Tag: amazing

west coast part 4, czyli death valley

Zdjęcia/Pictures

Mój organizm powiedział NIE. O 3 rano czasu wsochdniowybrzeżowego, po mniej niż 3 godzinach snu (?), obudzonym został przez budzik. O 6 wylecieliśmy nad pacyficzny brzeg. O 9 rano czasu zachodniowybrzeżowego podziwiałem LAX. Zawsze wydawało mi się, że to takie nieprzyjemne lotnisko. Duże, tłoczne, niemiłe. A tymczasem okazało się odwrotnie. Może terminal był domowy, to tak właśnie tam jest.

W Miescie Aniołów byliśmy na początku lutego 2010 roku. Było jakoś nieprzyjemnie, miasto nie zrobiło na nas wrażenia – Kodak Theatre, napis Hollywood, Beverly Hills, Universal Studios, Santa Monica Blvd, Venice Beach, Mullholand Drive, zachód słońca w Malibu. Ale jakoś bez szału.

A teraz? Miasto oblane słońcem. Jakieś radośniejsze, zachęcające.

Podzielone autostradą. 7 pasów w jedną, 7 pasów w drugą stronę. Czuć wielkomiejskość. Ale to największa aglomeracja USA.

W wypożyczalni pyta się chłopiec dokąd jadę.

– do Doliny Śmierci

– aha, przepraszam, a mogę się zapytać po co?

– zawsze chciałem jąodwiedzić

– ale tam nic nie ma. Pustania i droga pośrodku. Byłem tam raz

– właśnie po to. Przejechać się po pustyni, pochodzić po kanionach. Też mam nadzieję, że będzie to jedyny raz

– [bardzo dziwnym głosem] aha

Na dojechanie do miejscowości Beatty (czytaj: bidy) miałem wg map 4 i pół godziny.

Po godzinie doszedłem do wniosku, że albo się zdrzemnę na poboczu w aucie na 2-3 godziny, albo poszukam jakiegoś motelu 6 i się wykąpie i prześpię. Ale nie, dojechałem. Nawiem zimny dmuchał po pysku.

Co chwilę w Dolinie Śmierci wysiadałem na zdjęcia. Przy punkcie opłat wisiał termometr – ponad 100F. Do tego wiał mocny wiatr, czyli czułem się jak w piekarniku z termoobiegiem.

Mój organizm się zagrzał. Czułem się jak w Moab, kiedy dostałem udaru. Dowlokłem się do hotelu, zameldowałem się. Kurczę, ludzie tu są tak przemili, jak w Utah. Młody chłopiec ze spokojem, uśmiechem i cierpliwością opowiadał i udzielał odpowiedzi na moje pytania. W pokoju okazało się, że nie ma mydła, ani szamponu. Na szczęście sklep Family Dollar obok. O 16 wykąpanym legł w łożu. Na 2 godziny. O 18 wstałem i poszedłem coś zjeść. Cały czas mną trzęsło. No pięknie, udar słoneczny pierwszego dnia. Umrę w tej wiosce.

Beatty, to największa dziura jaką widziałem w Stanach … na razie. No może poza Patterson, bo tam same złodzieje mieszkajo, więc mamy z nimi kosę.

O ile Tropic w Utah było małe, to było zadbane, tursytcznie ogarnięte. Tu, jest syf. Trailery bardzo popularne, dużo zniszczonych budynków użytkowych i mieszkalnych. Zaniedbane miasto. I można w restauracji palić.

Zaszedłem do restauracji polecanej przez recepcjonistę. Ponoć jakiś lokalny wow lokal.

Wchodzę i pytam, czy mam usiąść, czy zaczekać, aż ktoś mnie usadzi.

– wpisz się do książki

– ok

Po wpisaniu się pytam, czy mogę wybrać stolik. Pani rzuca na ladę menu i coś tam burczy. Przeglądam menu, nic nie rzuca się w oczy. Ale widzę kątem oka babkę z fajką w buzi!

– to tu można palić?!

– tak

W lokalu obok pytam:

– do you have hot soups?

– we have hot chilli

Zbiła mnie z pantałyku.

– but it’s not a soup, right?

Pani kelnerka skonsternowana.

Klientka przy barze poleciła lokal obok, który z kolei był nierekomendowany przez chłopca z hotelu.

Wniosek: korupcja i łapówkarstwo na tej wsi!

