Tag: boczek

home alone, czyli …

Maciek sam w domu.

 

No cóż kochani. Wygląda na to, że nie trzeba mieć telewizora, ani Polsatu, żeby doświadczyć kultowego już hitu – Kevin sam w domu.

W związku z różnymi okolicznościami, postanowiłem dmuchać na zimne i oszczędzić respiratora rodzicom pod choinkę. Zostaję na święta w domu.

Izoluję się.

Także takiego sobie Kevina robię. Musze tylko wyglądać, czy bandyty jakie mnie nie chcą okraść. Może smołę rozlać pod drzwiami? Butelki nań potłuc? A i jeszcze na okno jakieś zasieki dać, bo to 1 piętro i można się w sumie wdrapać. No i co z klasycznym trikiem z rozgrzanym żelazkiem przymocowanym do sufitu? Ktoś otwiera drzwi i bęc!

Oooo, grzałkę mogłem kupić i na klamkę zawiesić. Na moim bazarku jest taki sklep z takimi duperelami. Trzeba się rozejrzeć.

Także złoczyńcy możecie przychodzić. Jestem zabezpieczony.

 

Home Alone villains

W związku z zaistniałą sytuacją postanowiłem nabyć dobra i przygotować kolację. Moich 12 potraw będzie wyglądać tak:

– ryba po grecku

– łazanki z makiem, orzechami i rodzynkami izraelskimi

– śledź

– węgorz wędzony

– kapusta z grzybami

– pierogi z kurkami

– pasztet z soczewicy

– zupa grzybowa

– frykadeliki rybne

– gin z tonicem

– wino czerwone albo białe

– whisky torfowe

– whisky single malt

– whisky blended

– cytrynówka oddech żniwiarza

 

Hm, to 15 dań mi wyszło. Oj, znowu się obżrę się.

Ostatni weekend spędzony w domu-stodole zakończył się mięso-wstrętem. Fuj, brrr.

 

Na sam przód nakupiliśmy lokalnych pyszności. Boczek, kiełby i takie tam. Największą delicją okazało się masło. Mniam! Na dodatek Słodkowaśna nawiózł mięso i było robienie kiełbasy i wędzenie jej wraz z boczkiem i ptaszkiem (kurczak).

Dodatkowo były inne przysmaki mięsne, rybne i grzybowe. Także mięsu mówimy stanowcze nie! Nie mogę patrzeć nań, nie mogę wąchać, nie mogę nic z nim. Brrr. Detox mięsny.

Wczoraj się rozpoczął casting na mojego lektora rosyjskiego. Online. Wysłałem z 8 wiadomości (sms, skype) i szybko dostałem 2 odpowiedzi tylko. Później odezwał się jakiś polak i się umówiliśmy na lekcję próbną. Jaka kania dżdżu czekam, wyglądam zaproszenia na zoom i … NIC. Po kwadransie akademickim piszę do tutora z zapytaniem o moje oświecenie, a ten mi smaruje wiadomość, że zapracowany i zapomniał. Zaproponował rekompensatę po świętach. Szalenie się uniosłem i odpisałem mu coś w stylu, że argumentowanie jego jest niepoważne i właśnie przekreślił swoją szansę na bycie moim bakałarzem.

 

Wczoraj miałem lekcję z Ukraińcem. Hmmm, jakoś tego nie widzę. Pan jest nauczycielem matematyki, informatyki i angielskiego w szkole. Jego owieczki są w wieku 14-15 lat. No i zauważyłem, że koncepcji na edukowanie mnie w zakresie języka puszkinowskiego nie ma. Ale cóż, pożyjemy, zobaczymy. 5 dolarów za lekcję.

Jutro mam kolejne, ostatnie zajęcia próbne. Trzeba będzie na kogoś się zdecydować. I ten jutrzejszy mówił mi, że bierze 20 zł (w sumie 22, bo paypal ściaga swój haracz). Wczoraj przeglądałem strony z korepetytorami i zauważyłem przy nim cenę wyższą – 30 zł. Hmmm. Pierwotnie umówiliśmy na lekcję próbną w ubiegłym tygodniu, ale okazało się, że rozchorował się. Na szczęście nie korona. Przełożyliśmy się na 28 grudnia, ale wczoraj zaproponowałem mu jakiś wcześniejszy termin. Dziś chciałem. Ale odparł, że nie zdąży się przygotować do zajęć. Zaplusował u mnie! Znaczy – będzie się przykładał. Ale ten Ukrainiec też na duży plus. Nie będzie u niego domasznej roboty! To lubię.

