usa

blin, TSA

Nie przepadałem nigdy za TSA. Kojarzył mi się ten zepsół z łomotem, hałasem. Takie szarpitruty głośne. Moja siostra cioteczna lat dużo starsza ode mnie w swoim pokoju w młodości swojej miała wyklejone ściany posterami Dżemu i TSA właśnie. Za jednymi i drugimi nie przepadam. Jak słyszę „czerwony jak cegła“, to mam odruch wymiotny. Ale zawsze są jakieś wyjątki – coś tam pojedynczego się podoba.

Taki durny dowcip mi się przypomniał.

– umówisz się ze mną?

– a jakiej muzyki słuchasz?

– Maanam, Republika, Lady Pank. Umówisz się teraz ze mną?

– nie!

– czemu?!

– bo nie ma dżemu

TSA powróciło na początku XXI wieku i nawet, nawet brzmiało. Ale fanem nie byłem, nie jestem i nie wiem czy będę.

A jak już jestem w klimatach muzycznych, to uprzejmie informuję, że mój były urlop miał dwie piosenki często grane.

Pierwszy, to taka pani Camila Caballelo (chyba) i “Havana”. A drugi, to

Powróciłem z Ameryki. Otwieram ja ci w domu walizkę, a tam kartka od TSA! Że bagaż mi niby przelecieli. Na pierwszy rzut oka widać było, że ktoś i coś tam patrzył. Ale na drugi rzut oka – wszystko było tak, jak spakowałem. Czyli, primo – mają wprawę i od razu widzą, czy coś jest czy nie po otwarciu bagażu, albo, brutto – zrobili zdjęcie walizki przed, wywalili wszystko i powkładali wg zdjęcia. W każdym bądź razie wszystko było na swoim miejscu i nic nie zginęło.

Bagaże miałem wypchane po brzegi, bo się kilka osób uśmiechnęło o przewóz dóbr. Nie powiem, kto najwięcej mi się uśmiechał, ale muszę chyba w końcu poprosić SłodkoKwaśną o jakieś zaduśuczynienie. Dajesz, dajesz, dajesz i nic w zamian! 🙂

Co do blina.

Bardzo ładny miałem wyjazd. Spokojny, bez zmuszania się do tego, czy owego. Chciałem, to robiłem, nie chciałem, to nic nie robiłem. Na pogodę trafiłem ciekawą. Od -26C w Kanadzie, do +15C w USA 12 stycznia. Śnieg tak parował, że całe miasteczko nasze było jak we mgle jakiej. Ciekawe doświadczenie. Czyli potwierdzam, że podróże kształcą.

Bardzo dużo czasu spędziłem z ludźmi z naszego Wschodu, czyli Rosjanami, Ukraińcami, Litwinami. Śmiałem się nawet, że na mym urlopie więcej po rosyjsku, niż po angielsku mówię. A rosyjski mój słaby. Na urodzinach u Kate była Marina, która pięknie mówiła po rosyjsku, klnąc jak szewczyni. Blin tu, blin tam. To taki ponoć przecinek w puszkinowskim języku, jak wyraz na „Ka“ w mickiewiczowskim.

I muszę się jeszcze podszkolić w „afigietelny“ i „achujatielny“ (охуительны). Ula musi się tu wtrącić i potwierdzić (bo nie pamiętam końcówek tych przymiotników). Oba są brzydkie i znaczą „zajebisty“. Ten drugi wyraz jest bardzo brzydki, a ten pierwszy mniej brzydki. Tolik mnie tego nauczył. Powiedziałem mu, że w końcu trafiłem na osobę, która uczy mnie właściwego rosyjskiego. Ja go też podszkoliłem, bo ponoć się polskiego uczy, bo ma tam kogoś mówiącego w naszym języku. „Ochujał“ bardzo szybko zrozumiał. W każdej osobie liczby pojedynczej i mnogiej.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.