Często jak się pytasz, czy mają „hot tea“, to się dziwią i trzeba 2 razy powtarzać. A jak pytasz o „hot soup“, to już w ogóle nie rozumieją o co pytasz.

No nic. Dotelepałem się do pokoju. Cały w drgawkach. Już miałem szukać sklepu z termometrem i pigułakmi. Już widziałem, jak odnajdują moje zwłoki po 2 dniach (przy takim upale, po 2 dniach będzie śmierdzieć). Ale jak to zwykle wtedy mówię sobie:

– ale ty durny Maciek. Organizm powiedział NIE, prześpij się najpierw i jutro rano panikuj.

Tak też uczyniłem. Obudziłem się rześki o 6 rano.

Aha, nasz hotel nazywa się Attomic i ma ufoludki, które strzegą naszych pokoi. Fajnie.

Wyruszyłem w park. Zabrałem ze sobą 5 butelek wody.

I tu powiem tak, słońce, upał, ekspozycja na słońce to nie żarty. Nigdy w życiu nie wypiłem tyle wody. Dolewałem do butelek kiedy się tylko dało. Żar niemiłosierny. Choć nie, to jeszcze nie był niemiłosierny. Tylko 113 F (ok. 42C).

Na Zabriskie Point poszedłem na szlak. Tylko 5,7 mili pętelka. Radosny, w podskokach lecę sobie i dopiero później mnie olśniło, że to ponad 9 km. Widoki piękne. Szło się między takimi górkami, po chyba wyschniętym strumyku. Słoneczko świeci. Jest fajnie.

Doszedłem do kolejnego punktu, połowy pętli. I widzę, że godzina z powrotem. Porozmawiałem z panią ranger’ką, która powiedziała, że ta trasa na prawo jest krótsza ale odsłonięta na słońce. Na początku płasko, później lekko pod górkę.

Wybrałem ją, skoro przyszedłem jedną trasą, to nie chciałem wracać też nią. I tu dramat, kryzys. Płaskie, jak płaskie. Szybko się skończyło. Pod górkę było mniej zabawnie. Ledwo człapałem. A pani ranger’ka się jeszcze na odchodne pyta, czy chcę wody, bo ona zawsze ma zapas. Nie, po co, mam w plecaku jeszcze. Dwie butelki miałem.

Pierwszą wypiłem w 20 minut. Nastała panika, nie było strzałek na trasie. Horror. Ale szedłem takim korytem rzeki, więc twierdziłem, że strzałki niepotrzebne, bo nie ma gdzie zboczyć. Żar, słońce świeci prosto z góry (a było po 10 dopiero). Idę i już widzę, jak mam omamy, jak siadam przy ścianie w cieniu i już nigdy nie wstaję. Zobaczyłem znak „Zabriskie Point Trailhead 2,1 km“. Tyle, to ja w 20 minut oblecę! Już miałem wszystko skalkulowane. Żadnych przystanków, nie marnujemy energii i czasu na zatrzymywanie się. Wody wystarczy. Idę!

I znowu, jak w Utah. Fajnie się schodziło na początku, ale koszmarnie się wraca pod górę na koniec. Widziałem ludzi na wzgórzu, już widziałem koniec. To utrzymywało mnie przy życiu. Resztkami sił wszedłem. A już byłem bliski legnięcia na ziemię i mieniawszystkiego w dupie. A niech mnie rozdziobią … no właśnie, co? Jaszczurki chyba tylko.

Wszedłwszy na górę powiedziałem sobie, że dosyć chodzenia na dziś. Czacha dymi. Teraz tylko zwiedzanie punktów widokowych.

Ta, jasne.

Na jednym wzgórku, przy Artist Drive spotkałem kolesia co wyprowadził się z Miami i jechał gdzieś na granicę Oregon/Cali się osiąść. Dobra gadka z panem była. Zawodowy fotograf. Twierdzi, że w ciągu roku, jak się zmieni układ sił w Kongresie i Senacie, to Trumpa odwołają.

Samo Artist Drive przecudne! Wąska, jednokierunkowa droga. Widok, za widokiem. Sama radość. Country muzyka w tle. I o to chodzi.

Ze dwa lub trzy razy zatrzymałem się na parkingu koło Polaków. Bardzo młodzi ludzie. Potrafiący się zachować. Nie to co kiedyś – wstyd się przyznać, że ja też Polak. Fajnie. Brawo nasi!

