heh, właśnie mnie Arek-Zegarek poinformował, że w Trójce Paweł Kostrzewa prowadzi audycję Trójkowy Ekspress! Słuchało się tego na studiach i po. Przecie to pan Paweł pokazał mi The Twilight Singers. Ze 20 lat go nie słyszałem!
Trójka w tym roku faktycznie punktuje i z martwych powstaje. Raz na jakiś czas byli redaktorzy wracają na antenę. Marek Niedźwiedzki był. Anna Gacek też. Piotra Kaczkowskiego też można posłuchać. Stara się pani dyrektor, stara.
Pawła Kostrzewę bardzo lubiłem. Fajny miał głos. Bardzo radiowy. Jakie „miał”! Nadal ma!
PawełKo podsumowuje ćwierćwiecze. Jak to brzmi! Ćwierćwiecze. Ostatnie 25 lat. 25 lat nowego millennium! Czas leci. Pamiętam jak dziś panikę przed Y2K.Heh, żyjemy, nic się nie stało.
Dziwnie tak bez tych kluczy. 22 grudnia stałem się bezdomny. Chatę opchnąłem i nie mam gdzie mieszkać. Dobrzy ludzie mnie przygarnęli na razie. Ale od 12 stycznia będę chyba pod mostem.
Przyszli właściciele oglądali mieszkanie przed wycieczką do Miasta, czyli na początku października. A może to był koniec września? Nic to. Ponad miesiąc był ciszy. I się odezwali w listopadzie. Zdecydowali się. Zapytali kiedy mogę wyprowadzić się. Jak powiedziałem, że z końcem roku, to poprosili, żeby szybciej. No i tak się zgodziłem na 22 grudnia. I się wkurzyłem, bo w sobotę 27 i poniedziałek 29 grudnia w oknach było ciemno! Tak im się spieszyło! Syn student 3 roku. Przecie przerwa świąteczna jest, pewnikiem mogłem pomieszkać do dziś, czy coś! Tak im śpieszyło. Pewnie młody siedzi na wsi z rodzicami i świętuje. A ja się tułam po ludziach. Eh.
Ooo! The Twilight Singers w radio!
Nowy lokal na razie niedostępny. Bo najemcy okupują. Niby chcą się do końca roku wynieść. Dziś dostałem maila od pośredniczki, że jednak w połowie przyszłego miesiąca, bo do domu na święta na Ukrainę chcą jechać. Też mnie zgrzali, bo we wspomnianych wcześniej dniach i u nich było ciemno. Tak się pewnie mocno pakowali, że albo zapomnieli zapalić światło, albo i światło też spakowali. Mhm! Zobaczymy przy przejmowaniu liczników.
Także dziwnie tak bez kluczy. Tak bez niczego. Pakowałem się wczoraj na wyjazd sylwestrowy do Szwecji i się zdziwiłem, że tylko dowód i okulary ze sobą zabieram. No i słuchawki. Tak bez kluczy. Dziwnie.
Muzykę szwedzką lubię. Od dosyć dawna. Zawsze wydawała mi się taka … skandynawska. Jakoś za norweskimi i duńskimi szlagierami nie przepadałem.
Najbardziej lubiłem Roxette. Później doszedł Kent. Inni też się przewijali przez moje muzyczne fascynacje. Kent już pewnikiem nie zagra razem, więc nie ma co marzyć. The Hives widziałem w ubiegłym roku – hałaśliwe i energetyczne chłopaki.
The Cardigans zauważyłem w takiej głupiutkiej pioseneczce Carnival. Głupiutkiej, ale bardzo urokliwej. Później było gorzej, bo przeboju filmowego do Romeo i Julii nie mogłem znieść. Pamiętam, jak witaliśmy 1999 rok w Żegiestowie. Często przesiadywaliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy MTV. Polowaliśmy na Mariah Carey i jej słodki przebój „Sweetheart”. I wtedy często prezentowany był My Favourite Game. The Cardigans wydał dwa miesiące wcześniej kolejny album – Gran Turismo. Fajny klip, piosenka też świetna.
Później chyba kariera ich przygasła, ale wciąż byli aktywni. Wydali dwa albumy w 2003 i 2005 … i już. Koniec. Nina Persson, w pierwszej dekadzie milenium, wzięła udział w projekcie A Camp i wydała solowy album w 2014. I koniec. Można rzec – słuch o nich zaginął.
Z każdej płyty mieli znaczące dla mnie przeboje. Z Long Gone Before Daylight był sentymentalnie brzmiący For What It’s Worth. A z Super Extra Gravity, inny niż inne ich piosenki – I Need Some Fine Wine and You, You Need to Be Nicer. Wracałem często do tych piosenek. Grało mi ładnie w uszach.
Jakiś czas temu Suzi powiedziała, że czasem widuje Ninę Persson w pociągu do Kopenhagi. Wokalistka wróciła z Nowego Jorku (gdzie mieszkała z mężem) do Malmo właśnie. Ze względu na rodzinę i dzieci. Ale zapowiedziała od razu, że nie ma szans na nagranie albumu z kolegami. Powiedziałem wtedy mojej serdecznej koleżance, że fajnie by było The Cardigans zobaczyć na żywo. Ale stwierdziła, że raczej marne szanse. I jakąś chwilę po tym zdarzeniu wypatrzyłem, albo ktoś mi uprzejmie doniósł, że na South Ocean Festival w Malmo 13 lipca 2024 roku zagra … The Cardigans. Szwedzki Robert szybko kupił bilety na festiwal. W ramach akcji „early bird” było całkiem przystępnie. Później bilety stały się trochę kosztowne. Ale nie wiem, jako że to było moje marzenie, to nie zapłaciłem za nie.
Czas oczywiście zleciał piorunem. Klasyczne szast-prast.
W międzyczasie okazało się, że większy Bąbelek wraz ze swoją szanowną dziewczyną wybierają się na zwiedzanie Malmo i Kopenhagi. A trochę później dołączyła do nich moja siostra z młodszym Bąbelkiem. Jako że nie wszyscy Szwedzi chyba lubią The Cardigans, Robert oddał swój bilet mojemu chrześniakowi, a sam zajął się resztą wycieczki.
