocie do domu. Ale nie! Jest! Przyjechal. W autobusie tylko 4 osoby, wiec WTF?! Najwazniejsze, ze wsiadlem i jade. Usmiechamy sie.

Rano wyszedlem na rekonesans w celu sprawdzenia pogody. Wialo dosyc powaznie. Zawahalem sie nawet czy jechac na Miasto. Wahania koniec byl szybki. Jade! Co bede caly dzien siedzial w domu? Alternatywnie moglem uzyc auta i pojezdzic po sklepach. Ale nie chcialem.

Dziwnie, przez ta wilgotnosc, wlosy mi schna. Jakies kolduny mi sie robia. Szkoda, ze w Polsce moje wlosy po wyschnieciu wygladaja jak … no nienajlepiej – stwierdze grzecznie i lagodnie.

Dzis w planach:

+ B+H Photo – 9 aleja – okladka na tableta

+ Famous Footwear – miedzy 8 a 9 aleja na wysokosci Madison Sq Garden i Empire State Building – buty pracowe kupic

+ China Town – zobaczyc czy sprzedaja jeszcze te czapki, ktora kupilem 5 lat temu.

Poza tym wiecej nic. Pojde tam gdzie nogi poniosa. Moze jakas pizza w Little Italy, bo to po sasiedzku z chinskim dystryktem? A moze wroce na gore, do Hell’s Kitchen na Clinton Burger w moim ulubionym Rouge Irish Pub’ie? A moze przedrepcze przez zbudowany w 1875 roku Brooklyn Bridge i siade w parku jakims po drugiej stronie East River? Nie, chyba nie. Pogoda slaba na widoki – Sza-Bu-Po.

Juz dwie kartki wysmarowalem? Koncze zatem bo i trzesie, i nie mam o czym pisac.

OK, pare slow o muzyce. Kompletnie nie smakuje mi tu wiekszosc amerykanskiej muzyki. Brzmi dziwnie. Pobudzam sie przy brytyjskich rytmach. Gotye tu jeszcze nie slyszalem. Za to prawie kilka razy dziennie – Fun. “Tonight We Are Young”. Pewnie sie zaraz okaze, ze z Kanady zespol jest.

Mam poza tym mnostwo polskiej muzy.

Gdyby mama miala fiuta, to by byla ojcem (???)

Slucham tej piosenki od dosyc dawna i dopiero teraz dociera do mnie co Kazik spiewa w “Plamach na Sloncu“. I Trojka to tak puszcza? Musze przysluchac sie pilniej podczas kolejnej listy przebojow. Pamietam jak w 1990 roku zbulwersowani sluchacze dzwonili do radia z pretensjami o “zielony Zoliborz, pieprzony Zoliborz” grupy T’Love.

Na koniec dodam, ze lunch dzis bedzie w Subway‘u. Zawsze to zdrowo i pewnie.

Wczoraj na jakims Late Show widzialem rozmowe z jedna splukana dziewczyna z “2 Broke Girls“. Nie pamietam czy to byl David Letterman, Conan O’Brien, Jey Leno, czy Jimmy Kimmel. Late Sholow jak psow w amerykanskiej TV.

Smieszna ta dziewczyna. Zachowanie prawie identyczne jak w serialu. Sympatyczna bardzo rozmowa i krotka zarazem. Niestety zakonczyli pierwszy sezon. Mam nadzieje, ze serial wroci w drugim.

Byla jezszcze Michelle Pfeifer reklamowac Dark Shadows. Na Miescie pelno billboardow. I jeszcze w Imaxie graja. Potrojna radosc i przyjemnosc. Puscili fragment. Ide na 100%. Aha, dzis na ulicy widzialem Johnny’ego Deppa, Koby Bryant’a i Bena Stiller’a. No podobni jak dwie krople wody!