A tak, to – niemiecki, francuski, włoski czasem.

Pod Natural Bridge porozmawiałem z ludźmi z Missouri.

– my grandmother was from Poland

– You know what, everybody has somebody from Poland

– yeah, you’re right

 

Duże wrażenie zrobiło na mnie wyschnięte morze. Była to wielka biała połać. Wyschnięta sól. A gdzienieniegdzie nawet jeszcze wilgotna. Można było też natrafić na kałuże z wodą.

Ruiny młynu, to były prawdziwe ruiny. Trzy ściany bez dachu.

Podróż przez park rewelacja. Czasem miało się uczucie, że się płynęło po tej drodze.

Ludzi na szczęście nie za dużo. Uwielbiam to w Dolinie Śmierci, że jest różnorodna. Masz pustynię, masz górki, masz kaniony, masz doliny, masz wydmy, masz wyschnięte morze, masz bezdroże. Tylko to słońce. Oj trzeba uważać. Połowa nas to woda.

Utrata 2% wody jest poważna. 15% – śmierć!

Rodzice powinni dać mi na chrzcie Hipochondriusz, czy coś.

Aha, i podoba mi się płyta Taconafide pt. Soma 0,5 mg, czy jak to tam. Trudno. Podoba mi się i już.

Spać, jeść, pić, jak tamagotchi! (…) Kiedy zamykam oczy, widzę łąkę z windowsa

 

west coast part 3 – Vancouver

tak, Kanada od jakiegoś czasu chodziła za mną. Na szczęście wiz już nie trzeba, bo na paszport biometryczny wpuszcząją. W grudniu wielka Trójca na wschodzie – Toronto, Ottawa, Montreal. Teraz, przy okazji odwiedzin stolicy grunge’u – Vancouver, gospodarz zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2010 roku.

Zdjęcia/Pictures – Vancouver 30 kwietnia 2018

Na granicy poszło sprawnie. Nie było kolejki. Państwo szybko przepytało – skąd? Po co? Na jak długo? W Jakim celu?

I zacząłem się plątać przy pytaniu skąd.

Z Seattle. Nie. To znaczy, z Nowego Jorku przyleciałem, ale zatrzmałem się w New Jersey. A tak w ogóle to z Polski jestem. Na wakacjach. Zwiedzam. Na dzień przyjechałem.

Chyba głupio to brzmiało, ale zbiła mnie z pantałyku tym pytaniem skądżem ja.

Ooo, Clevland gra w 2. rundzie NBA play offs z Toronto Raptos. Widziałem kanadyjski team kiedyś na żywo, bodajże w 2007 roku. W meczu z New Jersey Nets.

Rozterka z tym kibicowaniem, bo w Cavaliers’ach gra Lebron James – niezłe zwierzę. Fajne się go ogląda. OK, niech wygra lepszy.

 

I kapela się zaczyna rozkładać. W Jalapenos jestem z lapsem, to stukam, to patrzę na tv, na to co się dzieje wokół, to wkładam do pysia oktropne, darmowe nachos, które dają każdym wchodzącym, to popijam Margeritą. No właśnie, przecie Ula z TX miała mieć ksywę Margarita! Chyba.

A nie mówiłem jak genialnie się wybrałem na Zachodnie Wybrzeże? Maciuś bardzo mądrze zabukował bilet na 7.15 rano z JFK. A żeby być po 10 rano w Seattle, a żeby czasu nie marnować. Wszystko niby ok, ale pierwszy autobus ze wsi Fair Lawn odjeżdża o 6 w niedzielę. Na szczęście Oli się zaoferował z noclegiem. 5 pokoi na Kłinsie, to się jeden znalazł. A poza tym chyba się ucieszył, że go ktoś w końcu odwiedził. Taże o 4.39 pobudka, Lyft (konkurencja Uber) i na lotnisku byłem przed 6. Straszny tłok.

Do Vancouver bilet kupiłem na 6.30. “Wstawaj szkoda dnia”. Także następnego dnia pobudka już o 4.40. Na szczęście do dworca miałem 20 minut nogami. Ale też wziąłem Lyfta.

W stanach jeżdżę Uberem lub Lyftem z opcją Pool. Śmiesznie to wygląda jak się ludzie dosiadają. Można poznać tą i tamtą. Ale już nie jeżdżę. Szkoda czasu. Taniej raptem o 1-2$ na krótkiej trasie. Dziś patrzyłem z Hoboken do Fair Lawn. 28$ pool, a normalnie – 33$. Przy pool czas podróży się wydłuża, jeśli ktoś się dosiada, więc taki jest tego koszt.

