jedzenie,  życie

ta ostatnia niedziela

i się bawiłem pysznie.

Na rowerach spędziliśmy cały dzień. Ja, Słodkokwaśna (nazwijmy go Zdzisiek) i pani Słodkokwaśnej (nazwijmy ją Marysia).

Po głosowaniu się spotkałem na moście Łazienkowskim z koleżeństwem. Podbiliśmy do Miami Wars bo jakiś bazar winylowy otworzyli. Zdzisiek oczywiście przepadł, a my z Marysią się leżakowaliśmy. Woda się w rzece podniosła bardzo. Prawobrzeżna część jest tak zalana, że nie da się rowerem śmigać wzdłuż Wisły.

Zdzisiek nakupił sobie ze 3 płyty. Z Marysią ustaliliśmy, że chętnie byśmy zjedli w Pho2 (czytaj: fo kwadrat). Ale Słodkokwaśna się żachnął, że tam to nie, bo nie wziął aparatu i zdjęć nie będzie mógł zrobić. Zaproponował Makrell w barce Wynurzenie. Marysia foszka strzeliła, a ja bardzo chętnie się zgodziłem, bo nie znam tej knajpy z nordyckim jadłem. Jak zwykle zamówiliśmy wszystko, czyli:

– burger z grillowaną makrelą

– fryty z sosikiem

– kanapka ze śledziem

– makrela na ziemniaku

W barze drinkowym wzięliśmy po czymś pysznym i się zaczęliśmy zajadać. Mlask i mniam! Marysia coś tam kąsnęła, ale nadal foch, że nie o bułach i frytach myślała w tak gorący dzień.

No to wymyśliliśmy, że do tego Pho2 podjedziemy. Oh. U Marysi od razu humor się poprawił. A jak dostała swoje bon bo nambo, to już w ogóle pyś rozchmurzony. My ze Zdziśkiem po sajgonkach daliśmy – z krewetami i z mięsem.

Po drugiej stronie ulicy, w cukierni Odette postanowiliśmy sobie cukier podnieść i kawki popić. Pyszne miejsce. Na sam przód rzuciły mi się usteczka! Już miałem brać, alem zobaczył, że maliny mają, a ja jakoś nie za bardzo malinowy jestem. Padło na pistacjową tartę. Pięknie nam pani stół udekorowała pysznościami. Eh. Smacznie było.

Zdzisiek zaproponował jeszcze tatara w Elektrowni Powiśle. To podjechaliśmy. Jakiś teatr uliczny był. Sztab Czaskowskiego się rozstawiał na wieczór. Niestety nie miałem maseczki. Zdzisiek poradził, żebym mówił, że mam problemy z oddychaniem. Jak poradził, takżem zrobił. Ale okazało się, że pan ochroniarz też miał problemy z oddychaniem i mnie nie wpuścił. Nie chciało mi się kłócić, więc Zdzisiek poszedł zobaczyć, czy jest ten tatar w food court’cie. Nie było, więc żaden ambaras, że mnie nie wpuścił.

 

Podjechaliśmy na prawobrzeżną część do Lunaparku Warszawa. Oj. Ale zabawa. Najpierw mały drinczek. Jakieś martini z tonicem.

drink

A później!? Woah baby! Minigolf! Co za zabawa! Z 17 dołków w sumie było? Chyba jakoś tak. Na początku rozklepałem Zdziśka i Marysię. Ja 14 uderzeń, Zdzisiek 23, Marysia 22. Czy jakoś tak. I trafiliśmy na cholerny dołek numer 7. Zdzisiek pyknął go w 10 ruchach, Marysia w 21, a ja? Kurczaczki, 50!!! Później się gra znowu wyrównała. Prowadziłem na każdym dołku o 1, góra 2 uderzenia. Już myślałem, że nie dam rady. Ale ostatni dołek był wybawieniem. Udało mi się w 4 uderzeniach umieścić piłeczkę w dołku. I czekałem cierpliwie na towarzystwo. Po 18 nieudanych próbach Zdziśka nastąpiła gloria! Marysia już wcześniej odpadła z gry o pierwsze miejsce. Ale gra przednia. Polecam.

I tak fajny dzień. Tu podjedziesz, tam podjedziesz. Tu chillax, tam chillax. Tu #skubskub, tam #skubskub. Super dzień. Dzięki Marysia i Zdzisiek!

No i po 21 patrzę i się cieszę. A niech się teraz Duda poci i martwi. Wynik jest dobry. Mam nadzieję, że za 2 tygodnie nastąpi wypad.

Aha, jedna ważna rzecz. Komary się pojawiły! I ssą jak dzikie!

 

2 komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.