Także casting idzie pełną parą.

A z okazji zbliżających się świąt, pędzę w wigilię uczynić donację przeciwciał. Okazało się, że przyplątały się do mnie tak ścichapęk. Mam nadzieję, że uda się osocze oddać. Lepiej płacą niż za krew!!! Krew oddaję od 11 lat (z przerwami) w jednym celu – darmowa komunikacja. Ale wyliczyłem, że w tym tempie prędzej będę za darmo jeździł jako sędziwy emeryt, niż honorowy dawca krwi. Z kolei w styczniu nauczyłem się, że można donacje odpisywać od podatku! Także od początku 2020 roku ten właśnie cel nadaje sens mojemu życiu. Money money money! Jestem taki merkantylmny na stare lata.

Oczywiście żarcik. Czekolada darmowa piechotą nie chodzi, cnie?

A kasę od państwa będę wyrywał za wszelką cenę. Oddawać mój hajs!

 

 

 

 

j j

Dziś się wietrzyłem na rowerze. Ładna pogoda, trzeba było korzystać. Wczoraj w sumie też jeździłem. Fajnie, w miarę ciepło, ale piździ jak w kieleckiem. Jak jechałem na południe, to 11 kmh na liczniku tylko. Czyli wrażenie, jakby się w miejscu stało. Więcej nie dałem rady. Wczoraj był tour de Las Kabacki. Bardzo przyjemna pętelka, bo nie wieje i fajnie się śmiga między drzewami. A dziś pojechałem wzdłuż Wisły. Przed Mostem Północnym zawróciłem, bo rurociąg leżał. Oczyszczalnia ścieków Czajka. Zawróciłem i do domu pognałem już przez Nowe i Stare Miasto. Przy Łazienkach na Ujazdowskich zauważyłem piorun i zachmurzenie. Chyba tak szybko nie pędziłem przez miasto. Kompletnie nie widziało mi się pedałowanie w deszczu. Prawie bym zdążył. Ale na Stegnach wsiadłem już w autobus, bo zaczęło kapać dużymi kroplami. Taka to dziś przygoda była.

A zdjęć sobie przy okazji porobiłem. Widzę, że za każdym razem jak jestem na Starówce, to ludzi coraz więcej. Kiedyś w słoneczną pogodę w czerwcu było pusto. Jakby miasto wymarło. A teraz? Ludzi sporo.

Wczoraj bawiłem się u Arka-Zegarka. Ledwom się dodzwonił. Powiedziałem koledze, że albo zmieni imię, albo ja go muszę przechrzcić w swoim telefonie. Ta durna Siri nie potrafi wybrać numeru.

– hey Siri, call Arek G….

– Irek?

– no. Arek

– Jarek

– no you stupid, call Arek G….

– calling Daniel G…. (brat Arka-Zegarka)

– no. A-R-E-K

– REK?

Cierpliwość się skończyła. Umyłem ręce i zeskanowałem twarz. W kuchni akurat pracowałem i kończyny górne były w użyciu, także sterowanie głosem byłoby wybawieniem. Ale nie było.

Się szczęśliwie umówiliśmy i spotkaliśmy. Kolega zaproponował babkę ziemniaczaną, a ja boczek. Chyba Arkadiusz krokodyle łzy wylewał nad tarkowanymi bramborami, bo się okazało, że dwie blachy w piach! Jedna z cebulką, druga z boczkiem. Przesolone jak cholera. Mam wrażenie, że na kilo ziemniaków poszło kilo soli. Arek się załamał. Mówił, że pierwszy raz coś mu się tak przesoliło. Żona Urszula powiedziała, że z kapustą kiszoną i śmietaną to nawet nawet. Hmmm, kapusta kiszona? Wiadomo w naszym wieku kiszone dobre na jelita. Albo koleżanka … Choć nie słyszałem, żeby o kolejnym dziecku mówili. Czyli jednak konsumuje kapustę dla lepszej perystaltyki jelit i odporności. Jesień nadeszła. Wirusy szaleją. Trzeba się bronić i chronić.