Co do porannych wstawań i moich porannych lotów – do Los Angeles mam samolot w niedzielę o 6 rano. Na szczęście z Newark, nie z JFK. Także wystarczy z domu o 4 rano wyjść około 🙂

view

Vancouver spodobało mi się od razu. Na pierwszy plan poszedłem do Chinatown. Ciut ładniejsze od azjatyckiej dzielni w Seattle. Fajny ogród dr Sun Yan Sena mieli. Idąc stamtąd do centrum wszedłem niechcący na ulicę, na którj była awaria światła i klimat się bardzo pogorszył. Ale parę kroków dalej już powrócił wielkomiejski glamour.

dzielnia

Obleciałem miasto z grubsza, kierując się do Visitor Center. Już wcześniej moją uwagę zwrócił największy zawieszony most – Capilano Suspension Bridge.

Pani wyjaśniła, że shuttle bus jeździ co 15 min i wciągu 20 min za darmo dowiozą. Wejście do parku 45 CAD czyli mniej niż 45 USD.

1CAD = 2,78 zł

1USD = 3,45 zł

Ale w knajpach jak masz ochotę, to możesz zapłacić amerykańską walutą. Przelicznik 1 do 1, czyli bardzo niekorzystny.

Po drodze mieliśmy 3 postoje przy hotelach i pozbieraliśmy innych.

Nasz pan kierowca ma kota. Na przedzie autobusu stoi słoiczek na napiwki i zdjęcie z napisem – My boss says thank you for your support.

Kotek zbiera na żwirek i jedzenie.

Pan opowiadał ciekawie o mijanych rzeczach, wplatając wymyślone opowieści z życia jego kota.

Żeby dostać obywatelstwo amerykańskie „wystarczy“ zainwestować tylko pół miliona $. Do Seattle zjechało dużo Azjatów na osiedlenie. To się nie spodobało miejscowym, bo od razu koszty życia szły do góry. Chyba Trump przykręcił kurek. Towarzystwo zawinęło się do Vancouver, bo blisko, ale jednak w normalnym kraju. Tak, w Kanadzie też ciągną łacha z Trumpa.

Pan wspominał o bogatej dzielnicy Vancouver, Western Vancouver i Northern Vancouver.

Miasto też klimatem podobne do Seattle – rozłożyste, z wielkimi górami w tle.

I w tej dzielnicy w samym Vancouver pan kierowca wraz ze swoim szefem kotem chciali kupić mieszkanie. Ponoć za milion dolarów kanadyjskich nie ma w czym przebierać. Można trafić kawalerkę. Szef kot powiedział, że nic z tego, bo on to jeszcze ma łóżko do spania ale dla pana kierowcy nie ma miejsca. „Nie bierzemy“ – odparł szybko mruczek. A kawalerka była tak mała, że“

You have to leave the apartment when you want to change your mind

Pamiętam hotel w San Francisco o takiej kubaturze. Ula musiała z bagażami siedzieć na łóżku, żebym ja mógł wejść.

Z kolei w Zachodnim Vancouver, na wzgórzu, domek sprzedawała sama Oprah. Za 17,5 miliona.Ale kotu też się coś nie spodobało i też nie kupili tego. A na serio – w tej części miasta, według prawa, mogą być tylko domy, bloki, sklepy spożywcze i usługowe. Zakaz jakiegokolwiek przemysłu.

Park z mostem zawieszonym fajny. Straszny, bo jak się idzie poń, to strasznie zaczyna kołysać/bujać. Szedłem jak pijany. W parku też zorganizowali to ciekawie. Można było pomiędzy drzewami chodzić – po mniej ruchliwych mostkach lub sztywnych kładkach. Po drugiej stronie mostu – chodzenie po urwiskach. Rewelacja.

Aha, w Kanadzie mają bardzo dobrą kawę. Mówiłem, że prawie jak w Europie się czuję tam. To i kawa musi być dobra.

Można było w Vancouver zostać na noc i jeszcze jeden dzień. Ale zakładałem Portland, bo głosy mówiły, że fajne, ciekawe miasteczko. Gdyby człowiek wiedział, to czego nie wie! Eh.