Do Szwecji zalecieliśmy dzień wcześniej, oddychając z wielką ulgą wysiadając z samolotu w Kopenhadze. Była gigantyczna różnica pomiędzy warszawskim +33 stopniami, a skandynawskimi +18! Szło żyć.
Niestety całą sobotę lało. Deszcze ustały dopiero o 18. Ale The Cardigans zaczynało występ dopiero o 22.30, także nie było najgorzej. Na festiwal weszliśmy dopiero po 21. Obok, na scenie mniejszej Czarna Kurtyna (Svart Ridå) występowała. Coś w stylu umieram za grzechy nasze i będę wyć o tym. Bo śpiew to nie był.
Taki opis znalazłem w necie:
Svart Ridå is a new local band from Malmö making dramatic and very cinematic music somewhere halfway between pop and rock.
No to by się zgadzało.
Kilka chwil przed 22.30 na scenie zaczęły się pojawiać po kolei litery, które finalnie stworzyły napis – the cardigans. Zaczął się show.
Nina Persson weszła w takim zielonym kostiumie, z żabotem. Powiało chłodem. Oho, królowa śniegu – pomyślałem sobie. Ale to było mylne. Fajnie zagrali. No może wokalistka nie jest zbyt wylewna i rozmowna, ale widać było od razu, że nie ma mowy o żadnej barierze między nami. Cieszyli się grą. Widać było, że jeszcze nie są pewni siebie, że dawno nie grali. Miesiąc wcześniej wystąpili na festiwalu w Sztokholmie.
Panowie dali czadu. Muzycznie brzmiało to bardzo dobrze. Nina dawała radę ze śpiewem. Powiedziała może ze dwa lub trzy krótkie zdania do nas. A tak to tylko czasem krótkie „tack” (czyli „dziękuję). Raz powiedziała, że fajnie, że już nie pada. Raz powiedziała, że dawno nie grali i się ogólnie bardzo cieszą i mają nadzieję, że miło wieczór spędzamy. Pardon my Swedish. Nie wszystko jeszcze rozumiem.
Zagrali fajnie dobrany zestaw piosenek. Około połowy nie znałem, ale brzmiało to wszystko jak stare, dobre The Cardigans.
Losing a Friend
Step on Me
Erase/Rewind
Communication
And Then You Kissed Me
Slow
For What It’s Worth
Happy Meal
Carnival
Marvel Hill
Junk of the Hearts
Live and Learn
You’re the Storm
Feathers and Down
Good Morning Joan
Hanging Around
Give Me Your Eyes
Higher
Lovefool
I Need Some Fine Wine and You, You Need to Be Nicer
My Favourite Game
Sprytnie przeszli z utworu Happy Meal do Carnival. Nina zgięła się w pół po skończeniu pierwszego utwory, żeby po pół sekundzie wystrzelić do góry śpiewając:
I will never know ‘Cause you will never show Come on and love me now Come on and love me now
Tłum od razu wpadł w euforię. Zaczął podśpiewywać, klaskać. Sporo ludzi jednak się zebrało. Moi szwedzcy znajomi mówili, że zespół jest całkiem popularny i chętnie Szwedzi przyjdą ich zobaczyć.
Podczas końcówki jednego utworu Nina Persson szybko uciekła ze sceny. Panowie grali dalej. Myślałem, że coś się jej stało. Po skończeniu plumkania przez band, któryś z panów zaczął przywoływać ręką koleżankę. Wyszła ochoczo, ale już w innym stroju, czyli pobiegła się przebrać. Fajne miała botki. Od razu skojarzyły mi się z okładką płyty Kate Bush – The Red Shoes. Dziwne. Nie wiem czemu.
Pani piosenkarka jest bardzo zdolną muzykantką. Nie tylko śpiewa, ale również gra na harmonijce i gra na gitarze. Na trąbce chyba już nie umie, bo pan przyszedł na scenę i zadął nam (chyba) podczas For What It’s Worth.
Na koniec zespół zostawił sobie My Favourite Game. Jak poleciały pierwsze dźwięki wraz z laserowym, migającym światłem, to wszyscy oszaleli.
Po wszystkim zespół ukłonił się, zabił nam brawo i sobie poszedł. Bisów nie przewidywali.
Wzruszyłem się tym koncertem. Wracałem myślami do lat 90-tych, do mojego uwielbienia dla tego zespołu. I pomyślałem sobie, że wtedy nawet mi do głowy nie przyszło, żeby pomyśleć, czy też zamarzyć o tym, żeby ich kiedykolwiek na żywo zobaczyć. A gdyby nawet taka myśl mi wtedy do głowy przyszła, to by było to w strefie nierealnych zachcianek. Fajnie jest mieć marzenia i spełniać je. Nie ważne czy duże, czy małe. Po prostu fajnie jest czasem coś osiągnąć.
Wczoraj wróciliśmy do Polski. Na dzień dobry dostałem żarliwym podmuchem w twarz. Jak żyć? Dziś praca zdalna w klimatyzowanym mieszkaniu. Uff jak gorąco.
Tak mogę ocenić moje przeżycie tego festiwalu w Malmo. Zorra! Ale, bo zawsze jest jakieś ale, musze zacząć od genezy. Nie pamiętam, czy konkurs Eurowizji oglądałem przed 1994 rokiem, czy nie. Wiem, że widywałem w telewizorze te konkursy. I mogę powiedzieć tyle, że nie były to piosenki dla mnie. Szczególnie jak musieli śpiewać w ojczystych językach. Najbardziej podobało mi się przyznawanie punktów, bo to po francusku często było i ja przecie Maciej Cyferka mam imię i matematyka się mnie ima.
Ostatnimi laty świadomiej przyglądałem się tej zabawie. A to wszystko dzięki … o mój boże Artur Orzech. Bo to on mi się kojarzył z tym programem. I pamiętam takie piosenki jak…
Nie wspomnę już Secret Garden i ich zwycięskie „Nocturn” z połowy lat 90. No można by mnożyć przykłady. I nie zapomnijmy o „Arcade” Holendra Duncana Laurence’a. W ogóle ta Holandia to sprytne w te piosenki jest, bo uwielbiałem De diepte i jej s10 (albo odwrotnie. S10 to chyba artystka. R2D2).
