usa

4 września 2009

Trzy bobry.

Taaaak mnie sie nie chce nigdzie iść. Dopiero com wstał. Kawa, laps i TV. 9:30 niewaszego czasu. Ooo, u was juz prawie weekend! A u mnie od półtora tygodnia wakacje. Jeszcze dwa tygodnie i 1 dzień. Jak ten czas leci.

No dobra żartuję, trzeba wziąć dupsko w troki. Tylko kompletnie nie wiem co dziś. Może Central Park? Może Brooklyn? Może któraś Aleja? A może muzeum? A może zygzak day? Czyli jedna ulica w bok, jedna aleja w dół. Jakieś sugestie? To idę się zbierać.

To się zdecydowałem już. Coney Island (baby). Brooklyn, a w szczególności Coney Island, Brighton Beach (zwany Little Russia by the Sea), Prospect Park. Film “Blue in the Face”, książka “Szaleństwa Brooklynu”. Idę poogladać.

23:08 mojego czasu. Wy już głęboko śpicie. Nadal męczy się z Kieferem 6-0 3-6 4-3. Kiefer serwuje.

Państwo się pakuje na wyjazd. Zostawiają mnie na 2 dni. Cool.

Ok, co słonko widziało dziś. Zaczynamy.

To wymyśliłem dziś Brooklyn. W autobusie nie pisałem, bo trzęsie. W PABT (dworzec autobusowy) doładowałem metro card za 20 baksów (2,3$ gratis za operację). Razem mam na karcie już 25$, czyli 12,5 ride’ów. Nabyłem też bilety (10 discount ride) za 34$ na NJtransit, czyli na taki PKS na trasie Fair Lawn – Miasto. Wbiłem się do “E” metra. Końcowa stacja WTC (World Toilet Center). Jeszcze jeden “look” na Century 21 Departament Store. I nie wiem po co. Fajne sztruksy Tommy’ego Hilfigera i FCUK (French Connection UK, zwane tu po prostu French Connection) za 36 i 42 dolary odpowiednio. Latam po sklepie szukając “fitting room”. Poddaję się. Pytam się pani. Pani informuje, że nie mają. Pasuje – git, nie pasuje – oddajesz. Pasuję (czyli rezygnuję). Nie będę znowu zachodzić do jaskini wydatków i stać w przekolejkach.

Sprawdziłem mapę metra, oczywiście jarając szluga. Kazik to kiedyś nieźle zaśpiewał. “Wszyscy jarają szlugi, to jest temat długi”. Wszyscy jarają w Mieście.

Linie N, F, Q, D mi pasują na Brooklyn. Niestety trochę trzeba się w górę przejść. Do 14th ulicy. Dalekowato. Jestem nisko, poza numerami ulic. Chyba, że na Canal Street na „N” linię pójdę. Na 14th ulicy są 3 linie, więc większy wybór i mniejsze ryzyko długiego czekania na pociąg. Mijam Brooklyn Bridge (wzniesiony w 1875 roku o ile pamięć nie myli) i myślę sobie, że może by strzelić mostek i na Brooklynie coś będzie bliżej i wygodniej. Wchodzę do City Hall Park. Damn! Połowa ławek jest w malowaniu. Miejsca wolne tylko na słonecznej stronie. O ironio! Siadam, piszę, pocę się. Sprawdzam mapę metra znowu. Ok, Brooklyn Bridge to nienajlepsze rozwiązanie. Na szczęście Canal Street znajduje się tuż za parkiem. Idę.

