życie

near-death experience

Tego wpisu mogło nie być! Wczoraj mogłem dokonać żywota, a w najgorszym razie oślepnąć. Słodkokwaśna w sumie mógł wczoraj bardziej umrzeć i oślepnąć, bo stał bliżej!

Ten wpis mógł nie powstać. Tak mało brakuje, tak niewiele potrzeba, żeby coś nagryzmolić na blogu mym. Jak widać mój pomysł 1 wpis=1 dzień upadł 3 stycznia. 40 wpisów na 40 lat też za dobrze sobie nie radzi. Nie chcę jakoś zaglądać do wordpressa.

Tego wpisu mogło nie być, ale muszę podzielić się czymś, co wczoraj się stało.

Fjny film wczoraj widziałem. Francuski – Zupełnie Nowy Testament. Bóg sobie mieszka w Brukseli, w bloku. Z żoną Boginią i córką. Syn o imieniu J.C. się scwanił i jakiś czas temu dał nogę z tego domu. Tata siedzi przed komputerem i kreuje rzyczywistość. Jego córka ma go za palanta i postanawia uciec z domu. Po rozmowie z bratem (nie będę zdradzał szczegółów w jaki sposób ze sobą rozmawiają), znika. Ale wcześniej wysyła do ludzi smsy z informacją ile jeszcze pożyją. Na szczęście ani ja, ani Słodkokwaśna żadnych smsów nie dostaliśmy, więc to był znak, że umarcia czas nie nadszedł. Alem mogli oślepnąć!

Słodkwaśna wczoraj postanowił zawekować pikantny sos. Do słoików raz dwa daliśmy i nadszedł proces pasteryzacji. W piekarniku.

Oglądamy sobie francuski film, dzwonek w kuchni daje znać o sobie – proces wekowania zakończony. Poszliśmy wyjąć słoiki z piekarnika.

Jakoś po wybuchu doszliśmy do wniosku, że w sumie to nie wiemy po co je wyciągaliśmy. Mogły wystygnąć w piecu. Ale jak to z nami Polakami jest – jesteśmy mądrzy po szkodzie. Tak było i tym razem.

Nauczyłem się, że do Słodkokwaśnej tylko w długim rękawie należy chodzić.

Słodkowaśna otworzył drzwiczki od piekarnika i wyciągnął pierwszy słoik. Ja stałem obok, lekko bokiem. W sumie teraz jak szok minął, to się tak zastanawiam, czemu akurat lekko bokiem? Czyżbym coś wiedział? Przeczuwał? Bóg znak mi wysłał?

Jak nie huknie, jak nie trzaśnie, jak nie pryśnie, jak nie tryśnie.

Słodkokwaśna krzyczy. Patrzę na niego – cały czerwony! Myślę sobie – ubiło go! Ale trzeźwość umysłu była cały czas ze mną. Przecie jakby go ubiło, to nie słyszałbym jego głosu i biadolenia, że sos się zmarnował. Licho złego nie bierze – kolejna lekcja z zaistniałej sytuacji.

Przybiega pani Słodkowaśnej i mówi do mnie – idź się umyj. I wtedy do mnie dotarło, że twarz mi pali. Czuję jak mi prawie skórę wyżera i oko wypada. W lusterku patrzę – pół twarzy czerwona! Panika – oślepnę. No dobra, nie pół twarzy i nie czerwona. Od razu pomyślełem, że to nie krew, tylko ten sos.

Trochę miałem tu i tam, ale to takie różowe kropelki sosu były. Trochę piekło. I tak to nic w porównaniu z pójściem za potrzebą numer jeden zaraz po krojeniu papryczek chili. Nie polecam. Bardzo nie polecam.

Oczywiście Słodkokwaśna nie byłby sobą, gdyby w sosie nie było najostrzejszych papryk świata. Nawet jak garnek zalaliśmy wodą, to opary nas dusiły. Kolejne near-death experience. Już pół godziny wcześniej mogliśmy się udusić od oparów!

Nie wiem co ze Słodkokwaśną, bo szybko myję pysia i w myślach błagam – tylko nie oślepnąć! Tylko nie oślepnąć! Piecze mocno. Na szczęście miałem długi rękaw, więc tylko w czoło i lewy polik dostałem gorącym. Poczułem też lekkie ciepło na udzie, wyżej po środku, brzuchu, lewej ręce. Ale przez ubranie nie tak już paliło. Słodkokwaśna był za to w krótkim rękawie, więc zaczął panikować, że ojej ojtam. Ale fakt, plamy na łapie miał.

Poszedłem znowu myć pysia i słyszę strzęp rozmowy Słodkowaśnej z jego panią:

... specjalnie to zrobiłem.

No ten to ma pomysł! Chciał nas pozabijać albo w najgorszym razie oślepić.

A może powiedział – przecież nie specjalnie to zrobiłem?

Brzmi sensowniej.

Na szczęście sufit i ściany pokryte są farbą zmywalną. Na nieszczęście sos szybko zasycha. We trójkę raz dwa przelecieliśmy całą kuchnie. Kafelki, gary i inne urządzenia i rzeczy (a wierzcie, dupereli w kuchni Słodkokwaśnej jest od liku) kuchenne wyczyściliśmy później.

Także wyjście udane – fajny film obejrzeliśmy, ugotowaliśmy pyszną zupę ze ślimaków, wyczyściliśmy kuchnię na glanc (zapraszam teraz do mnie na rewizytę i resprzątanie).

A to, że o mało nie zginęliśmy i w najgorszym wypadku nie oślepliśmy, to nic takiego. Już kiedyś ze Słodkokwaśną o mało jego starego mieszkania nie spaliliśmy. Także mamy wprawę w sytuacjach Doświadczenia Śmierci/Near-death Experience.

Niestety widmo zrobienia 40-tych urodzin nadal nade mną wisi. A prawie mogłem mieć ten problem z głowy.

To pisałem ja – mdobrogov, 40 lat bez 22 dni.

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Leave the field below empty!