Ojej. Muszę zakończyć wspominki, bo mi do głowy przyszła …
Także festiwal znałem, czasem zerkałem, czasem lubiłem niektóre pieśni. Zorra!
Zmiana nastąpiła w 2022 roku, bo Szwedzi uwielbiają muzykę i ABBA’ę. Oni i Włosi wybierają swojego delegata w drodze konkursu. W Szwecji nazywa się to Melodifestivalen. W 2022 tak nieśmiało zerkałem, ale później to każdy odcinek widziałem. Oni organizują 5 półfinałów i w finale jest ostateczna rozgrywka. Głosują wszyscy – 3 latki i 73 latki. Na koniec kilka krajów europejskich daje głosy.
Eurowizję 2022 obejrzałem już od początku do końca. I wybrałem z 6 fajnych piosenek! Kalush Orkiestra z Ukrainy (zwycięzca), wspomniane S10, portugalka Maro i jej piękne „Saudado, Saudado”, Rosa Linn z Armenii i jej „Snap”, Czesi We Are Domi „Lights off”.
A reprezentantkę Szwecji widziałem nawet na żywo w Ystad rok później. Fajna, kontaktowa dziewczyna – Cornelia Jakobs.
Wracając do Melodifestivalen, w 2023 roku podobało mi się kilka utworów i każdy kto by nie wygrał śmiałoby zawładną Europą. Podobał mi się wtedy:
– Mikrus i Makrus (org. Macrus & Martinus, ale oni tacy drobni, że ja ich tak nazywam. Poza tym ten norweski jakiś dziwny. Wolę szwedzki).
– Linkin Park, czyli Smash Into Pieces „Six Feet Under”
– L’oreal (uśmieszek) “Tattoo”
Od razu jak Loreen wygrała swój odcinek, to moi znajomi zaczęli bookować hotele w Sztokholmie. Dwa weekendy, bo nie wiedzieli, kiedy dokładnie będzie Eurowizja 2024. Byli pewni, że Szwedka pokona bliźniaków z Norwegii i wygra Melodifestivalen. I tak się właśnie stało. Obawy były już w maju związane z tym, czy Europa polubi i masowo zagłosuje na Fina i jego „cha cha” i sprzątnie Loreen kryształowy mikrofon sprzed nosa. Ufff. Głosowała. Ale nie aż tak. Po odebraniu lauru-mikrofonu, kiedy wiadomo było, że Eurowizja 2024 odbędzie się w Szwecji, ceny hoteli w stolicy tego kraju poszybowały szybko. Zorra!
Suzi nawet zapisała się do fan klubu Eurowizji, bo miała nadzieję, że jako członkini będzie miała pierwszeństwo w zakupie biletu. Nie miała. Bilety było ciężko dostać. Ale udało się. No i oczywiście po raz kolejny coś tam w Sztokholmie nie wypaliło i konkurs zorganizowali w Malmo!
Wspomnę jeszcze polski akcent z ubiegłego roku. Mnie się Blanka podobała. Pisałem już o tym. Fajna, wesoła dziewczyna. Nogi do nieba. Piosenka wakacyjna, lalalalala. I zdecydowanie uważam, że Jann był tragiczny w preselekcjach polskich. Nie rozumiem tego zbulwersowania. Sapiący chłopak vs nieumiejąca śpiewać dziewczyna.
W tym roku to samo – wielkie mecyje, że Justyna nie wygrała. Hm, nie podobało mi się to w ogóle. Fatalny angielski. Loreen wygrała już, drugi raz taki utwór nie przejdzie. Luna była lepsza, ale też uważałem, że piosenka taka o 10 lat spóźniona. My jesteśmy dobrzy w Eurowizję, ale zawsze o krok do tyłu jesteśmy z tymi piosenkami. Jak wygrał ukraiński Norweg z „Fairytale”, to rok później nasz na podobną modłę się zaprezentował.
pokazałem Justynę Steczkowską i Lunę moim szwedzkim przyjaciołom i stwierdzili zgodnie, że Luna ma spore szanse. Niestety, półfinał jej się nie udał. Kiepsko wypadła. Nie było jej słychać. To samo w drugim półfinale spotkało Dunkę Sabę i jej „Sand”. Fajny, zgrabny utwór, ale na żywo nie wypadło dobrze.
W 2024 roku myślałem, że norwescy bliźniacy nie wygrają Melodifestivalen. Byłem pewien, że albo Maria Sur, albo Jacqline wygra. Zorra!
No jeszcze nie taki ostatni był Liamoo „Dragon”. Kim Cesarion „Take My Breath Away” też miły dla ucha (ale przepadł w półfinale). Ale wygrali norwescy bliźniacy – Mikrus i Makrus. Byłem pewien, że wygrają później całą Eurowizję, choć z drugiej strony wiedziałem, że nikt nigdy nie obronił tytułu (przynajmniej w ostatnim 30-leciu).
Także uczestnicy wybrani. Czekaliśmy na maj. Z biletami w dłoni. Suzi zaproponowała, żeby iść na próbę generalną finału, a sam finał obejrzeć u nich w domu. Zgodziliśmy się.
W Malmo cały tydzień był festiwalowy, ale niestety w cieniu konfliktu Izrael-Palestyna. I to dużym cieniu. Miasteczko festiwalowe zorganizowano w Folkets Park, do którego można dojść uliczką o przemiłej nazwie … Gaza Street. Uroczy też był Palestyna Rondel (rondo). Niestety, czuć było coś w powietrzu. Widać też było policję albo wojsko na dachach pobliskich bloków. Policję ściągnęli z Danii i Norwegii. Bali się o bezpieczeństwo. W tym parku też było niby festiwalowo, ale jakoś tak dziwnie spokojnie. Gwiazd też tam nie było za dużo. Szkoda, bo Szwedzi umieją się bawić i są bardzo pogodni.
