Uncategorized

Wielkie zRzymanie

Wszyscy się na ten Rzym zapatrzyli. Słodkokwaśna niedawno był. Pani inżynier ze Szczecina nie dalej, jak wczoraj wróciła, cała prawie zżymana na tę Romę. Jednym się podobało, innym …hm…szału nie było.

A ja pamiętam mój pierwszy, i jak na razie, ostatni raz, w Rzymie. Za siedmioma lasami, za siedmioma górami był sobie marzec 2006 roku. Pojechaliśmy w siedem osób – 5 dużych i 2 małych, około jednoroczków. Wózek przed siebie, dzieciaki w wózek, klamoty na wózek i na ramię i po mieście się woziliśmy.

Znajomi pojechali pierwsi, bo z Germanii nadlatywali. My z Varsovie mieliśmy lot. Na sam przód naszej wycieczki kolega zadzwonił i powiedział, że dolecieli, że są. Brakuje „ale”, prawda? Bo zawsze jest jakieś “ale”. Tym “ale” był mały szczegół. Brak zarezerwowanego mieszkania. Prąd ucięli i nie było w związku z tym ciepłej wody (bo brak prądu rozumie się sam przez się).  Włos nam się w Polsce zjeżył. Zżymaliśmy się lekko. Ale! Bo zawsze jest … We Włoszech wszyscy żyją radośnie, bezproblemowo, uśmiechnięcie. Mieszkanie nam dano zastępcze. Było fajne. Z balkonu widać było dachy Watykanu oraz Cotton Club ze sChwastyką na murku. Pani nam przychodziła robić rano śniadania, więc wyjazd był naprawdę pyszny.

Czy dużo zwiedziliśmy? Nie wiem. Wydaje mi się, że sporo oblecieliśmy.

Panorama miasta z dachów Bazyliki św. Piotra robiła wrażenie. Szkoda tylko, że trzeba tam było o 7 rano się zrywać, żeby wejść. Ale w sumie wakacje były, więc nie ma co leniuchować w łóżku.

Fontanna diTrevi też jakoś znienacka nasz naszła. Albo my na nią.

Przy hiszpańskich schodach należałoby dłużej się przytrzymać. Małe, ale w jakiej okolicy. Ciasne uliczki i bach! Schody! Ludzi oczywiście tłum. Spanish Steps of Rome!

Miejsce, gdzie się wkłada rękę i się życzy sobie albo znaczy, że się do Rzymu wróci, znaleźliśmy po długim szukaniu, udając się w końcu za japońskimi turystami. Ja ręki nie wkładałem, więc do Rzymu nie wróciłem.

Widziałem też miejsce, gdzie wilczyca karmi Romulusa i Remusa. Byłem na Campo di Fiori. Widziałem gruzy i ruiny przy Coloseum.

Niezliczonych kamieniczek nie sposób było zliczyć. Pod wrażeniem miasta byłem.

Jedzenie mi nie smakowało, choć ostatnio Pan K. uświadamiał mnie, że w sumie tylko raz na niewypał trafiliśmy. No ja jakoś tego nie pamiętam. Kojarzę tylko, ze raz trafiliśmy na rzymską ucztę. Okazało się, że pod naszym mieszkaniem była rodzinna restauracja.

Do Rzymu chyba wrócę. Ale! Bo zawsze jest … jakoś nie spiesznie. Może jak mi się znudzą zaoceaniczne wojaże albo Madryt I Barcelona nadal będą jakieś cenowo-nie-friendly, to polecę znowu. Może. Chyba. Albo. No czas pokaże.

Do pracy dziś musiałem zabrać aparat. Kolejna rocznica wybuchu gazu w Rotundzie. Koleżanka zażyczyła sobie moich kilka zdjęć, bo jak pochwaliła „mam ciekawe ujęcia”. No dobra niech ma. Popstrykałem państwa z wiankami. Przy okazji pobawiłem się w biurze aparatem. Kilka fotek z długim czasem naświetlania.

Przed pracą, na próbe, czy aparat w formie zrobiłem zdjęcie memu roweru.

Na koniec dodam i wspomnę o najnowszym moim serialowym odkryciu – House of Cards. Piszą o tym wszędzie, że niesamowity itd. Oczywiście w Polsce serwis Netflix niedostępny. Ale od czego się ma serwis torrentowy. Szkoda tylko, że napisy polskie tylko do dwóch pierwszych odcinków powstały dopiero. Ale! Bo zawsze jest … są zawsze napisy oryginalne dostępne. Kevin Spacey re-we-la-cyj-ny. No i cieszę się, że moja zapomniana ulubienica Robin Wright się w końcu na ekranie pojawiła. W sumie to kojarzę ją tylko z dwóch faktów – serialu Santa Barbara i żonowania Sean’owi Penn’owi. Ona była chyba jego drugą żoną, zaraz po Louise Veronice Ciccone. Heh, znowu Włoski akcent. Nie wiem, czemu Santa Barbara oglądałem? Może dlatego, że nie było wtedy nic innego w TV i nie było wtedy innych TV. Santa Barbara – miasto odwiedzone przez nas wczesnym dwa tysiące dziesiątym nie zrobiło na nas wrażenia. W każdym bądź razie lubię Robin Wright, powiedzmy, że za styl i urodę. Ma coś w sobie. Pani inż. ze Szczecina doczeka się serialu drogą pocztową albo przy okazji odbierania garów ode mnie zakupionych dla niej w IKEA. Jakby w Szczecinie nie było IKEA.