Z kolei rano sporo sniadaniowek. Czesc z nich ma studia na parterze, wiec ludzie moga sie gapic w witryny i bedzie ich widac w TV. Kiedys tez tak sie gapilem. Na wschodnio-poludniowym rogu Central Parku jest chyba siedziba CBS. Obok jest Apple Store. Ale byly to czasy kiedy jak szalony przed 9 do Miasta jezdzilem. Mlody, to i glupi.

W Polsce oba programy sniadaniowe sa albo w studiu na wysokim pietrze (TVN) albo w jakims zabunkrowanym miejscu (TVP obie). Pewnie wola uniknac blamazu, ze nawet pies z kulawa noga nie stanie przed oknem studia. Choc pogode zapowiadaja z Marszalkowskiej i codziennie rano widze jak sie rozkladaja ze sprzetem. Prognoza pogody w polskiej TV to porazka. Wiecej lansu pogodynek i pogodynkow niz pogody. (Nazwisko dluzsze od wiadomosci – parafraza “Baby sa jakies dziwne, czy tez inne”).

A propos genderyzmu. Znajomy Panstwa mowi, ze teraz sie mowi post person, a nie postman. Bo to i kobieta moze list i paczke przyniesc. Pewnie pani inz ze Szczecina dumna teraz z tej Ameryki.

Dwa punkty z mego 3-punktowego planu niezrealizowane. W B+H Photo mieli tylko jeden rodzaj pochewki na tableta (?Pochewki? Moze lepiej powiedziec: ochronki na tableta?). Nie przypadl mi do gustu. Sklepu z butami nie znalazlem. A bylem pewien, ze na 34 ulicy miedzy 8 i 9 aleja byl. Moze David Coperfield go przeniosl?

Siedze teraz miedzy 8 a 7 aleja na 34 ulicy i dopijam kawe ze Starbucksa, o ktora musialem sie przypomniec, bo pani zapomniala najwyrazniej. Czas na chinska dzielnice.

Misunderstanding Day, czy co? powinni wolne dni za to dawac. Najpierw nieporozumienie w kawiarni, a pozniej w sklepie obuwniczym.

Pani w sklepie obuwniczym miala taki ruch, ze az sie jej buty rozeszly

Poprosilem pana o rozmiar 11,5 brazowych butow. Pan zeskanowal model, zniknal na chwile na zapleczu i wrocil z pudelkiem. Nie ten model! Poprosilem o ponowne sprawdzenie. Pan przepadl. Kupilem wiec czarne.

Sklep z butami byl budynek obok gdzie pisalem poprzednia mysl. Gapa!

Wszedzie daja dyskonty i znizki. Zapamietaj kto cie obslugiwal. Albo i nie. I tak kasjer przypomni. Wypelnij ankiete on-line i juz masz 10$ off albo jakis %. To juz chyba trzeci sklep, gdzie mi to proponuja. Oczywiscie sieciowki maja jeszcze karty lojalnosciowe – kolejny bonus. Ciekawe kiedy w Polsce to zaimplementuja.

Ludzie na ulicy ubieraja sie roznie. Najwazniejsze, zeby wygladac dobrze. Jednoczesnie nie przeszkadza im czapka baseball’owa do garnituru, czy tez koszula, czy t’shirt w spodniach. O za krotkich spodniach do marynarek nie wspomne i o mankietach w spodniach tez nie.

Odesski, czy tez Odeszczanki by tego nie zrozumialy. Nie pisalem wczesniej, ze w Odessie mlodziez zna najnowsze trendy, nie tylko w modzie? O pol kroku sa przed Polska.

Jako, ze kupilem buty, musze przepakowac plecak. Moze sie jakos wszystko zmiesci. O, znowu Madison Sq Park, ale tym razem od strony polnocnej. Geeez, po co ja tyle gratow nabralem?

– aprat niemaly

– mp3 z wielkimi sluchawkami

– koszula

– kurtka p-deszcz

– picie

– okulary w pudelku

– ksiazka

– sudoku

Aparat nie wszedl. Czas najwyzszy zaczac pstrykac.

Ulazilem sie jak nigdy. Z tego wyjazdu zapamietam uchodzenie sie. Nogi bola.