I tak sobie siedzieliśmy. Do picia zaproponowałem rum z kolą, sokiem pomarańczowym i sokiem ananasowym. Zgodnie stwierdziliśmy, że z tym ostatnim smakowało nam najlepiej. Mlask.

A boczuś? No cóż, prosta klasyka. Kilo boczku, łyżeczka soli, pół łyżeczki cukru. Smarujemy skórę i do pieca. Na spód wkładamy blachę z wodą. Nad nią ruszt z boczkiem (skórą do góry). 180 stopni i 60 minut. Góra-dół, bez turboobiegu. Później jeszcze 15 min grzałka z góry i jest! Chrupiący boczek. Dzięki Słodkokwaśna za przepis.

Wybiliśmy z głowy małżonki programy typu Twoja Twarz Brzmi Znajomo i posłuchaliśmy radia Nowy Świat. Dużo JJ w ciągu jednej godziny leciało.

JJ? Oh, pamiętny road trip na West Coast z Państwem z Europy na K. Vegas, Wielki Kanion, Park Joshua Tree, San Diego, LA, zachód słońca w Malibu, Santa Barbara, Mojave, Vegas. Eh! W Las Vegas oczywiście wiadomo co było grane. W naszym hotelowym kasynie MGM Grand troszkę kasy puściliśmy. Ale później się przenieśliśmy do innego domu hazardu. Ja w kieszeni miałem tylko 100$, ale później los się uśmiechnął i zrobiło się 1 000. Black Jack. Przy stole siedziała para i koleś z Serbii albo z jakiegoś innego kraju post-Jugosłowiańskiego. Dziewczyna jak usłyszała, że my Polacy to zaczęła zachwyt.

– ojej. Ja jestem pół-Polką! Mój tato jest Polakiem

– a znasz Polski?

– nie.

– a tato gdzie się urodził?

– tu. Jestem Kate Kabanoski, z Orange County. A to mój chłopak JJ (czytaj: dżej dżej)

– ssup! – przywitał się JJ. Oczywiście stylówkę miał odpowiednią do inicjałów.

 

I gra się jakoś wesoło kręciła. Jak się każdy z nas dorobił, to nam stół zamknęli.

Poszliśmy z Panem z Europy na K. do knajpy/kasyna (tam wszystko ma kasyno. Nawet na lotnisku) Hooters. Eh, to już nie to samo. Z opowieści słyszeliśmy, że kelnerki powinny być inaczej ubrane. Niestety nie były eksponowane hooters.

Później wylądowaliśmy w innym kasynie i z tego 1 000$ zrobiło się dużo mniej. Dużo, dużo mniej. Miałem o 6 rano tyle w kieszeni, że w sumie, to nic nie mogłem za to kupić.

Cóż, raz się żyje. Do Vegas już nie wrócę. A przynajmniej do kasyn w Vegas. Śmierdzi i jest jakoś … smutno. Ludzie żyją nadzieją, że za chwilę wygrają milion. Złudna to nadzieja.

Co do JJ. To właśnie w radio grali pewną panią. Mówię do znajomych, że chyba rocznica śmierci była jej. I że któryś z tych dwóch jakoś niedawno obchodził też rocznicę zejścia. I faktycznie, wiki pokazała, że 4 października mija 50 lat od śmierci Janis Jolin. Parę tygodni wcześniej, 18 września, Jimmy Hendrix się pożegnał. A 3 lipca już 1971 roku – Jim Morrison. Wielka Trójka dołączyła do Klubu 27 w ciągu niecałego roku. Smutny czas.

Oh Lord, won’t you buy me a color TV?

Arek się wczoraj mnie pytał, czy nie chciałbym kupić telewizora. Nie, po co?

o, po żarach

 

 

“9 czerwca obchodzimy Dzień Przyjaciela. W tym dniu można podziękować przyjacielowi za to, że zawsze jest tuż obok”.

No nie wiem. Gdybym teraz zobaczył mojego przyjaciela obok, to bym chyba zszedł na zawał! Ale wszystkim przyjaciołom mówię krótkie „dzięki, że jesteście”.

