Uncategorized

twilight as played by the twilight singers

Rock steady, baby, your man is dead
Be careful, sugar, of who you call a friend
Cuz they’ll get you in the end

Znowu będzie o muzyce, znowu będzie o Trójce, znowu trochę o zamierzchłych czasach.
Końcówka sławnego roku Y2K, w Trójce PawełKo puszcza na przemian dwie piosenki mało mi znanej kapeli The Twilight Singers. Ponoć były wokalista The Afghan Whigs. O The Afghan Whigs słyszałem tylko tyle, że słyszałem, że jest taki zespół. Kojarzył mi się on raczej z jakimś niemiłym łomotem.
I z tym The Twilight Singers tak się stało, że jak nienormalny czekałem audycji Trójkowy Ekspress, żeby się przekonać czy i tym razem zagrają.
W marcu 2001 roku kolega-przedstawiciel handlowy zabrał mnie na doroczny zlot bardzo dużego koncernu muzycznego. Pojechaliśmy we trójkę. On, ja – manager z Acuhan i ona – pani kierownik Empik Białystok. No taka tradycja, że na takie konwencje zapraszało się klientów, a i Empik, i Auchan dużymi i ważnymi klientami byli. Impreza jak impreza. Najpierw część oficjalna z prezentowaniem nowości i kierunków rozwoju koncernu. Gwiazdą przedpołudniową była, wyglądająca na cygańskie dziecko, Natalia K., córka znanej Anny J. (tyle amfy w całym mieście, amfa w coli, amfa w cieście – taka parodia wielkiego szlagieru). Wieczorna część spotkania, bardziej nieoficjalna. Porozmawiałem sobie z przedstawicielką koncernu, która zajmowała się rockiem zagranicznym, o niemożności dostania w Polsce mało znanej i świetnie zapowiadającej się kapeli z UK zwanej Muse. Jakimś cudem wpadł mi w ręce ich rewelacyjny singiel „Sunburn”. Gwiazdą wieczorną zlotu było czerwonowłose dziwadło, znane jako Michał W., który dwa miesiące później rozsławił się latając w teledysku i po scenach polskich z pochodnią. Polski Marylin Manson, Gabriel Fleszar i wokalistka Roxette – tak mówiono żartobliwie o tym trio.
Jakoś niefortunnie usiadłem przy wielkim stole z kupcem z Auchan, dyrektorem koncernu oraz carzycą-wampirzycą polskiego show-bizu – panią o inicjałach KaKa. Zapytałem się jej złośliwie, czy Hey wyda jeszcze płytę, bo straszna cisza z obozu zespołu. Pani odpowiedziała z przekąsem, że nie sądzi. Na szczęście kilka miesięcy później, już pod flagą Warner Polska nowy Hey się objawił. Pani carzyca-wampirzyca znana była z tego, że czego się by nie dotknęła zamieniała w złoto (ale chyba tylko dla siebie, bo kapele jakoś nie wzbogacały się drastycznie. Tak mówiono o tej pani).
No i impreza potoczyła się miło. Na drugi dzień lekko zmęczeni wracaliśmy na wschód. Zatrzymaliśmy się w sklepie soon-to-be nie dla idiotów. W tamtych czasach, to było coś. Sieć była znana z przystępnych cen i dużego wyboru. Niestety w Białymstoku nie było tego jeszcze. Dlatego korzystając z okazji zajechaliśmy na mały rekonesans. No i znalazłem na półce “twilight as played by the twilight singers”. Zgłupiałem, bom się kompletnie nie spodziewał. No i to była pierwsza płyta, którą kupiłem w ciemno, znając tylko dwa utwory. No i to jest pierwsza płyta, którą słucham od 10 lat z wielką radością i nieznudzeniem. W samochodzie kolega łaskawie zezwolił zaprezentować nam nowe wcielenie Grega Dulliego. Wszyscy byliśmy lekko zmęczeni dniem wcześniejszym, więc było nam obojętne co będzie grało. Kolega co prawda fan mocnego brzmienia, spodziewał się chyba czegoś innego. Czarna okładka była w jego guście ale zawartość już niekoniecznie. I tak odsłuchałem tę płytę (tę używamy z biernikiem, tą z narzędnikiem. Boszee, co to biernik? Kogo?co? to interesuje) w całości po raz pierwszy. Niesamowite wrażenie. Lekkie zmęczenie, fajne dźwięki, nieinwazyjna muzyka – wszystko to sprawiało, że dźwięk dochodził do mnie jak zza światów. I może dlatego uwielbiam ten album do tej pory?