W tygodniu festiwalowym odwiedziłem muzeum ABBA’y
oraz spotkałem …
Nie wiem, czy wszyscy wiedzą, ale jestem patronem Radio 357. Uwielbiałem Trójkę, uwielbiam teraz Radio 357. Jest najlepsze. Kiedy słuchałem sobie Stonowania w niedzielę i pani prowadząca powiedziała, że za tydzień będzie zastępstwo, bo wybiera się do Malmo na Eurowizję, to pomyślałem sobie „o-o. może się spotkamy?”. I się spotkaliśmy. W Folkets Park, w dniu, kiedy Robin S występowała, zerknąłem sobie w bok i zobaczyłem Olę Budkę. Przepraszam, panią redaktor Aleksandrę Budkę. Chwilę się krygowałem, czy podejść, bo nie lubię się narzucać. Ale stwierdziłem, że się narzucę. Nawet mam pamiątkowe zdjęcie. Bardzo sympatyczna osoba. Szwedzi się pytali mnie później kto to. Wyjaśniłem. Opowiedziałem o tym, co się stało w maju 2020. Jak niedobra pani Baba Jaga z Zarządu Polskiego Radia zamiotła swoją miotłą fajnych ludzi z Trójki i jakich to szkód narobiła. Zorra!
Do Malmo Arena wszedłem szybko. Ale przypadkiem. Irena stała w długiej, zakręconej kolejce. Takiej na godzinę. Spotkaliśmy się z nią i sobie staliśmy. Musiałem nagle pójść za potrzebą. Postanowiłem więc wyskoczyć do Emporii (galera handlowa kilka kroków od Areny). Wracając zobaczyłem pustą bramkę. Zapytałem się innych, czy to jakieś VIP wejście jest, czy plebs też się może przecisnąć. Nikt nie wiedział. W takich sytuacjach nauczyłem się, że na bezczelnego się wchodzi. Zorra! To znaczy z pewnością siebie. Nie należy się wahać i rozglądać, bo od razu wiadomo, że ktoś się prześlizguje!
W środku Areny fajnie. Nie było tłoczno. Ciekawe było, że można było kupić alkohol normalny, bo bardzo często na festynach czy imprezach masowych albo nie ma, albo jest słaby alkohol. W Szwecji, w normalnych sklepach możesz kupić alkohol tylko do 3,5%. Nawet piwo, które w Polsce normalnie jest 4 czy 5%, to tam jest max 3,5. Jak chcesz coś mocniejszego, to zapraszamy do System Bolaget. W Utah było znacznie gorzej, bo Liquor Store na każdym rogu nie był.
Także siedliśmy na naszym miejscu. Efekt WOW został osiągnięty piorunem. Szalenie mi się podobało. Z Suzi poszliśmy zamoczyć pyszczek ekskluzywnym trunkiem, a Irena i Robert zostali na widowni. Wiadomix, starsze państwo.
Na szczęście Irlandka nie pojawiła się na próbie generalnej. Zaprezentowano ją z odtworzenia. Matko boska, to chyba najgorszy utwór jaki kiedykolwiek słyszałem. Córka Szatan i jej szatanizmy na scenie. Koszmar. Holendra zdyskwalifikowanego też nie opłakiwałem. Ta piosenka (Europapa) nie była nagrana dla mnie. Ale oczywiście jak go wyrzucili z konkursu, to głosy się podniosły, że wygrałby, bo taki wspaniały utwór. No nie jestem taki przekonany.
Samo show zrobione na światowym poziomie. Ale ewidentnie było to show telewizyjne. Słychać miejscami było tak sobie. Loreen, która wystąpiła na koniec brzmiała, jak miauczący kot. Wszyscy ewidentnie wdzięczyli się do kamery. Widownia dla nich nie była aż tak istotna. Artyści mieli odśpiewać piosenkę i wypaść dobrze w telewizorze. Prowadzące też dosyć sztywne. Choć Szwedzi twierdzą, że Petra Mede wypadła ok. No widocznie takie poczucie humoru mają. A Malin Akerman wyglądała ładnie i czytała z promptera poprawnie. W tym roku odniosłem mocne wrażenie, że to nie jest festiwal piosenki. To jest festiwal pokazów scenicznych. Kto lepiej i dziwniej się zaprezentuje, ten ma większe szanse. Rammstein, to znaczy Baby Lasagna z Chorwacji nie porwał mnie. Irena mogła go nawet gościć u siebie w domu, bo artysta się integrował z mniejszością chorwacką, a kuzynka Ireny w jakimś zespole pieśni i tańca chorwackie Mazowsze się udziela. Baby Lasagna miał jakąś foto sesję pod Turning Torso i kuzynka nawet dzwoniła do Ireny, ale ta akurat zasnęła, nie odebrała i Baby Lasagna nie miał szansy podziwiać Malmo z 47 piętra. A szkoda, bo fajny widok. 57? 47? Nie pamiętam.
Szkoda mi było Izraelki. Dziewczyna lat 21 bardzo dzielnie zniosła gwizdy i buczenie. A piosenka była całkiem zgrabna.
Portugalka mnie urzekła, porwała, zahipnotyzowała. Piękny to język. Sam nie wiem jak to się stało, ale od początku do końca wysłuchałem występu w bezruchu.
Ukraina, jak zwykle na plus. Niemiec bardzo ciekawy, ale chyba to nie piosenka na festiwal. Może chłopak zrobi karierę, bo głos fajny, piosenka dobra. Disco też lubię. I rave’owe klimaty też. Także Cypr i Austria mocno na plus (wróciły wspomnienia z lat 90.). Francuz z bardzo dobrym głosem. Francuski też dobrze się w piosenkach prezentuje. Szczególnie w balladach.
Szkoda mi było Norwegów reprezentujących Szwecję. Naiwnie spodziewałem się wygranej. Ok, ok, nie było szans na powtórkę. Ale 9 miejsce to zdecydowanie za nisko.
Uważam i powiem to śmiało, że ABBA pokazała środkowy palec swojej ojczyźnie. Uważam, że Król i Królowa powinni ich wygnać z kraju (o ile ktoś oprócz Agnethy mieszka jeszcze w Szwecji). Gdybym ja w 1974 był nieznanym w Europie i takim przeciętnie znanym artystą w swoim kraju i dzięki zwycięstwu dorobił się na wielu płaszczyznach, to bym się pojawił po 50 latach w domu i podziękował. Awatara bym nie pokazywał. Rozumiem i doceniam, że w pewnym wieku głos już nie ten sam i nie ma co męczyć widowni, ale zwykłe „Tack/Thank you” mogli byli powiedzieć. A tak, to dwie panie Szwedki, laureatki sprzed lat, zaśpiewały z Conchitą Wurst przebój ABBA’y (nie wiem co tam robił Austriak). Także ABBA u mnie nie grała, nie gra i grać nie będzie. Zorra!