Choć w radio dziś mówią o psach, a nie o ludziach jako przyjaciołach. Na psa urok!

Kolejne dni wyglądają ciekawie. Rower, Wujek Dobra Rada. Heh!

 

Dziś chyba nastąpi oficjalne i uroczyste schowanie wentylatora. Szybko jakoś. Półtorej dnia stał wystawiony tylko. Żary jakoś odeszły. Po żarach już jakby jest. Wczoraj, na ten przykład, spaceruję za dnia ze sklepu do domu. Krótkie wszystko – włosy, koszulka, spodenki. Dzwoni Słodkokwaśna i zaprasza na boczek i inne takie. Lekko ponad godzinę po zaproszeniu wychodzę z domu. Nadal na krótko ubrany. I tu szok termiczny! Zimno. Nie chciało mi się już wracać do domu się przebierać. Pani Słodkokwaśnej zapytała mnie, czy ja tak przyjechałem, jak mnie zobaczyła, jak przyszła późno z roboty. No niestety tak właśnie przyjechałem. Na szczęście z domu do Bolta i zeń do domu blisko i nie zmarzłem.

Także po żarach mam nadzieję już jest.

 

Wczoraj rozmawiałem ze starszym Bąbelkiem. Pytałem o wrażenia z matury z polaka. Zadowolony. Ale później się okazało, że zaczął się martwić, bo na 2 godziny przed egzaminem wyciekły do netu tematy. Ponoć w podlaskiem ktoś to wrzucił i ponoć nikt spoza podlaskiego nie wchodził na te strony. Jakim trzeba być idiotą, żeby wrzucać pewniaki na 2 godziny przed egzaminem? Pocieszyłem młodego, żeby się nie martwił. Chyba wszyscy chcą, żeby te egzaminy już się zakończyły i nie trzeba było narażać kogokolwiek na ponowny stres i zagrożenie zdrowia w związku z zarazą.

 

Dziś matma. I kurczaczki! Dostaję od Arka-Zegarka zadanie. Znowu jakiś przeciek. No co za pechowy rocznik. Za chwilę dzieciakom każą pisać na nowo wszystko! Ciekawe, czy to zadanie, które mój serdeczny przyjaciel podesłał, to na szóstkę jest, czy nie. Oczywiście natychmiast przesłałem dalej do mojego Bąbelka, ale chyba już za późno było. Eh!

Także po żarach mam nadzieję już jest.

 

 

kaszanka

Dziś światowy dzień mórz i oceanów. Taka ciekawostka.

To ja może o kaszance.

Ale zanim o niej, to dodam o czymś, co mnie zaintrygowało. W sobotę robiłem zakupy w Carrefourze i znalazłem to:

Domyślam się, że pewnie sporo czosnku musi zawierać ta przyprawa. I pewnie jakieś pędy osiki. I kiedy tego używać? Za dnia? Czy nocą? Promo było  – minus 42%.

W weekend spotkałem się z dawnoniewidzianą znajomą przy grillu. Gaworzyliśmy o kaszance. Zgodnie stwierdziliśmy, że dobra czarna kiełbaska nie jest zła. Koleżanka dodała, że bardzo nie lubi, absmak taki ma, jak coś takiego brązowego jest w środku i się maże.

no bo wątróbki dodają! Dobra kaszanka, to musi mieć dobrą kaszę gryczaną – włączył się kolega.

Ja w sumie też nie lubię tej brązowej mazi. Płucka albo ozorki w kaszance lepiej mi wchodzą.

Okazało się, że obok mojego domu jest sklep z mięsem. I tam mają ponoć najlepszą kaszaneczkę. Cóż, sklep kojarzę. Nigdy nie odwiedzałem, bom ogranicza mięso oraz przybytek nie wygląda jakoś zachęcająco na odwiedziny, a tym bardziej na zakupy. Ale teraz może się przejdę.

Kaszana z tą pogodą również.

 

W ubiegłym tygodniu sprawdziłem, że w Austin mają cały tydzień 30 plus oraz … burze. Napisałem do Uli, że pioruńsko gorąco. A u nas wtedy ledwo do 16 kreski dochodziło i było zimno i padało.