W listopadzie 2006 roku otrzymałem wiadomość od kolegi freaka muzycznego, że Greg Dulli będzie w Wawie wraz z Markiem Laneganem promował się jako The Twilight Singers, jako The Gutter Twins ;-), jako solo, jako cokolwiek Greg Dulli by nie robił muzycznie. No i oczywiście za późno już było dostać się do Proximy na 6 grudnia. Ale się też tak złożyło, że pewna mi bliska Ania miała znajomości tu i tam i się wpisaliśmy na listę gości. Koncert był rewelacyjny. Największe wrażenie oczywiście zrobił na mnie cover „black is the color of my true love’s hair”.
Ponad 4 lata minęły i znowu ten sam muzyczny freak pisze do mnie, że koncert, że nie wypada nie być, że już kupuje nam bilety. No dobra – dwa razy mi nie trzeba powtarzać. Ale przez te 4 lata jakoś szału na punkcie projektów Grega Dulliego nie było. Przybyło mi trochę płyt z jego udziałem, odkryłem w końcu The Afghan Whigs i tyle. Bez szaleństwa i obłędu jakiegoś.
No i się wybijam wczoraj z domu po 19, żeby przed 20 być już pod Stodołą. I się tak zastanawiam, kiedy byłem tu ostatnio? 18 października 2008 r. koncert człowieka ryby-Fisha? A może Editors? Ale kiedy ci ostatni tu byli? Z Editorsami mam historyjkę taką, że wśród nas był kolega, któremu się dziecko niedługo przed koncertem urodziło. Także wielce się ucieszył, że z domu się może wyrwać i łyknąć trochę kultury. I kolega ze szczęścia, czy też ze zmęczenia padł nam przed koncertem. Zasnął nam przy stole 😉 od tej pory parę lat minęło i dowiedziałem się wczoraj, że już 3 dzieci ma kolega wspomniany. A koncert Editorsów rewelacyjny. Chłopaki od początku do końca pełni animuszu i energii. Wokalista latał po scenie jak obłąkany. Już ja bardziej tym koncertem zmęczonym był niż w ciągłym ruchu wokalista.
A nie Marillion był ostatnią kapela widzianą w Stodole? Wtedy co tak gorąco było, że koszule można było wykręcić?
No nic, ważne, że dziś 10 kwietnia roku znanego i obecnego jestem tu. Znajomi nadjechali z biletem i weszliśmy. Oczywiście jarać można w tym fatalnym ogródku, co tylko ciepłą porą jest przytulny, więc szybkie dwa piwa, kilka papierosów i już biegniemy do hali głównej.
Elvis żyje. Greg Dulli wygląda trochę jak roztyty Król 😉 ale głos ma niesamowity. Może śpiewać o dupie maryni, muzyka może sobie być rzępolona, nie szkodzi. Głos i charyzma wszystko wynagradza. I fajnie, że jak grają skrzypce, to to słychać, że jak wokalista śpiewa 2 metry obok, za, przed mikrofonem, to również daje to świetny efekt.
I jak fan z tłumu poprosił o piosenkę, to piosenkarz zareagował od razu – a teraz specjalnie dla tego kolesia z czarnego miejsca w tłumie, którego stąd nie widać – i zaśpiewał. Taki koncert życzeń. A po można znowu powiedzieć, że teraz wracamy do zaplanowanego rozkładu jazdy. Niektóre gwiazdy faktycznie są albo głuche na wołanie tłumu albo strzelają focha albo mówią wprost, konsternując fanów, że nie zaśpiewa.
„you wanna go for a riiiiiiiiiiiiiiiide?”
Nie jestem za pan brat ze wszystkimi piosenkami, nie mam jeszcze ich ostatniej płyty, więc nie śpiewałem tyle ile bym chciał. Ale Teenage Wristband, Annie Mae zrobiło wrażenie. A na koniec cover Everlasting Love i ich The Twilight Kid, od którego wszystko się zaczęło i dziś zakończyło. Co za klamra?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.