Muzycznie chodzi za mną Andy Burrows i Nick Cave. Płytę pana pierwszego kupiłem już, a drugi się wydaje jakoś na dniach. Czekam na halo z empik.com, żeby odebrać przesyłkę. Oczywiście płytę Ka-Vaya już mam kupioną na torrentach ale chcę mieć jeszcze jedna kupioną za prawdziwe pieniądze. Napisałem Ka-Vay, bo Nick Cave chce chyba wrócić do tej pierwotnej wymowy.

In a 2008 interview with Beat Magazine, Cave expressed a desire to return to the original pronunciation of his name – Ka-VAY [Collingwood, Michael. ‘What’s In A Name? Nick Cave on Religion, Self & His Muse’, Beat Magazine, 21 February 2008]

Cave jakby niechcący i bez pomysłu wszedł do studia i ta-da! Wyszła mu płyta. Piosenka „We no who U R” bardzo oszczędna mu w słowach wyszła. Raptem kilka zdań powtarzanych. Coś ogólnie o drzewach pan śpiewa. O tym, że drzew nie wzrusza szum wiatru, wznoszą się jak błagalny gest, że spłoną poczerniałe ich ręce. No jakiś botaniczny albo co najwyżej jakiś florystyczny ten Cave się zrobił. Może powiedzieć lepiej, że dendrologiczny? Ale piosenka za mną chodzi. Jakiś anapologetyczny jestem.

Nie będę, śladem Marka N. przedstawiał mojej listy przebojów, bo nie mam takiej. Skompilowałem sobie kolejną płytę, która leci tak:

Lifehouse – Hanning by the moment

Piosenka roku bodajże 2000 w USA. Strasznie mnie się podobała wtedy. Pamiętam, że pracując w Auchan jako menedżer działu kultura wcisnąłem płytę Lifehouse jakiejś parze. Mówiłem, że prawie jak Pearl Jam „Ten” to dzielo jest. Teraz po latach 13 mogę powiedzieć skruszony – Przepraszam.

Alanis Morissette – You owe me nothing In return

Podobają mi się jej teksty. Prawie wszystkich nie rozumiem.

Michelle N’dege’ocelo – who is he and what is he to you

Mam jej płytę tylko i wyłącznie za ten numer.

Coconut records – bored to death

To był na prawdę fajny serial!

Blackfield – blackfield

Jedno z lepszych wcieleń Stevena Wilsona. Kiedyś piosenka była moim dzwonkiem w telefonie. Nie tak dawno z resztą.

Madonna – swim

No i cóż, że z Wloch. Prawie.

Beirut – Postcards from Italy

Mam wszystkie ich płyty, … oprócz ostatniej

Nosowska – keskese

Kasia, po prostu Kasia. Dawno nie słyszałem tego.

Adele – rolling in the deep

Moglibyliśmy mieć wszystko – uważam po latach, że to jednak najlepsza piosenka na płycie. Od lat budzi mnie o 6:15 i nie zbrzydła mi jeszcze

Florence + Maszyna – lover to lover

Dziwna jest to muzyka, dziwna to artystka. Nie mogę ścierpieć jej całej płyty ale pojedyncze utwory mi się nawet podobają. Taka nasza brytyjska Kayah.

L’Stadt – Ciggies

Za to „la lalala la” i melodię

Bic Runga – Say after me

Kiedyś, po powrocie ze swojego niejednego pobytu w Nowej Zelandii, pan Marek N. zaprezentował tom paniom. Kupiłem sobie po latach całą płytę.

A3 – woke up this Morcing

Bardzo fajna muzyka, do jeszcze lepszego serialu – Rodzina Soprano

Rihanna – drunk on love

Moja ryj janka

Rachel Yamagata – Worn me down

Też kiedyś w radio usłyszałem tom paniom i kupiłem sobie płytę. Dawno nie słyszałem jej.

Andy Burrows – Company

Nick Cave – we no who u r

Cóż mogę powiedzieć o obu pieśniach – ciarki, ciarki, ciarki.

Mela Koteluk – działać bez działania

Kupiłem za darmo jej płytę i tak sobie słuchałem. Nie porywała mnie ale postanowiłem zostawić ją na zaś. I tak singiel za singlem i jest fajnie i dobrze. To pani zostaje w moim folderze „mjuza”

Alice In Chains – Wake up

Ciemność widzę! No mroczna piosenka bardzo i to demoniczne wręcz „obudź się młody człowieku, czas się obudzić”. Szkoda pana wokalisty. Niecałe 35 lat miał, jak …

Staley weighed just 86 pounds when his body was discovered, mostly due to decomposition as his body was discovered two weeks after his death. The autopsy report later concluded that Staley had died after injecting a mixture of heroin and cocaine known as a „speedball” [Charles Cross (June 6, 2002). “The Last Days of Layne Staley”]

5 kwietnia 2002 odszedł. Zaraz? Czy to nie dzień, kiedy 8 lat wcześniej coś strzeliło do głowy Kurta Cobaina?! Eh, ten grunge!

 

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.