W drodze powrotnej pan kierowca się obudził dopiero na granicy, że musimy wypałenić formularze celne. Pan się pokajał, przeprosił, a służby amerykańskie powiedziały, że zrobią to z nami ustnie. Fajnie! Bo tak, to by jeszcze parę chwil się zeszło. Dziękuję Ameryko.

I w Seattle i tu bardzo urzekały mnie boczne ulice. Margerita z TX mówi, że takie same są w Austin. To chyba następnym razem należey na rodeo zajechać. Iiiii-haaaaa. Trzeba będzie się Margericie podlizać, jak będzie w lipcu w Wawie.

W Vancouver też mieli łudząco podobną wieżę widokową ale jakoś nie miałem ochoty wjeżdżać.

Ze szczegółów, którymi pan przewodnik się chwalił:

– jeden z największych portów w Ameryce Północnej

– najprzyjemniejszy zimowy klimat w Kanadzie

 

Vancouver fajne. Podobało mi się. Wycieczka dosyć intensywna, nie było czasu na pierdoły.

city de facto (never) sleeps

to zależy de facto gdzie.

Wczoraj się spotkałem z kolegą Krzysztofem z IG.

Już pisałem w styczniu o pierwszym naszym spotkaniu. To teraz powiem znowu, że bardzo sympatyczny kolega, zna Miasto. 10 lat na Kłinsie mieszkał, to wie co i jak na Bruklinie, Łiliamsburgu i Kłinsie właśnie. Mimo, że od 19 lat kolega jest w Stanach (wyjechał w liceum), to ja jestem de facto pod wielkim wrażeniem jego języka polskiego. I jeszcze takie tematy porusza, że na urlopie muszę się skupiać. Strasznie challengujące dyskusje. Tylko za dużo „de facto“ używa ale dajmyż spokój takim duperelom. Oprócz de facto intelektualnych wyzwań na szczęście czas na foty też był.

Muszę się jeszcze z raz czy dwa spotkać z Krzysztofem i ścichapęk wyżebrać od niego ze 2-3 foty. Ma fajnych kilka ujęć z serii „street“ i „places“. Czas chyba wymienić u mnie fototapetę i dostawić kilka ścian, żeby wszystko nakleić.

No dobra, jak nie wyżebrać, to chociaż o jakiś discount się uśmiechnąć.

Na sam przód ruszyliśmy do gospody polskiej na przetrącenie de facto tego czy owego. Padło na tatar i michę żarcia na dwóch (kiełba, boczek, kaszanka, kurczak i bardzo polski łosoś). Było też koryto dla trzech ale co za dużo, to nie zdrowo.

Tatar jakiś taki nie taki de facto. Każdy wie, że najlepsze tatary robi nasz ziom Przemuś. A zaraz po nim jest Słodkokwaśna i ponoć de facto ja. Suche jakieś to mięso było. Bałem się czy to oby nie tatar z prosiaczka był. Ale nie, bo żyjemy.

Michy na dwóch nie zjedliśmy, bo byliśmy we 2, a nie de facto we 4.

Lokal opuściliśmy szybko w stanie ciężkości. Przewodnik zabrał mnie nad nabrzeże. Brooklyn się zmienia. Budują na potęgę drapacze chmur. Na molo kilka osób pali wesołe papieroski, kolesie łowią ryby. Taki zwyczajny piątkowy wieczór.

Zaszliśmy do pofabrycznej knajpy. Muzyka live, ogólnie bardzo głośno (nawet dwie sale dalej siedząc przy barze, trzeba było głośno mówić). Taki polski pub w stylu bawarskim, jak mawia klasyk. W knajpie raczej tłumów nie było, mimo że to de facto był piątek. Ponoć ludzie już nie mają kasy na balowanie.

Niestety autobusy i pociągi na moją wieś kończą jeździć o 00.50, więc o 23.20 trzeba było ruszyć 4 litery. Po drodze przemierzaliśmy puste ulice. Krzysiek mówił, że kiedyś o tej porze, to tu się bawiło, tam było pełno ludzi. A teraz? Pustawo. Miasto śpi.

Ale za to w metrze ludzi już pełno. Porobiłem sobie kilka zdjęć.

Okolice mojego dworca to granica między Hell’s Kitchen a Times Square, więc głośno, kolorowo, pełno. Tylko, że więcej czarnych, bezdomnych, niż imprezowiczów.