No to teraz mam. 20 kilka stopni, czasem słońce, czasem deszcz i grzmoty. Także u Maćka nadchodzi czas potów i żarów. A w Teksasie ponoć już 40+. Eh, to tyle, ile … niektórzy mają lat.

Mam nadzieję, że żartują z tymi przepowiedniami na lato, że niby jakieś fale arktycznych upałów nadchodzą.

Muszę w końcu do tego “U Maćka” zajść. Ciekawe czym handluje.

 

 

 

Wczoraj poszedłem do parku poczytać książkę, ale nie wytrzymałem długo. Duchota. Tak sobie smaka narobiłem wcześniej tą kaszanką, że poleciałem do osiedlowego baru na jedzenie. Grilla w weekend w końcu odpalili. Mmmmm. Mniam! Ale 14 zł?!

Drogo. Ale przynajmniej człowiek najedzony, napity, to i książka jakoś lepiej wchodzi. Ale nadszedł deszcz z grzmotami i czar prysł. Nawet parasolka za bardzo nie pomogła.

Podesłałem zdjęcie dania mojemu kumplowi w Stanach. Pod spodem napisałem „a delicacy from Poland – blood sausage”.

Yes, i’ve tried. Not a fan – odpisał szybko. No ludzie to się nie znają na dobrym, polskim i pysznym jedzeniu. Kaszana!

 

A proposfan”. Wczoraj nastąpił debiut mego wielkiego wentylatora w 2020 roku. Oj, chyba trzeba powoli wygaszać pichcenie w domu. Nagotowałem pomidorowej i się zlałem potem.

A dziś zrobiłem sobie przepyszną pieczarkową. Aż sam się zdziwiłem, że naprawdę taka pyszna wyszła. Sekret dobrej zupy, to … serce włożone w przygotowanie jej.

A propos „serca”. Właśnie zadzwonił Słodkokwaśna i namówił na boczek oraz pyszny tatar z serca wołowego. Uf. Już się bałem, że z czego innego. Zapytał mnie najpierw, żebym zgadł z czego ten tatar może być. Strzeliłem na sam przód, że pewnie z byczych jąder (przecie Słodkokwaśna nie je normalnych rzeczy, tylko jakieś wynalazki). Powiedział kolega, że blisko jestem. Moim drugim typem była macica jakiegoś zwierzątka (już kiedyś mieliśmy jeść na kociołku wietnamskim, ale nie wiem w sumie czy był ten … podrób. Na pewno jadłem wtedy jajko z kaczątkiem. Brzydkim jakimś kaczątkiem. Smakowało jak … wątróbka). Ufff, okazało się, że jednak z serca wołowego.

Dobra. Wyglądam przez okno i nie wiem jak jechać. Żeby tylko jakieś kaszany nie było po drodze. W autobusie nie da się podróżować w maseczce – duchota, gorąc, poty. Piechotą – ryzyko, że coś lunie i jeszcze mnie piorun jaki trzaśnie. To chyba Uber albo coś podobnego.

 

 

paniusia weźnie

czyli zawoalowany MissTake.

Tak kochani, przyznaję się do błędu. Wracam na stare śmieci.

Choć z drugiej strony, to nie porażka. To lekcja, to doświadczenie, wiedza. Widać nie dla mnie te internety, te blogi. Jakąś wadę muszę mieć. To prawda – nikt nie jest doskonały. Palenie rzuciłem jakiś czas temu (1246 dni) i tak beztrosko bez tych skaz i niepowodzeń trwam. Do dziś. Wymiękam z prowadzeniem bloga na nowym. Nie moja bajka. 

Zadziwionym też wielce jest, że jakoś tak cierpliwie do tego wszystkiego podchodzę. Drzewiej, jakby te posty mi się nie zaimportowały, jakby te wtyczki nie działały, albo to i tamto, to byłby szał. Wiązanka po polsku byłaby długa z ogromną liczbą słów w języku … łacińskim. A dziś? Dziwie się, że komputer jeszcze cały i w domu. Że nie rozpier….ony i nie wyje….ny przez okno.

Po prostu siedzę i sobie myślę – o, trudno. Nie zadziałało, nie wiem jak to zrobić. I wzdrygam ramionami.

Od ponad doby zaimportował mi się … ANI JEDEN post ze starego bloga. Mam dziurę między majem 2013 a majem 2017. 84 posty gdzieś sobie poszły.