Wracając do finału majowego. Najbardziej ciekawym występem był, jak dla mnie, Anglik, Olly Akexander z zespołu Years & Years. Wizualnym występem. Akcja działa się w … toalecie. Raz z boku, raz do góry nogami. Ciekawie to zrobili w telewizorze. Ale nie będę zdradzał co się działo naprawdę na scenie. Tajemnica eurowizji. Wszyscy spodziewali się, że wysoko Anglik będzie, bo przecie Years & Years hity miał i Europa ich zna. Ale piosenka była mocno średnia. Ludzi nie porwało – jury co prawda dało im 13 miejsce, ale widzowie przyznali im 0 punktów. Finalnie 18 miejsce (na 25 krajów).
Za nim o tym, co mnie urzekło i co mi teraz gra, to powiem tak – na Eurowizję się już nie wybiorę. No chyba, że w Polsce się odbędzie. To może wtedy. Przeżycie niesamowite, ale chyba tylko na raz. Nic dwa razy się nie zdarza – jak pisała nasza noblistka. Warto zobaczyć jak takie telewizyjne show powstaje. To polecam każdemu. Bo co innego widać na scenie, a co innego w tv. Wszystko musi był zsynchronizowane, bo każdy przecie ma inną scenografię. Zorra!
No właśnie, Hiszpania mnie urzekła, oczarowała. Ponoć sporo Hiszpanów było na widowni, bo zdziwiło mnie jak mocno słychać śpiew widowni. Ale w sumie sporo Szwedów wybiera Hiszpanię na drugi dom i miejsce urlopów, to w sumie czemu nie. No i w sumie dwa dni po Eurowizji polecieliśmy na krótkie wakacje do … Barcelony.
ech, czas gna! Tylko na mojej pralce jakoś wszystko się ciągnie i dłuży. Ale urządzenie nowe, mające ciut ponad rok, więc nie dziwota. Już kilkukrotnie pisałem, że czas biegnie szybciej jak się starzejemy.
Z moją pralką jest tak, że co chwila się łapię na tym, że to co na wyświetlaczu nie jest prawdą. Że godzina i 37 minut, to prawie dwie godziny. A wirowanie, które oryginalnie ma trwać 10 minut, to trwa … 10 minut ale chyba w twilight zone! W czwartek spóźniłem się do pana mojego przez przepierkę. Mówiłem mu, że będę przed 10. A że była 7:40, to stwierdziłem, że białe nastawię. No szef akurat nie jest małostkowy, więc nie było problemu. Aha, uwielbiam długie weekendy. Przeprawa przez inwestycję pn. tramwaj do Wilanowa do pana mojego trwała szokujące 10 minut autobusem! 10 minut normalnie to się przesuwa 500 m w normalnym dniu pracującym. Dobry maj.
My, my, my, Delilah
2 maja zawsze przed oczami staje mi obraz z 1992 roku, jak jadę na ulicę Handlową w Białymstoku, żeby bilet miesięczny kupić. Kompletnie nie pamiętam, czemu tam i czemu akurat w sobotę. I w głowie miałem piosenkę, a właściwie teledysk zespołu En Vogue – My lovin’ (never gonna get it), który dotarł tylko do 2 miejsca na liście billboardu, a tak mi się ten utwór szalenie podobał. Nie wiem czemu to pamiętam. Chyba faktycznie jestem genialny albo jakiś specjalny.
3 maja znowu top. Polski top. Pamiętam czasy, kiedy słuchałem tego w Stanach. Wtedy Trójka robiła taką zabawę. Dziś na szczęście Radio 357 i można sobie to odsłuchać, bo na szczęście wszystkie ich audycje są nagrywane i patroni mogą później nadrobić zaległości, albo wrócić do audycji.
Fajnie się słucha tego. Dziś piosenki brzmią inaczej, fajnie. Mam tylko kilka wyjątków – piosenki, których nie mogę zdzierżyć, mimo tego święta. Są to:
– dżem – wehikuł czasu
– dżem – czerwony jak cegła
– chłopcy z palcu broni – kocham cię
– myslovitz – długość dźwięku samotności – niestety top 5 w tym roku. Radio w Polsce zaszlachtowało ten utwór
A tak, to 131+ piosenek bardzo mnie radowało.
I sobie tak się top sączy. Na 2 godziny musiałem się wyłączyć, bo praca wzywała. 32. Bieg Konstytucji 3 Maja dziś się odbył i sobie z kilkoma ludkami z pracy poszliśmy zobaczyć, czy organizator sponsora głównego dobrze traktuje. I hymn sobie pośpiewaliśmy. Przejdziem Wisłe, przejdziem Wartę, będziem Polakami.
Ale sobie posłucham jutro tych zaległych dwóch godzin.
W tym roku radio dało szansę pochwalić się swoim głosowaniem. 100 głosów mieliśmy.
Mam 13 serc, ale nie mam innych narządów? Czym jestem?
A szperam sobie po necie i znalazłem pytania, na które dzieci szybko odpowiadają. Pierwsze pytanie było łatwe, bo odpowiedziałem w mig. Czyli to prawda, że my zawsze jesteśmy dziećmi.
Jestem wysoki (wysoka), kiedy jestem nowy (nowa). Kiedy się starzeję, robię się niski (niska). Czym jestem?
Odpowiedziałem od razu: świeczka.
Ale może to być i ołówek, i kredka.
Dodam jeszcze a propos ostatniego wpisu, że mam niby triathlonu unikać. Cholera, myślałem o tym. Jak ponad rok temu wróciłem na basen, to pomyślałem o tych zawodach. Rower lubię. 3 półmaratony przebiegłem. Woda była największym problemem. Ale jakoś mi idzie to pluskanie się w basenie. Czasem 40 basenów, czasem 60. To może? No, ale skoro pani doktór odradza, to chyba podziękuję.
Pytanie: Biedni to mają, bogaci tego potrzebują. Zjedz to, a umrzesz. Co to jest?