Zamówiłem Lyfta i po raz 3 okazało się, że Uber jednak lepszy. Dziad-kierowca mnie ominął, nie zatrzymał się, nie odebrał telefonu. Po chwili de facto dostałem info, że pobrali 8,98$ za niepojawienie się w miejscu odbioru. Zobaczymy. Już wyraziłem swoją opinię o tym zdarzeniu. Dostałem 10$ kredytu na następny kurs.

Muzycznie chodzą za mną dwie panie – damy rapu.

Na obie patrzę z niedowierzaniem. Po jakiemu to mówi? Po dzikiemu? Co to za … piosenki? Gdzie są teksty? Bo to jest jakiś zlepek przypadkowych słów rymujących się.

Cardi B była mocno promowana ze 2 tygodnie temu. Bo płytę wydawała. Z sukcesem – debiut na pierwszym miejscu na liście najlepszych płyt w USA. W tym tygodniu drugie. Pani słynie z tego, że często mówi „Krrrr“. I jak taki dźwięk z siebie wydaje, to de facto wszyscy się tym podniecają. Ale z drugiej strony pojawiły się głosy, że gdzie jest Nicki Minaj?! No i Nicki wróciła z tydzień temu – Barbie Tingz i Chun-Li. Jestem wielkim fanem tego drugiego przeboju. Eh, brakowało jej de facto na rynku. Przy niej Cardi B wygląda jak pochodna pani Minaj.

Jeśli ktoś sobie ceni dobrą muzykę i wrażenia estetyczne, to niech lepiej omija te wspomniane … artystki.

Miss Minaj i jej nowy hit

Cardi B i jej ubiegłoroczny numer jeden:

Z ciekawostek polecę – Nosowką i jej „Ja Pas!“. Ja bezkrytycznie uwielbiam tom paniom, de facto. Ha, i bodajże z 10 lat temu byłem z Ulą na koncercie Hey’a na Greenpoincie. Taka de facto korelacja.

Dobra, idę biegać. Aha, biegam! De facto pisałem kiedyś, że biegam tylko na Islandii. Hm, od wczoraj biegam też w New Jersey.

bryce wow canyon

Zdjęcia/pictures

W sumie w jednym słowie moglibyśmy podsumować dzisiejszy dzień, Bryce Canyon. Wow!

Było cudownie. Zupełnie inny park niż wczorajszy Zion. Czerwony, piaszczysty.

Wybraliśmy jedną trasę z tych bardziej wymagających. 3-4 godziny – Navajo Loop i Peek-A-Boo Loop.

Navajo niby łatwe. Ale o mój boże, już na dzień dobry mijaliśmy powracających ludzi. Z językami na brodzie, na czworakach. Nie wyglądało to jak łatwy szlak. No nic, idziemy.

Peek-a-Boo jest połączone z Horse Trail, więc gówno było widać. Dosłownie. Trzeba było pod nogi patrzeć. Świeże odchody, wysuszone, pachnące, no jakie tylko chciałeś. Shit galore – można tak podsumować. Ale ale. Nie było tak źle. Widoki dech nam zapierały. Pysie się cieszyły. Było bosko.

W pewnym momencie Ula pokazała palcem na niebo i mówi, że chyba tam idziemy. To była góra, na której stali ludzie. Okazało się, że to Bryce Point – opcjonalne zboczenie z trasy. 1 mila pod górę. Ale dosłownie POD i 1 mila z powrotem. Poszliśmy. Okazało się, że do tego Bryce Point można było autem podjechać. No cóż. Co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Pyszna wspinaczka w górę i wdół.

Peek-A-Boo oblecieliśmy szybko. Ta końcówka była mordercza. Taki zyg-zag pod górę. Prawie na czworakach, sapiąc i z językiem na brodzie. Ale było warto.

Później objechaliśmy wszystkie punkty widokowe. Kanion ma 18 mil długości i co mniej więcej co mile ma takie przystanki na widoki. Różne. Fajne, mniej fajne.

Na końcu jest koniec planszy i można sobie takie małe kółeczko zrobić. Widoki pierwsza klasa. Koniec parku. Widok na przepaście, na górki, na przeróżne kolory.

Rainbow Point 9115 stóp/2778 metrów.

O ile w niżej położonym Zion było gorąco/ciepło, to w Bryce było tylko ciepło. Wczoraj długi rękaw, dziś o dziwno, krótki. Nienormalny jednak jestem.

