usa

sroda 25 listopada 2015 r

Tyle się nazbierało, że nie wiem jaki dać tytuł wpisu. Przede wszystkim, z okazji 25 listopada życzę Katarzynom wszystkiego najlepszego, a siostrze przy okazji wszystkiego najlepszego po raz drugi z okazji urodzin. Tak ja rodzice załatwili. Kiedyś to był dramat – prezenty raz w roku, nie tak jak młodszy brat – dwa. Ale teraz widzę, że to duże ułatwienie – raz, szast prast i po balu.

Wczoraj kolejna rocznica śmierdzi Frediego Merkurego. Oczywiście niezawodne radio 3 dziś uracza mnie Queen’em, a jak wiemy Queen u mnie nie grał, nie gra i grać nie będzie. Ciekawe co wczoraj się musiało dziać na antenie. W amerykańskim radio sieczka – w koło te same piosenki. Dodatkowo Adele rządzi, bo co chwilę ktoś ją zagra. Strasznie się nakręcają na nią, bo płytę wydała w ubiegły czwartek i teraz są spekulacje, czy będzie miała największą sprzedaż płyt w pierwszym tygodniu. Rekord należy do N’Sync od 15 lat – 2,4 mln egzemplarzy. W pierwszym dniu Adele kupiło 900 tys osób na iTunes. Oczekiwanie trwa. Projektowali nawet, że 3,6 mln będzie. Po trzech dniach sprzedało się 2,3 mln. Ale od kilku dni stanęło na 2,9 mln. Nie wiem. Zobaczymy.  Mnie się nie podobają jej inne nowe piosenki. Strasznie s-pop-owiale. Hello za to ma moc.

Pytają mnie niektórzy jak akcja w Sparcie. OK – odpowiem krótko. Wg. nawigacji miałem jechać koło godziny. Dotarłem po 90 minutach. Dwa razy zjechałem z autostrady nie tam. Raz się nawet nie zorientowałem, bo nawigacja szybko przekalkulowała i podała nową trasę. A za drugim razem ręka mi się omskła po kierownicy i zjechałem do jakiejś dziury przed Parsippany (Ula mieszkała tam kiedyś i dzięki Bogu, że już nie mieszka, bo to dużo dalej do Miasta). Także dojechałem, odebrałem, pogadałem i wyjechałem. Wracałem już bez przygód – godzina plus kawa i papieros. Jeden zjazd na 287, drugi zjazd na 208 i dom. Prosta trasa. Sparta położona nad jeziorem, bardzo urokliwa i ładna. Podobało mi się.

Jeśli chodzi o jazdę autem po Stanach, to nie ma sprawy. Lubię, jeżdzę. Automat jest prosty. Mam tylko jedno życzenie – nie wjechać do Nowego Jorku 🙂 Przy tak bliskim położeniu Fair Lawn trzeba bardzo uważać. Także jeżdzę sobie i patrzę na znaki. Jak nie wiem gdzie jechać, to zawsze w druga stronę niż na Nowy Jork 🙂

Miasto strasznie rozkopane. Dużo inwestycji. Zabiera to urok, mam wrażenie. Ale pewnie po zakończeniu prac będzie dechzapierajace. Także pochodziłem po Mieście w poniedziałek. Miałem podskoczyć do parku na Brooklynie ale bardzo zmarzłem w autobusie (klima działa cały rok mam wrażenie) i postanowiłem kupić szybko ciepłe buty. Moje pantofelki wyglądają mizernie i nie dają rady. Pochodziłem więc po kilku sklepach ale nic nie znalazłem, a nogi się jakoś ogrzały. Wróciłem na górę przez HighLine i poszedłem na lunch z Ulą. I już. ponad 20 000 kroków zrobione. Ha, czytałem artykuł, że chodzenie jest najlepsze. Nie żadne tam bieganie. Tak mi niech mówią. Nie biegam, bom leniwy.

Wczoraj była akcja spotkania się z kolegą. Nałożyłem dwie pary skarpet oraz buty do … biegania. W stopy było OK, tylko w podbicie już nie. Buty do biegania oprócz tego że są wygodne do chodzenia, to mają jeszcze siateczkę od góry, więc ciepła nie dają. Ale dosyć z marudzeniem. Wymarzłem czekając na Oliego na rogu 55 ulicy i 7 alei. Pojechaliśmy na Brooklyn. Williamsburg bardzo ładny – odnowiony, zadbany. Nie spotkałem dwóch spłukanych dziewczyn. Za to dużo hipsterów widziałem (ponoć ich nowa miejscówka). W parku Jerzego Popiełuszki czuć było, że ktoś słucha płyt winylowych, więc było swojsko. Popiliśmy sobie piwa w jakiejś BierHali. Fajne miesce. Duży wybór. Później poszliśmy zjeść sushi. Wybrałem wołowinę – mniam i mlask. Kolejny bar na Greenpoincie okazał się ciekawy, poznawczy. Chyba nigdy więcej. Smutni są Polacy i jacyś negatywni. Zapuściliśmy sobie z Olim 3 piosenki w szafie grającej. Pani Krysia podała nam dwa szoty Dżeka Danielsa – najlepszej francuskiej whiskey. Zagrało nam – Lombard, Perfec i Krzysio Krawczyk w impresonalizacji Elvisa. Krzyś słaby. Także szybkie dwa szoty i trzy numerki i poszliśmy do innego miejsca. Zawsze chciałem spróbować Southern Comfort. Kid Rock śpiewał o tym w swojej piosence dawno, dawno temu. Teraz postanowiłem sprawdzić co to. Hm, powiem tak, niektóre marzenia powinny zostać marzeniami do końca dni naszych. NIE PRÓBUJCIE TEGO ŚWIŃSTWA. Jakiś zniesmaczony pożegnałem się z kolegą i wróciłem do domu. Oczywiście na dworzec wpadłem o 21.52, a autobus miałem dwie minuty wcześniej. Poszedłem na TimeSq popatrzeć na światełka i później na slajsa pizzy peperoni.

W domu Pan przywitał mnie z drinkiem, co jest dziwne, bo Pan pije tylko w weekendy i piątki. Ale dzięki Panu mogłem przepłukać gardło po tej pysznej Południowej Wygódce.

Bardzo miły dzień, bardzo fajne spotkanie z dawnoniewidzianym kolegą.

Dobra, zbieram się na Miasto. Dziś Ula może skończy o 14.00, więc się zabiorę z nią. Jutro jest Thanksgiving.

0 Komentarzy

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.