Odpowiedź: Nic.
Szperam sobie po necie i słucham piosenek. Radio 357 znowu robi top wszech czasów. Już miałem wybrane 101 utworów ale… Bo przecie zawsze jest jakieś ale. Dorzuciłem jeszcze 200 innych piosenek i teraz się głowię, na co głosować. Mam już 121 i muszę 20 wywalić. Ciężkawo. Inaczej piosenka brzmi na słuchawkach, a inaczej w domu na full, jak sobie śpiewam. Co za cholerstwo z tym topem. Nie mogą dać więcej głosów?
W tym roku postanowiłem głosować out-of-the-box. Nie żadne tam evergreeny, choć na My Way Franka Sinatry krzyżyk postawię, ale na Stairway To Heaven już nie.
Wybrałem sobie 50 centa, Kanye Westa i takie tam. Walczę sam ze sobą.
Pytanie: Nie jest żywy, ale rośnie. Nie ma płuc, ale potrzebuje powietrza. Nie ma buzi, ale woda go zabija.
Odpowiedź: Ogień.
Wyskoczyłem do Białego na weekend. Ależ piękna zima! Aż serce się raduje. Człowiek to jednak sentymentalny. Tęskni za takim białym klimatem. Odwiedziłem nawet liceum, bo mam sentyment, bo spotkałem tam fantastycznych ludzi.
Jarmark bożonarodzeniowy troszkę drogi. Grzaniec droższy na Rynku Kościuszki (18 zł) niż na Starówce w Waw (15 zł).
Ale ta mowa! Uwielbiam zaśpiew wschodni. Słucham i się uśmiecham. Nie wiem, zawsze mi się wydawało, że my nie zaciągaliśmy, nie mówiliśmy tak śpiewnie. I w ogóle w Białymstoku mówiło się normalnie. Dopiero jak wyjechałem, to TO słyszę. Pięknie. DLA mnie się to podoba.
Pytanie: Mam wiele słów, ale nic nie mówię. Czym jestem?
Odpowiedź: Książką
Święta zamierzam spędzić w Malmo. A tak na szwedzką nutę. Zobaczymy, jak oni celebrują narodziny Pana. Szwedzki fajny język. Kyrka to kościół, ale mówi się sirka. I też mają takie dwuznaczności, jak na przykład w rosyjskim – napisać. Jak dobrze zaakcentujesz, to piszesz. A jak źle, to sikasz.
W szwedzkim jest kissa (czytaj kissa) i kyssa (czytaj sisa). Sikać i całować. Albo odwrotnie. Nie pamiętam.
Polski też nie lepszy. Kiedyś mój lektor z Londynu opowiadał opowiastkę, jak poszedł do fotografa odebrać swoje … odbyty.
I know there’s something going on – Phil Collins na perkusji. Członkini Abby śpiewa. Postawić na to krzyżyk?
Pytanie: Które słowo w słowniku jest napisane niepoprawnie?
tak, zdecydowanie się wybiorę za ocean w tym roku. Mąż pani prof. ze Szczecina był, siostra cioteczna mi donosi, że w sierpniu się będzie wojażować do Miasta. Po raz pierwszy.
Powspółczułem jej terminu, ale zarazem pozazdrościłem. Lato w Nowym Jorku to makabra, ale w sumie da się znieść. Ja, z moimi potami, zniosłem. Trzeba z Ulą porozmawiać i rozejrzeć się za biletem. Ta pandemia już się przecie kończy. Początek końca – tak pan minister mówił ostatnio.
Paluszki mi uwolnili i poszedłem w tango. Na nowo zacząłem chodzić. I tu niespodzianka! Nie umiałem chodzić. Odruchowo stawałem na piętach albo na boku stopy. Pierwszego dnia wolności miałem skurcze łydek, lewego uda i ból prawej stopy. Szybciutko zapisałem się na wizytę masażysty. Poluzował mi trochę nogi.
Na siłkę wróciłem. Tym razem do S4 poszedłem, bo ten Zdrofit to … eh, szkoda gadać.
Miło, fajnie, przestrzennie. I 4 wieszaczki w każdej szafce!
Dziś, w ramach relaksu po słonecznym spacerze, przeglądnąłem internety. I znalazłem artykuł o selekcji krajowej do Eurowizji. Ojej. Nawet dali 9 teledysków. Jedna piosenkarka ukrywa się i dopiero w sobotę najbliższą, albo ciut przed, pokaże co nagrała.
Powiem tak. 8 propozycji nie zostało nagranych dla mnie. ale nauczyłem się, że jest taki gatunek piosenki jak … power ballad. Nie ballada, ale power ballad. I w tej dziesiątce są dwie power ballady, jedna zwykła ballada, jakieś popy, folk oraz … latino pop. Dziewuszka od nas z jakąś koleżanką z kraju latynoskiego nagrały coś razem. Takie słodko-pierdzące, letnie plumkanie. Jednym uchem wleci, drugim wyleci. Na wakacje może się sprawdzi.
Już mam zamykać internety, kiedy widzę pozycję ostatnią. Patrzę na język wykonywanej piosenki i widzę … nie wierzę własnym oczom, myślałem, że to żart, pomyłka … widzę język migowy!
Chyba w sobotę siądę przed laptopem i obejrzę te preselekcje i zagłosuję na tych miłych ludzi. Już cztery raz posłuchane było. Fajne!
Bardzo bym się nie zdziwił, gdyby ludzie, dla hecy wysłali ich do Włoch na konkurs piosenki.
Już nie zmienię teraz nic. Nie przewidział tego nikt – sparafrazowałem sobie tekst hitu sprzed lat.
Pisałem, donosiłem, żem na Wschód Wolski nadjechał. Do Mamy, do Papy, do Rodziny. Święta nadeszły. Zawiadamiałem na blogu gdziem był, com robił. Ale nie anonsowałem ze szczegółami jak minął dzień.
Jak minął dzień, jak minął dzień dzisiejszy. Jak minął dzień, czy warto się obejrzeć, czy z dala mu zawołać: żegnaj dniu!
No bo o czym tu było deliberować. Nic nadzwyczajnego. Aliści wydarzenia ostatnich godzin spowodowały, że muszę donieść, podzielić się tym paranormalnym zdarzeniem.