Do China Town doszedlem przez Union Square, Noho i Soho. Union Sq jakis slumsowy sie zrobil. I do tego zadnych targow owocow i warzyw. Ale i tak miejsce fajne. Obok skwerku slon na trabie stanal. Nie powiem co na zdjeciu znacza te cyfry. Kiedys zaplacilem jakiemus biednemu afryko-amerykanowi jeden banknot, to mi opowiedzial co to jest. Mam nadziej, ze to byl 1$.

Chinska dzielnice oblecialem w te i nazad. Nie znalazlem fajnych czapek. Ale za to zjadlem lunch w wietnamskiej restauracji.

4 spring rolls’y mialy rozmiar maminych golabkow! 2 byly z krewetkami z gestym sosem z orzechami, a 2 z takim jakims niezidentyfikowanym nadzieniem. Sos juz byl normalny, taki jak chlopaki na Brackiej podaja. Zjadlem 2 i 3/4 sajgonek. Bun cha podana odwrotnie niz zawsze. Pozycja 48 na menu. Mala miseczka z zupa i dodatkowo wielka micha makaronu, nemow, boczku i odrobiny zieleniny. Boczek byl monstrualny. Musialem go pokroic nozem. Nemy smakowaly ciastem smazonym w glebokim oleju. Calosc miala intensywny smak pachnotki i … swiezego ogorka. No coz, podroze ksztalca. Poznalem nowojorska kuchnie wietnamska. Ciekawe przezycie ale wole bun cha z Brackiej 18.

Pan dzis na kolacje przywiozl chinszczyzne. Wczoraj Japonia, dzis Chiny i Wietnam. Na jutro zakomunikowal, ze mnie zabiera do wietnamskiej restauracji w Ridgewood kolo nas. Poznam nowodzerzejski smak Sajgonu.

Do PABT dojechalem metrem linia A z Canal St Station. Na dworcu ludzi prze-masa. Ledwo wsiadlem do autobusu, upuszczajac po kolei: rozklad jazdy, mp3 i telefon. Wgramolilem sie i nawet bylo jeszcze gdzie usiasc. 3 rzad, czyli widze gdzie jestem. Jakis starszy wazon obok czyta gazete. Chyba tez nie rozumie z tego co pisze, bo sie za wazona nie obrazil. Ja sam moge ledwo siebie rozczytac.

Ciekawe czy wsiadlem w odpowiedni autobus? Mam nadzieje, ze z bramki 53 nic innego oprocz 164 nie jezdzi. Zonk?

10 km, o kaloriach nie wspomne.

2 września 2009

Dżizas jak późno wstałem. 9:35 Niewaszego czasu. Co by tu dziś porobić? Dobra, dziś poszukamy torby. Zajdziemy do Amber Srombi Fitch i Kombi na Piątej alei, a jak nie tam, to do China Town na małą drakę.

W telewizji absolutnie nic. Na szczęście maja kanały tematyczne muzyczne. Plansza z info o artyście i muza w tle. Classic alternative – U2 “I Threw a Brick Through a Window”. Przełączam. Alternative – Empire of the Sun “Walking on a Dream”. O, już lepiej.

No właśnie, nie byłem w żadnym sklepie muzycznym jeszcze. Czas to nadrobić. Choć już 13 CD kupiłem przed zalotem.

Rap (uncensored) – D Rob “Stay Fresh” z 2008 roku. Cienkie jak na taki rap. Przesłodkie hip hopowe gówno. Chociaż nie, to jednak rap. Przesłodki, gówniany rap.

—————-
11:05. W “164” jestem i do miasta jadę. No dziś mega przepóźno. Ale co tam na wakacjach jestem. Rano, jak otworzyłem oczy, to chłód poczułem. Myślę sobie “jeszcze wcześnie”. Na okno strzelam “look” – słońce. Shit, czyżby grubo po 10:00? Zerkam na “watch” na “mobilniku”. 8:45. “Będzie piekło” – pomyślałem mądrze, prawie jak Sherlock Holmes. Słońce o tej porze? Imposybilnosc. Nie było tego wcześniej. Konkluzja o piekielności wydala sie być oczywista.