Nasz hotel mieści się w miejscowości Tropica. 1990 metrów nad poziomem morza. Pan nam wyjaśnił, że nazwa wzięła się od tego, że zimy ponoć nie zimne, czyli tropikalne.

I ten chłopiec z recepcji i pani z wczoraj osobliwe. Takie spokojne, wyluzowane. Mellow.

I po raz kolejny Ameryka pokazała swoją proklientowską twarz. Ula zrobiła rezerwację na booking.com. 94 dolary za pokój, za noc. Podatki wszelkie wliczone. Pan nam podsuwa paragon – 94$ plus podatek = 115$. Hm. Ula wyjaśniła chłopcu, że No Way Jose. I pan się nie zająkawszy powiedział, że płacimy 94$. W Polsce jestem pewien, że hotelarz powiedziałby My way or no way. Ameryka jest super.

Po odświeżeniu się poszliśmy coś przetrącić. Nie wiem, czy to jest urok miejscowości o nazwie „in the middle of nowhere“, czy to zwyczaje jutańskie (jaki jest przymiotnik od Utah? Jak nazywa się mieszkaniec stanu Utah?), ale knajpy, sklepy zamykają o 21.00.

Obsługiwała nas pani kelnerka o imieniu zjawiskowym – Lato, czyli Summer.

Zapytałem się jej, czy zna kogoś o imieniu Winter. Powiedziała, że zadziwiająco nie zna. Ale zna Wiosnę i Jesień. Ale też zna kogoś, kto zna Zimę. Co na to Grzegorz Lato?

I tu ci taka statystyczna i nieprawdopodobna koincydencja! Dziewczę poszło do koledżu i dzieliło pokój ze swoją … imienniczką! Nieźle! A wmojej klasie licealnej też było dwóch Maćków, ha!

Aaaa, Francuzi nas śledzą. Od wczoraj się mijamy. Shuttle bus, knajpa w Zion, dziś szlak i dziś knajpa w Bryce. Bon Jour people!

utah saints

Pictures/Zdjęcia

W latach 90. A dokładnie na ich samym początku dostaliśmy do domu TV kablową. Stałem się fanem MTV. Oglądałem wszystko jak leci.

Były to szalone czasy rave i techno music. I taka piosenka się pojawiła. Chamski beat, ambient. Ale pan krzyczał „Utah saints. Utah Saints“. Podobało mi się.

2002 rok Igrzyska Olimpijskie w Salt Lake City.

2015 rok wybrałem się na najdłuższe (wtedy) wakacje. I między innymi namówiłem Państwo na pojezdkę. Padło na Arches National Park. Można się tam dostać albo z Salt Lake City albo z Las Vegas. Jeden pies, ważna cena biletów. To padło na mormonów. Na JFK już na dzień dobry 3 godzinne opóźnienie. Coś nie dobrze było z wlewem do paliwa na skrzydle. Także późno dolecieliśmy. Nie ważne. Wycieczka niesamowita.

I teraz też padło na SLC. Vegas dużo droższe, także mormony znowu.

Zabukowaliśmy auto na Thrifty. Według planu lądujemy o 23.59. Tak się Ula zapytała mnie w międzyczasie „A do której czynna nasza wypożyczalnia?“.

– według google do 1 rano

Ale w mailu potwierdzającym wypożyczenie wychodziło, że od 00.00 do 23.59, czyli prawie całą dobę. Zadzwoniłem do wypożyczalni i pani beznamiętnym głosem oświadczyła

– zamykamy o 1, otwieramy o 7

– a co jeśli mój samolot się spóźni? Mamy przechlapane?

– wypożyczalnia jest czynna do 1, otwieramy o 7

 

Lekka panika. Stwierdziłem, że zobaczymy co będzie na lotnisku.

I się okazało, że pani pilot doleciała o prawie godzinę wcześniej!

Ale bagaże nam kazali nadać, niestety! Także czekanie przy taśmie nas czekało. Szybko poszło. Delta jakoś szybko wypluwa.

Wpadamy na Car Rental sekcję i oczywiście kolejka tylko do naszej firmy! BLIN!

Ula zaproponowała, żebym obszedł inne, puste firmy. Jako, że Ula jest stąd, to nie musimy płacić za ubezpieczenie, więc wypożyczenie nie jest aż takie drogie. Zapłaciliśmy już w sumie 79 dolarów za 3 dni.