Otóż w Wielki Piątek, wyjątkowo, powtarzam, wyjątkowo, siadłem przed szklanym ekranem i skakałem po kanałach. W domu już nocna cisza. Na sam przód moim oczom ukazał się dokument, i to chyba nawet całkiem aktualny, o życiu Krzysztofa Krawczyka. Akurat dołączyłem do programu, jak artysta w latach 90-tych XX wieku już był. Czyli „kariera” w USA, przygoda z country i Elvisem, powrót do Polski, przygoda z muzyką puszczaną w Disco Relax, wielki hit z Bregovic’em i później Smolikiem. Na koniec nawet wszystkie słynne Trubadury się pojawiły. Ale co mnie uderzyło, to to, jak pan Krzysztof wyglądał w ostatnim czasie. Bardzo źle, kiepsko, jakby dni już naprawdę były policzone. Przeląkłem się jego widokiem. A lubiłem szalenie głos i piosenki (nie wszystkie) pana Krawczyka. Największą estymą darzyłem „Zatańczysz ze mną jeszcze raz, ostatni raz”. Na każdej zabawie w młodości musiało to być grane. I nóżką kręciłem na parkiecie.
Pamiętam rok 2008, kiedy to w pracy organizowałem piknik dla pracowników. Gwiazdą wieczoru był pan Krzysztof Krawczyk. Ile wtedy musiał mieć? 62? Czyli na chodzie, młody człowiek. Głos jak dzwon. Zabawa przednia. Po występie (dosyć statycznym w wykonaniu mistrza) podszedłem do przyczepy gwiazdy. Akurat fanka pukała do drzwi. Za autografem idola przyszła. Drzwi się uchyliły i zobaczyłem starego, schorowanego człowieka. Oj życie doświadczyło pana Krzysztofa.
Po programie zapowiedziano, że dnia następnego zostanie odtworzony recital artysty. Cóż, koncerty na żywo uwielbiam tylko te, na których jestem osobiście. Bez względu na wielkość, format gwiazdy. Także nie obejrzałem. Widziałem za to w Wielką Niedzielę fragmenty, a dokładnie rzecz ujmując, okruszki recitalu … Zenka Martyniuka. Osłupiłem się niewiarygodnie! Nie wiem jakim cudem ten pan zrobił taką karierę! Toż on śpiewać nie umie. Prowadzący (młody chłopiec) siedząc pokazywał przykuse skarpetki (albo spodnie) i w konsekwencji wąski paseczek gołej łydki. Fuj.
Wracamy sobie wczoraj do Wawy i gaworzymy ze Słodkokwaśną i jego Panią. Wspomniałem osobę pana Krzysztofa. Kolega dorzucił, że troszkę życia artysta liznął, wypił i wciągnął.
Wchodzę do domu, włączam internety i dowiaduję się, że pan Krzysztof Krawczyk już nam tu na Ziemi nie zaśpiewa. Mam nadzieję, że popłynął parostatkiem w piękny rejs.
Zatańczysz ze mną jeszcze raz, ostatni raz
Nim skończy się ten bal nadziei
Iskra błyśnie w nas i zgaśnie w nas
Jak niepotrzebna łza
Ostatnio znalazłem fotki z mojego ostatniego wyjazdu do USA. Krzysiek mi robił zdjęcia. Eh, to był dobry wyjazd. Texas, Elvis Presley, Miasto. Eh i eh. Ale ja nie o tym. Ale w sumie? Miałem pokazać język pączkom wczoraj. Ale …
ja w Nowym Jorku, listopad 2019, fot. Krzysiek Kurzaj
Łamiąca wiadomość: Zeżarłem wczoraj pączka!
Do 18.48 trzymałem się dzielnie. Nawet 6 pączków zjedzonych przez Pana z Europy na K. skutecznie obrzydziło mi pałaszowanie słodkości. A kolega dodał, że 6 to jeszcze nie koniec.
Za dnia zaszedłem do cukierni za faworkami. Nie mieli. Szybko uciekłem, żeby pączek nie pokusił.
Wieczorem musiałem wyjść dorobić kroki, bo na zakupach do Lidla zrobiłem tylko 7 000.
Przy bloku mam cukiernie/piekarnię. Zapytuję się o okrągłą słodkość. Pani mówi, że został im ostatni i właśnie pani klientka, którą przepuściłem w wejściu go nabyła. Ufff!
Po drugiej stronie ulicy jest kolejny przybytek z wypiekami. Do 18 czynny w tygodniu. Ale światło świecące się mnie zaintrygowało – czyżby? – pomyślałem.
Podchodzę do wejścia i widzę, że godziny otwarcia zamykają się o 18. A w środku pani myje podłogę. Ufff! Udało się – krzyknąłem w myślach zwycięsko – zero pączków w Tłusty Czwartek!
I niestety moje oczy dopatrzyły się kartki-samoróbki:
11 lutego, Tłusty Czwartek 9.00 – 19.00.
Kurczaczki!
No to nie mam zmiłuj. Wchodzę, pytam się o pączki. Pani prezentuje półkę. Jest jeden z różą i kilkanaście z powidłami. Biorę tego rodzynka. 4 zł.
Płacę, wychodzę i kątem oka widzę, że w drugim kącie cukierni leżą faworki!
Hej, głupi ty, głupi ty!
Pączek był jakiś niewyraźny (dlatego też takie foto) i świeży … ale rano.
Wtranżoliłem go w trymiga. Był ohydny. Żałowałem, że pękłem. Byłem tak blisko, żeby było ZERO pączków. To wszystko wina Lidla. Gdyby był 1 500 kroków dalej, to bym z domu nie wyłaził wieczorem.
Dziś poszedłem do mojego masarza po kaszankę. Zaproponował mi wczorajsze faworki po dychu. Dziś, to ja jestem asertywny. Nie zeżarłbym i ja za darmoszkę.
Muzycznie dziś skatowałem nowe dzieło Foo Fighters … 5 razy.