Ciepło, a nawet bardzo. Toteż nie ruszam sie zbyt gwałtownie. AC w autobusie na szczęście jest. Ale co będzie w Mieście?? Hell!!! – Kolejna błyskotliwa konstatacja, która i tak nie zmienia faktu, że przyjdzie pocić się znowu.

MP3 moja cała. Jednak słuchawki sie spieprzyly. No i dobrze, bo i tak chciałem kupić nakładane na uszy, a nie wtykane. Wtykane są niezdrowe. Ogłuchnąć łatwo można! Co?

Z powodu trześliwości wielkiej kończę w tym miejscu. Na uszach (a raczej w uszach) Fruttii di Mare i ich “Pussy Licker”. Ci to potrafią człowieka rozradować muzyką swą. Ciekawe co u chłopaków słychać? Pewnie jakiś gig mnie ominął. Marek mówił, że 19 września gdzieś grają w Wawie. Ale ja wtedy walizy będę pakował do wylotu. Eh

Tak, dziś zdecydowanie 5th ave day, czego pożałowałem od razu po wejściu nań. Przetłok! Wbiłem się na wysokości 40th st i szedłem powoli do 56, aż napotkałem Abercrombie and Fitch. W ogóle jakiś fashion district sie zrobił – Heniek + Mietek, NBA store, Disney store, Zegna, Zara, Armani, Banana Republik i inne. Plus dwa ładne kościoły, no i Rockefeller Center. W Srombi Kombi nie było toreb, w Banana Republic też. W tym drugim nawet mierzyłem coś ale słabo skrojone na mnie. Dwie pary majtek wziąłem nawet i już do kasy szedłem, ale 100 zł to lekka przesada.  AC+F to najlepszy sklep jaki widziałem. Nie dziwota, że flagship store. Klimat niesamowity. Ale jednak nie na zakupy, tylko do zwiedzania. Ciemno, muza napierdala gra bardzo, bardzo głośno, że aż przeszkadza. No i ten przeintensywny zapach moich perfum (tzn. perfum, które tak sie składa ja używam od pierwszej wizyty w tym sklepie). Głowa boli. 4 Poziomy w takim klimacie. Lekko sie przygubiłem. Oczywiście przy wejściu ex-pedient półnagi, coby laski mogły sobie z nim fotę strzelić. Nic nie przymierzyłem, nic nie kupiłem i wyszedłem. Ale sklep przegodny polecenia.  Wspomnę jeszcze o NBA store, bo nie warto. Co za tandeta. Nic fajnego. Wszystko człowiekowi wcisną, byleby logo ligi było nań.

Wróciłem sobie do 41st st (Library Way). Do księgarni “book off” nie wchodziłem, bo już w niej byłem. Standardowo sushi na lunch w Bryant Parku przy bibliotece nowojorskiej. Jem i piszę.
Mogłem w sumie zdjęcie zrobić mega zestawu. Wielki i tylko 9,99$.

6581 kroków od Port Authority Bus Terminal. Idę dalej. Na “wielka drakę w chińskiej dzielnicy”. Po torebkę dla Marcina. Widziałem co prawda budę z gifat’ami i bag’sami na 40th st. Były torby, które nawet przykuły moja uwagę. Ale jarałem i szkoda było rzucić.

10850 kroków – Washington Park. Jedno z fajniejszych i najładniejszych miejsc Manhattanu. Nieopodal siedziba Forbes’a, uniwersytety. Chyba to już Greenwich Village. Za parkiem Noho się zaczyna.
Ludzie siedzą na trawie. Czytają, laptopują się, jedzą itd. Czyli można! W Polsce, to albo w gówno wdepniesz, albo “nie deptać trawnika”. Po środku fontanna. Ludzi oczywiście od groma. Na wejściu północnym parku – łuk, przez który widać od południa Empire State Building, a od północy, do prawie 9 rano 11 września 2001 roku, dwie wieże. No cóż wież “niet”. Aha, trawnik, na którym siedzą ludzie ma tabliczki “passive lawn. No sports. No dogs”. To juz wiem czemu ludzie tacy pasywni.