Nie wiem co mnie naszło z tymi nowymi blogami. Zaraza jakaś, wirus mnie może dopadł. Na szczęście chyba już wyzdrowiałem. Także kochani wracam. Jeśli się kiedyś skuszę na szaleństwo, to tylko w ramach płatnych pakietów WordPressa na moim istniejącym od 11 lat koncie.

Wczoraj chilloutowałem się u moich serdecznych przyjaciół ze studiów, z którymi się szalenie dawno nie widziałem – Ulą (swego czasu znałem z kilkanaście Urszul) i Arkiem-Zegarkiem. Eh, pyszny boczuś zrobiliśmy. Troszkę się zagadaliśmy, bo się nie widzieliśmy od koncertu Editors 25.11.2018, i tak ścichapęk mięsko się zasiedziało w piekarniku. Ale skórka chrupiąca jak ta lala. Polecam. Przepis bardzo prosty, od Słodkokwaśnej (także nie wiem, czy mogę zdradzić). Ale prościutki jak drut – 3 składniki tylko potrzebne: boczek, sól, cukier. Więcej nie będę zdradzał. Palcy lizać.

Obejrzeliśmy lot na orbitę, pogadaliśmy, popiliśmy i … niestety mój kolega poszedł spać. Czyli ten lot w kosmos jakiś usypiający jest dla niektórych. Także lekki błąd z tym podglądaniem launchu Space X. Ale niech się chłopak wyśpi. Sam wystrzał na orbitę bardzo mi się podobał. Z taką dziecięcą ekscytacją oglądałem. Mówiłem dzieciom znajomym, żeby patrzyły, że to wiekopomna chwila. Ale usłyszałem tylko „Tato, kup mi to do Fortnita” albo „mamo, mogę iPad”.  

A właśnie! Wczoraj w niedalekim muzeum wojska obejrzałem nowy nabytek – kapsuła kosmiczna! Pan Mirosław Hermaszewski latał tym. Kurczaczki, ależ to maleńkie. Jak tam się …. Hmmm.

Z Ulą chwilę posiedziałem i zawołałem Uber, bo mnie też coś sen morzył. Wyjście udane. 

Kolejny błąd wczoraj, to niezrobienie 10 000 kroków. Wszystko miałem wykalkulowane. Tu podejdę, tu podjadę, tam podskoczę i jak nic limit dzienny kroków się zrobi. Niestety nie przewidziałem deszczu. To znaczy przewidziałem, ale nie dało się jednak długo iść. Kurtka co prawda przeciwdeszczowa była. Ale spodnie już nie. Także musiałem wskoczyć do metra i przez to straciłem z 600 kroków. Eh. 9 765! Tak blisko byłem.

Dziś na śniadanie naleśniki. Kurczaczki, a nie miał to być blog o tym, co na obiad i jaka kupa po. Chodzi o to, że zrobiłem, że udało się. Lubię kuchnię, lubię gotować. Ale kilka rzeczy mi za cholerę nie wychodzi – pieczenie ciast i te naleśniki właśnie.

Nie potrafię gotować z przepisu. Lubię improwizować. A w pieczeniu ważne są proporcje. Kiedyś dosypałem pół szklanki mąki, bo wydawało mi się, że jedna (zgodnie z przepisem), to zdecydowanie za mało. Oczywiście upiekło się ale nie za bardzo dało się jeść. Wtedy do mnie dotarło – aaaa, jedna szklanka!

Ale w tej pandemii zacząłem się doktoryzować w obu dziedzinach. Wcześniej udało mi się zrobić fenomenalne tiramisu, ale dieta naszła i porzuciłem słodkości. Teraz, dwukrotnie upiekłem najpyszniejsze serniki. To nie tylko moje zdanie, ale również innych. Królewna Państwa z Europy na K. powiedziała, że to najlepszy sernik jaki jadła w życiu. Nie wiem ile do tej pory jadła, i czy mój, nie daj Boże, nie był przypadkiem pierwszy, ale taki tytuł i takie wyróżnienie bardzo łechce mnie. Dzięki. No i jeszcze koleżanka Olimpia chwaliła. Także przepis powędrował na blog.