W radio 357 rozmowa z Margaret. Dziewczę wydało płytę Maggi Vision. Hm, ciekawe dźwięki, ale jakoś to nie brzmi autentycznie. Ale trzeba przyznać, że ciekawie muzycznie się rozwinęła dziewczyna. Po audycji sięgam do serwisu streamingowego. Oj, tego się jednak nie da słuchać. Wracam do Foo’sów.
Spokojnie, to nie o nabój (Патрон) chodzi. Ale tak, coś mi do głowy strzeliło.
Zostałem patronem. Od miesiąca i jednego dnia zasłuchuję się w radio 357! Od samego początku chodziło za mną wspieranie tego dzieła, ale postanowiłem posłuchać wpierw. Radio Nowy Świat też chciałem dofinansowywać, ale szybko okazało się, że za bardzo nie ma tam audycji dla mnie. Kilka dni temu założyłem w końcu konto na patronite i … coś nie klikło. Dziś poprawiłem się. 35 zł/miesięcznie. Nie mam Fejsa, więc nie wiem, jak to będzie działać, jak będę partycypował w tym projekcie. Ale jak to mówi mądre powiedzenie – pożyjemy, zobaczymy (Посмотрим).
Ten mój rosyjski idzie mi jak krew z nosa. Mój patron spełnił moje wole i zaprezentował mi i slang, i mowę potoczną, i mowę nowoczesną. Ależem dostał com chciał! Ni chu chu paniałem.
Wczoraj popełniłem swoją pierwszą sałatkę jarzynową. A zainspirowałem się dziełem, które Pani z Europy na K. wykonała na wigilię. Tzn. Termomix pomógł. Sałatka była palce lizać. Bo na parze warzywa zrobione. Ania gotuje i jej serwis dostają bana. Wszystko cacy, Ania tłumaczy jak chłopu krowie na miedzy. Dania ciekawe, a przepisy przystępne. Ale! Ania chyba ma jakieś inne gary, skorupy i piekarniki. Sernik raz robiłem. Coś mi podpowiedziało, żeby dać o 15 min więcej tego pieczenia niźli Ania prawi. Ufff! Dobra rada Maciek. Sernik i tak wyszedł, mam wrażenie, na styku. Mógł się jeszcze popiec. Ale co by było, gdybym wyłączył piec zgodnie z rozkazem kucharki z netu? Kupa!
No i ta sałatka warzywna. Nie wiem czemu mi się zawsze wydawało, że te warzywa się muszą strasznie długo gotować. A tu czytam, że Ania raptem półgodziny daje im. No to robię, jak pisze kuchareczka. Hmmmm, brambory mi się rozgotowały. Marchewka, seler, pietruszka jakieś miętkie. Ban!
Na szczęście dałem pokrojone japko, zielony groszek i ogórka kiszonego, to coś tam chrupie w buzi. Powiem nieskromnie, że sałatka całkiem, całkiem. Nie wiem tylko kto to zje, bo chyba ze 2 kilo mi wyszło. Ach! Sekret, czy też może wskazówka. Dałem majo i jogurt naturalny pół na pół. Mniam!
Wyczytawszy ostatnio na jakimś muzycznym brytyjskim portalu o jakichś przepowiedniach. Co było numerem 1 w danym czasie, wpłynie na Twoje życie.
I tak:
Piosenka, która była numerem 1 kiedy miałem 7 lat powie, jaki 2021 będzie dla mnie!
Pytanie. Kiedy ja miałem 7 lat?
Odpowiedź. Wtedy kiedy Bonnie Tyler okupowała szczyt listy przebojów swoim nieśmiertelnym hitem pt. Total Eclipse of The Heart. Oj! A Tom Waits nie mógł wtedy czegoś nagrać i podbić listy przebojów?
A jak inni się mają?
Początek listopada 1977 r. – Abba Name of the Game.
Piosenka, która była numerem 1 kiedy miałem 12 lat będzie moim hymnem kwarantannowym!
Wigilia Dnia Kobiet roku 1983 – Kylie Minogue I Should Be So Lucky. Hahahahaha. Dobre.
Ula z Texasu – Culture Club Do You Really Want to Hurt Me. Ooops
A co określi moje życie? Numer 1 kiedy miałem 14 lat!
I u mnie wychodzi Beats International Dub Be Good To Me. Jejks! Lubiłem tę piosenkę. Ten chłopak z gitarą to Norman Cook, czyli Fatboy Slim.
4 listopada 1984 r. – Chaka Khan I Feel For You.
Heh. To idę sobie pośpiewać te piosenki. Słońce świeci … będą dzieci.
Czyli mam już płytę 2021 roku. Bluszcz i ich Kresz! Widać i słychać, że młodzi artyści tęsknią (?) za latami 80. Nawet Nowe dzieło Darii Zawiałow (rocznik 1992) mocno inspirowane jest tamtym czasem. Cóż. Wydaje mi się, że lata 80. to jakiś kicz był. Choć uwielbiałem, to tak teraz na to patrzę. Na przykład zepsół Bon Jovi powstał 🙂
Żart. Każda dekada była fajna.
Oxford Drama okazuje się, że też jest z Polski! Oh. To będzie chyba dobry rok muzycznie. Usłyszałem ich Not My Friend. Przykuło uwagę mą i się teraz okazuje, że to z Wrocławia!
Trump chyba odszedł w końcu. Biden zaprzysiężony. Nowa Ameryka. Nowy rozdział. A Trumpa kiedyś widziałem na US Open w 2009 roku. Stanął koło mnie i Uli. Czekaliśmy na wejście na któryś kort.
Use Signal – powiedział Elon Musk. I świat zwariował. Kilka lat temu kolega z pracy mi zarekomendował ten komunikator. Okazało się, że oprócz niego i Krzyśka ze Staten Island nie miałem nikogo do konwersacji. To przestałem używać. A teraz, w styczniu, jakiś bum się zrobił na ten komunikator. Nawet chłopaki z grupy whatsappowej o nazwie „gramy w bada” zasugerowały przenosiny na Signal. Jest już nas tam trzech. Felipe coś się ociąga. Ale on jest jak stare hity Lady Pank (tekst z Bluszcza).
Używam też Telegram. Ponoć 500 milionów nowych użytkowników ostatnio uzyskali.
Ludzie chyba nie lubią MordoKsiążki. Dobrze, że z Anetką nie zakładaliśmy tam nigdy konta.