————————-

Przerwa. Jedziemy do Paramus Center na zakupy. Może torba się trafi.

Kupiłem parę szmatek. Firma, która konkuruje z Abercrombie and Fitch – Aeropostale. Fajna i przynajmniej nie robią ubrań w modelu “muscle”.

————————
Po parku Washingtona aleja 5 sie skończyła, więc sobie zygzakiem szedłem do China Town. Laguardia st, Bleeker street i takie tam inne. Na zdjęciach widać conieco. Sorry za foty, ale kompletnie nie chce mi się ich dotykać. Co najwyżej poobracać mogę.

17478 kroków; 164 min 14 sekund chodzenia; 13,10 km; 985,16 kcal. Do tego trzeba jeszcze z 1200 kroków dodać, bo włączyłem ustrojstwo dopiero na bus terminalu i tam właśnie go wyłączyłem.
W chińskiej dzielnicy draki nie było. Kupiłem w końcu czapkę dla szwagra. Za 10$. Chyba gdzieś widziałem taką samą tańszą. Trudno, wakacje są.

Aha, sie lekko strzaskałem. Już teraz wiem, czemu wydawało mi się, że skóra na twarzy jakaś naciągnięta się wydaje. Spiekło mnie.

Na przednim siedzeniu w autobusie nie trzęsie, jak dalej siedząc. Jak na razie przynajmniej. China Town przedziwne, przekolorowe, przegłośne. Męczące. Ale fajne. Little Italy, po drodze minięte, trochę w grzeczniejszym stylu. Wiadomo Europa, ludzie, cywilizacja (taki żarcik oczywiście, bom uprzedzony nie jest).

Aaa, wczoraj, jak te frytki kupowaliśmy na US Open, to sprzedający się pyta nas skąd jesteśmy i kto jest naszym ulubionym tenisistą z naszego kraju. Zaśmialiśmy sie z Ulą i rzekliśmy “Poland”. A ulubionym krajowym tenisista … niestety Radwańska. Kolo nie skojarzył panny. Nie dziwota. Ale na odchodne rzucił “jak się masz? Dziękuję”. Taki “polski dla początkujących”.

Szukałem tej przeklętej torby. Dwie czy trzy nawet z wieszaka wziąłem. Ale nie wiem. Nie dla mnie ona, wiec nie wiem czy nasze gusta się spotkają. I taką jedną, co widziałem chyba kupię. Obsmarowana napisem “New York City” ale nie krzykliwie i nie nachalnie, jak inne, które widziałem. Wstyd na miasto z taką torbą wyjść. Chociaż tu ludzie nie mają kompleksów jeśli chodzi o “clothes i accessories”.
Taka mała dygresja na temat panów ubierających się do pracy. Krawaty dziwne, dziwnie zawiązane. Spodnie za krótkie przeważnie i bardzo często z mankietem. Buty niepasujące do niczego. Skarpety czasem jakież grube, zimowe się trafią. Tak trochę niestarannie się ubierają. Mam wrażenie, że lata 90 w Polsce. Ale oni nie mają z tym problemu. Europejczycy jednak mają inną klasę. Muszę kiedyś jakiemuś panu fotę strzelić, to zobaczycie.

Coś dziwnie ten autobus jedzie. Zawsze bezpośrednio z dworca w Tunel Lincolna wjeżdżał, a teraz na ulicę wyjechał. Jak się zgubię, to się wkurzę. Zmęczonym i nie w głowie mi zabłądzenie. Najwyżej do Państwa zadzwonię i będzie mnie szukało po całym stanie. Trzęsie jednak jak cholera. Kropka. Ooo, tunel! Ufff!