Dochodzę do Enterprise i rozmawiam z panem ile kosztuje niemałe auto. „129$ bez podatku“. Poprosiłem o zwłokę i pobiegłem do Uli. Okazało się, że Dolar Car cośtam też ogarnia Thrifty klientów. To ja do Dolara, Ula w Thrifty. Ale ni *uja kolejka się posuwa. Powiedziałem, że pal licho te 79$, i idźmy, i weźmy nowe auto. Te 129$ plus podatek to było za SUV, pogadaliśmy z panem, żeby coś mniejszego dał. Jak to w Ameryce – let me see what i can do for you. Nissan Rogue w cenie mniejszego auta, czyli 94$. Od ręki. W Thrifty nadal nic się nie ruszyło. Wzielim!

Po drodze zaproponowałem, że zadzwonię do Thrifty i anuluję rezerwację.

No bo jeśli w mailu piszą, że całodobowa, a w życiu, że do 1 rano, to niestety nie zdążyliśmy i pech. Anulacja. Udało się.

Co mam mówić o Utah i ich parkach?

Przepraszam za mój francuski/pardon my french – prze-kurwa-pięknie!

Zion, Bryce, Antilope – te parki chodziły za mną od dawna. Myślałem, że Zion będzie bardziej jak Arches – górzyste, pustynne. Ale nie, okazało się miksem Yosemite i Arches. Czyli skały czerowne i jednak wspinaczki, drzewa, małe lasy.

Springdale – miasteczko piękne, zielone, tętniące życiem. Moab przy Arches większe było, bo miało skrzyżowania. Springdale nie. Ale bogata gmina, bo autobusy za darmo po mieście. I park dziś też za darmo, bo cośtam.

Wg mapy przeszliśmy większość łatwych tras, średnich w ogóle, a z trudnych też z kilka.

Przy Visitor Center zgodnie stwierdziliśmy, że wybieramy Hidden Canyon. 3 godziny w dwie strony.

Oj było pod górkę! Zadyszani doszliśmy. Pięknie na każdym kroku. Różnorodność. Po lewej masz ściany czerwone od żelaza, a po lewej zielone, zamszone. Tu skałka taka, tam piasek. Tu się musisz wspinać po drzewie, tam po skałkach. A po przysypanych piaskach skałkach ślisko. Dużo ludzi spotkaliśmy. Para z North Carolina była najfajniesza, bo zrobili nam zdjęcia, a my im.

Tak teraz sobie myślę. Miasta mi się podobają. Dają energię do działania, do aktywności. Ale natura? Ładuje baterie. Poznajesz swoje miejsce na Ziemi. Jesteśmy mali. W drodze powrotnej, zszedłem ze szlaku i odkryłem dużą skałę, na której się mogliśmy położyć, poczuć się jak w niebie (przynajmniej ja).

W drodze powrotnej oblecieliśmy jeszcze małe szlaczki i wróciliśmy do wsi.

W knajpie zamówiliśmy sałatki, bo nadal po pysznym burgerze na lancz byliśmy pełni.

Mormońska ciekawostka. Już w 2015 roku nauczyliśmy się, że do sklepu monopolowego lepiej zdążyć. Bo jak zamkną, to szukaj wiatru w polu. Ale dziś nowinka – pytam się pani jakie ma piwo. A ta, że nie może rozmawiać z nami o alkoholu. Ale była tak miła, że podała nam kartkę z listą win i piw. Pytam się, które piwo rekomenduje.

– nie mogę rozmawiać o tym

– ? To poproszę Amber Ale

– bardzo popularny wybór

Hm, siki. Woda, a nie piwo. Ale cóż, podróże kształcą.

Przyznaję uczciwie, sałatka z krewetkami była dobra.

Co do Zion. Przepiękna, soczysta zieleń. Co chwilę byłem pod dużym wrażeniem. A biorąc pod uwagę brąz gór? Niesamowite zestawienie. 22 000 kroków zrobione. Prawie na WTC w Nowym Jorku się wdrapałem, bo mówi apka na telefonie, że ponad 105 pięter.

Zion polecam. Arches też. Ciekawe co jutro w Bryce!

Pogoda świetna! Na dwa dni przed Ula komunikuje:

– sprawdzałeś pogodę na nasz wyjazd?

– nie. Jeszcze nie

– minus 2 stopnie!

– ooo

Ale na szczęście dziś było ponad 20. Tylko nie wiem po co te kurtki brałem!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