Do naleśników podszedłem w wigilę zarazy – 7 marca. Naschodziło się kilka osób i postanowiłem zrobić te placki z pieczarkami, cebulą, serem i orzechami włoskimi. Niestety mąkę miałem jakoś eko, bio, czy nie wiadomo co tam jeszcze. Nie wyszły. Popękały, porozpadały się. W pandemii robiłem ze 3 razy jeszcze naleśniki. No tak powiem ze zmiennym szczęściem. Dziś padło na placki z serem. Kiedyś, jak Mama robiła, to miałem na nie długie zęby (u nas się tak mówiło, jak ktoś czegoś nie lubił i nie chciał jeść). A dziś? Bardzo proszę.

W domu robiło się dwa rodzaje naleśników:

– zawijane w kopertę z japkiem – oh, motyla noga, jak ja je lubiłem!

– zawijane w rulonik ze srem – jedyne co, to lubiłem to wysmażone, chrupiące końcówki bez sera. Za środkiem nie przepadałem. Jakoś długie zęby miałem na biały ser

No i dziś zrobiłem zawijane w ruloniki z serem. Obsmażyłem. Oczywiście wyszło nie tak jak u Mamy, ale kontent jestem.

O tych naleśnikach to wspomniałem dlatego, że zauważyłem pewną zależność. Nie wiem, czy Wam też tak się robi. Podzielcie się proszę. Otóż, mnie zawsze wychodzą dobrze dwa pierwsze naleśniki. Później jakaś kupka mi się robi (a to dziurawe, bo się jakoś ciasto źle wylało, albo się zwijają przy przewracaniu). Ale ostatni placek znowu jest ok! Może smażyć tylko 3 naleśniki? Pierwszy, drugi i ostatni. A tych środkowych nie smażyć? Hmm.

Także biję się w pierś. Wracam na stare śmieci skruszony ale doświadczony. Słodkokwaśna, jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc (ku pamięci: oddać hajs, oddać hajs, oddać hajs. Nie zapomnieć), ale to nie dla mnie. Szkoda mego zdrowia.

29 kwietnia czyli ruch i sport

 

A jednak to byla prawda. Od jakiegos czasu wszyscy mi powtarzali “ale schudłeś”. Ja zawsze skromnie odpowiadalem, ze nie. Dzis wszedlem na panska wage i wyszlo mi, odrzucajac pare deko na ciuchy, tylko 96 kg! Przeniezle!

Wczoraj rano pojechalismy do najlepszego miejsca w Ameryce. Az prawie zly jestem, ze Panstwo mnie tam wczesniej nie zabieralo. Najpierw na dole pogralismy w kometke, pozniej pochodzilem dookola stadionu po biezni. I deser na sam koniec – na gorze salon gier i zabaw. A wszystko za darmo dla mieszkancow Fair Lawn. Eh! Ucieszylem sie jak dziecko. Popykalem w samochodziki, w jakas strzelanke, w cybergaja i juz. Zakwasy po kometce pojawily sie juz w trakcie gry, takze do dzis jakos pozbierac sie nie moge. Ale nic , przynajmniej wiem, ze mam miesnie.

Po malej sjescie, Dinka i Vika zabraly mnie na spacer po gorce – Ramapo Park. Na samej gorze stoja ruiny zamczyska. Legenda niesie, ze w czasach prosperity ludzie sie budowali gdzie popadnie. ALe kiedy w latach 20-tych ubieglego wieku nadeszla wielka depresja gospodarcza, to wszystko niestety padalo. Pan wlasciciel nie dokonczyl zamku i na dodatek spalil go w celach finansowych, czyli uzyskania odszkodowania od ubezpieczyciela. Taka legende wyglosil wczoraj jakis pan z wycieczki mijajacej nas.

Sam szczyt, jak i spacer bardzo fajny. Szczegolnie o tej zielonej porze roku. Bylem tam juz wczesniej w 2007 roku ale sniegu, a sniegu wtedy bylo. Napstrykalem zdjecia kwiatkom, Manhattanowi i jednej zmiji.

Takze dzien wczoraj pod znakiem ruchu i swiezego powietrza.

Teraz sie zbieram i lece na zakupy. Pozniej przygotuje Panstwu pyszne danie wietnamskie, czyli boczek.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