Wróciłem cały, zdrowy i niezabłądzony. Dopiero teraz zobaczyłem, że sklep tuż za końcem Państwa ulicy (sklep od Państwa jakieś 400 m oddalony) zwany Bottle King jest juz w Glen Rock. Miasto, w którym się zgubiłem rok temu. Ale wtedy wysiadłem dopiero w centrum, jeśli można było to nazwać centrum.

Podoba mi sie bezwyrazowy stosunek ekspedientki do klientów. Żując gumę i bez emocji pani kasuje 6-pak Guinnessa i paczkę fajek – Marlboro Medium. 6-pak tylko 8,99$. Taniej niż w Polsce. W moim nieulubionym Kerfurze jedna butelka Ginesika kosztuje coś koło 6 zł, czyli kolo 12 baksów za 6-pak. Fajki też tańsze niż w mieście. Tylko 7,99$.

U Państwa jest pan od pieca, wiec chilloutuje się z fają i Guinnessem na porch’u, patrząc na “backyard”. Neigbours’i też “domoj”.

Muszę przyznać się Państwu, że wczoraj w nocy się sedes przytkał. Nie ma to jak zrzucenie gruzu po dwóch dniach junk food’u z Ameryki.  i z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie. 😉

31 sierpnia 2009

Czy rzeczy martwe naprawdę sie mszczą? Czy jak sie człowiek spieszy, to czy diabeł się cieszy? Czy istnieje “ironia losu”? Czy podróże kształcą? Tak! Tak! Tak! Tak! Choć to ostatnie potwierdziło się w dniu wyjazdu. Cholera jak trzęsie w tym autobusie.
W nocy lekko przymarzłem. Dziś juz miałem siłę woli, żeby wstać po koc.
No i tak rano wstawałem powoli, bez pośpiechu. Pozrzucałem zdjęcia. Sprawdziłem na necie autobus. 10:40. Wyleciałem szybko z domu. O 10:35 przyjechał “175”. Podziękowałem. Nie chciało mi się jechać na Harlem na 179 ulice i stamtąd jechać metrem np. 20 minut na róg Central Park West przy 59 ulicy. 5 minut poczekam i przyjedzie “164” dowożący pasażerów do Port Authority Bus Terminal (8th ave i 40th st). A ja czekam i czekam i czekam. 10:47. Przypomniało mi się, że jak byliśmy w listopadzie, to Monice autobus nie przyjechał jakiś i czekała prawie godzinę. Kolejny miał być o 11:15 o ile mnie pamięć nie myli. A z pamięcią u mnie rożnie. Od razu zarzuciłem sobie, że nie sprawdziłem legendy przy rozkładzie. Może ten o 10:40 nie jeździ w poniedziałki? 10:48. Myślę sobie – zapalę. Zawsze zabiję trochę czasu. Nic tak nie skraca życia i oczekiwania jak Marlboro Light 100’s. Powoli wyciągam fajkę w nadziei, że może za chwile autobus wyjedzie zza łuku drogi. Nie. Ok. Wkładam do pysia, patrzę na drogę, wyciągam zapalniczkę. I domyśleć się możecie co!?!?!!! O mały włos a zmarnowałbym całą, długa fajkę. Może lepiej rzucić to palenie?
W autobusie dowiedziałem się, że stało się coś z moją mp3. Tym razem na szczęście coś ze słuchawkami. A w życiu miałem już z 5 mp3. Jak te “mp3” lecą. Będę musiał chyba ipoda naładować, bo biedny padł po długim locie.
Nie da się słuchać. Dźwięk jakby zza ściany. Jakby ktoś grał w piwnicy. I na dodatek tak trzęsie, że nie wiem co piszę. Ok, kończę. Popatrzę przez okno i zrelaksuję się. Przynajmniej okno w autobusie nie mści sie jeszcze i nie jest popsute. Oh crap! Tunel!