Dotarłem. Oczywiście Canal Street nie był tak blisko. Musicie wiedzieć, że olałem mapę miasta i posługuję się tylko mapą metra, a ta ma trochę przeskalowane Miasto. Wszystko wydaje się bliżej ni jest w rzeczywistości. Ale sobie radzę z mapą metra. Nie potrzebuję mapy Miasta. Może poproszę o jedną po powrocie z Californii. Muszę obskoczyć wszystkie dzielnice Manhattanu.
Aaaa, Łysy sorki. Wszedłem do sklepu CK i dupereli nowojorskich. Były t’shirty metrowe. Nie wiem czy był “R” t’shirt „From B-lyn to Queens”, bo cena mnie odrzuciła. 19,99$!!! Wybacz!
Róg Canal St i B-way, gdzie miało być moje metro, to przecie China Town! Dotarło to do mnie, jak dotarłem tam.

Wsiadłem w „Q” linię. Do Coney Island (baby) leci przez Prospect Park i Brighton Beach. To trochę odwrotnie niż chciałem. Może daruję Małą Rosję nad Morzem (tak określa się Brighton Beach. Byłem tam już 2 lata temu) i przespaceruję się Coney avenue do Coney Island. Park ładny. Trochę ciemno i jakoś mało życia, niemrawo. Mam nadzieję, że mi Nikona nie skroją. Parę Żydow, trochę cyklistów, joggersow. Reszta melanżuje się na ławkach. Tu grill czarni bracia robią. Ogólnie rodzinnie. Ale mam wrażenie, że park nie wykorzystany do końca. Na prawdę fajny ale jakiś pusty. Zero życia. Nie to co Pola Mokotwskie.

Zmierzam do rogu 16th ulicy i Prospect Park West, do sklepu znanego z filmu znanego w kręgu moim. Spadłem z parku i szedłem wzdłuż Prospect Park Southwest. Trochę ciemno i dużo bloków. Chyba slums. Ale z kroku na krok rozjaśniało się. Trafiłem w końcu na 16th ulicę. Dobrze, że zrobiłem zdjęcie mapy parku i okolic, bo nawet i tam bym nie dotarł. Coś mi mówiło, że jestem blisko. Niestety zdjęcie sie skończyło i pomysł na dalsze “iście” też. Dobra, jakaś biała lala z chłopcem się na ławce ściska. Podejdę. Tak, koleś jest z tej okolicy. Zapytałem o mój róg i kolo mówi, że jednak niedawno się wprowadził i nie wie. Co za gapa! Podziękowałem i poszedłem 16th ulicą. No muszę dojść do tego skrzyżowania. Bardzo ładna okolica. Fajne domki, zielono, czysto. chyba nawet ładniej niż na Greenwich Village. Siedzę przy lodziarni na rogu, którego szukałem. Kończę pisać by postrzelać foty. O ironio, tuż obok jest stacja metra. Linie F i G. To po cholerę lazłem przez ten slums na Brooklynie? No tak, podróże kształcą.

Sklepu nie widzę. Może zamknęli. Parę lat minęło od filmu.

———-
ok, fajka i kolejny drink. nadal sobie radzi 2-1 w setach.
———–

No to Coney Island, baby. Jak byłem tu pierwszym razem (2007 marzec), to było pusto, szaro, nijako, bez życia. Wiadomo, nie sezon. Teraz lato w pełni. Na dzień dobry, po wyjściu z metra – lunapark. głośny, ale jakiś pustawy. Syf rzekłbym jednak. Jeden diabelski młyn, mini rollercoaster i jakieś  karuzele ze zwierzątkami. Dla dzieci. Wchodzę na bulwar/promenadę. Ludzi trochę jest. Plaża też średnio na jeża zapełniona. Jak na wielkość miejsca, to jest pusto. Ale dziś długi weekend się zaczyna, więc może powyjeżdżali. W poniedziałek jest Labor Day, czyli ichnie Święto Pracy. Na szczęście nie trzeba się przez tłum przeciskać. Parę osób widzę, że się pluska w oceanie. Przejdę się po molo, cyknę fotę, może dwie i spadam na Manhattan. Już w sumie 16:35. Prawie 10 000 kroków. Mało.
Ulubione zajęcie ludzi na molo, przepraszam tu się to nazywa “pier”, to łowienie ryb. