życie

ironie

Prawie jak aronie. Ale nie, nie o owocach będzie to wpis. No chyba, że o owocach moich obserwacji.

Ostatnio umarłem z wrażenia. Padłem. Pani prof. ze Szczecina (zwana kiedyś paniom inżynier) mnie dobiła swoim SMS, a raczej ajMasażem. Napisała mi, że jest w … Szczecinie … po raz … pierwszy.

Jako, że okres wielkiego postu, nastrój wielkanocny, zmartwychwstałem po 3 dniach i donoszę o tej ironii.

A dziś.

Dygresja wcześniej. Ostatnio zauważyłem, że rano dużo psów samopas biega po dzielni, po parku Stanisława Dygata. Tak mnie tknęło, że wcześniej tak nie było. Jakoś mniej ruchu obserwowałem z rana. W ubiegłym tygodniu nauczyłem się, że w Warszawie (albo w całej Polsce) zmieniło się prawo i już nie trzeba psów na smyczy wyprowadzać. To dlatego widzę beztroskie czworonogi i jeszcze bardziej beztroskich właścicieli w oddali.

No i dziś. Ironia numer 2. Biegnie taki wilczurek, taki średnio duży (bo duży to jest Reksio pani prof. ze Szczecina). Fajny taki, podpalany kolor. Zauważył mnie i pędzi z machającym ogonkiem. Ale chyba kupę innego zwierzaczka zauważył, bo nagle skręcił na coś, co wiosną jest trawnikiem i zaczął coś tam wąchać i grzebać. Po chwili idzie dama-właścicielka. W czapce na głowie, bo zimno. Na czapce napis „MEOW”.

Konkluzja – psy nie potrafią czytać.

No dobra, czwartek czas zacząć. Mrozy odejdźcież.

4 komentarze

  • re

    Twoja opowiastka przypomniała mi mój ulubiony żart rysunkowy, gdzie pies leżący na tapczanie psychoanalityka żali się:
    “I najpierw mi powiedziała – niedobry pies, oj niedobry! A potem dodała: trzeba mi było wziąć kota!”

    😉

    • mdobrogov

      A kto mi ostatnio wysyłał zdjęcie kotka czarnego ze szczecińskiego hotelu? A kto mi ostatnio nie wysyłał zdjęć moich ulubionych piesków – Reksia i Burej Suki? No kto? ?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Leave the field below empty!