—————
PS: na środku skrzyżowania w Hockenboro Heights (czy jakoś tak) autobus rozkraczył się. Podjechał jeszcze dwa przestanki i na “163”, które na szczęście za nami jechało, się przesiedliśmy.
Nokia moja się zwaliła również. Nie podejrzewam, że to bateria, bo ładowany telefon był w sobotę.
W B+H Mega Store sprawdziłem moja mp3. No i to nie jest wina słuchawek. Na szczęście “back to school” wyprzedaż/promocja jest, więc kupię coś w dobrej cenie.

PS2 (już z domu): Nokia jednak padła i teraz sie ładuje. Siostry Williams i Federer grali dziś. A tak bardzo chciałem ich zobaczyć. Federera będę miał szanse może na ćwierćfinałach jeszcze “dorwać”. A Venus właśnie gra w telewizorze naszym. Prawie jakbym tam był.

————
3276 kroków od wyjścia z domu. Bo muszę powiedzieć, że noszę pedometer, czyli krokomierz. Wiem ile kroków, ile km, ile kalorii poszło.
Siedzę sobie na Madison Square Park i palę, i piszę sobie, i gadam z Ulą przez “mobilnik”.
Po lewej Flatiron Building, po prawej skrzyżowanie Broadway i 5th ave. Niestety słońce źle świeci i ciężko żelazko sfotografowac (jak zwykle). Trzeba będzie kiedyś wpaść w drugiej części dnia.
Co do pogody. O ile w nocy jest zimno, to później już nie. Słońce pojawia się grubo po 10 i znika koło 18. Podczas pochmurności oczywiście jest duszno, a nawet bardzo duszno.
Teraz akurat świeci słońce i na szczęście czasem wiatr zawieje i da się żyć. No ale dziś temperatura miała do 72F spaść. (odjąć 32 i podzielić na 2 i ma się Celsjusza). Jest komfortowo, jeśli mogę się tak wyrazić.

Dziś wyszedł b-way day (Broadway dzień), bo od ponad 5 godzin lezę szeroka ulicą. Union Square fajny. Dużo straganów z duperellą oraz warzywami. Szybki lunch w stylu amerykańskim za 22$ – half pound beef burger z chrupiącymi frytkami i świeżowarzone piwo i w drogę. Niepostrzeżenie wszedłem na Soho, bo jakoś dziwnie i slumsowato się zrobiło. No może nie slumsowato, a artystycznie i modnie. Przynajmniej tak miało chyba być. Raz tylko wcześniej byłem na Soho, ale rozpoznałem to miejsce od razu. Dużo sklepów z ciuchami, butami. Co krok “blow out sale” albo “mega clearance”. Nic ciekawego.
Liznąłem China Town ale zawróciłem szybko na Broadway. Na “chińską dzielnicę” jeszcze przyjdzie pora. Moim celem dziś jest outlet Century 21 tuż za WTC.
11928 kroków od wyjścia z domu. Robię przerwę na kawę. “Arome” cóż za zmysłowa nazwa na sklep z kawa. Ok, tylko dwa krany czynne – regular i french vanilla. Kupuję to ostatnie z mlekiem i “low-fat” muffina. Napój ohydny, muffin ok. I tak sobie siedzę na rogu Worth Street i Broadway przyz 26 Federal Plaza (Jakob k. Javits Federal Building). Czy ta część Miasta nie nazywa się Tri-be-ca? Jakiś strażnik mnie obcina. Czas ruszyć w drogę, bo już po 17.

Century 21 – ogromny, ładniejszy niż w Bergen County (czy jak to tam się nazywa koło Państwa). O ironio trafiłem tam, jak już wszyscy wpadli na zakupy po pracy. Butów w moim rozmiarze nie za wiele. Ale wybór przeWOW!
Spadam na metro i do 42 ulicy na autobus.

15291 kroków, 148 minut samego “iścia”, 11,5 km, 900 kalorii!
pozdr
Wuj Mat z podróży

PS kolejny: dziś w końcu przypomniałem sobie, żeby wejść na wagę. Załóżmy, ze ważę A kg. Zobaczymy ile przy wylocie będzie

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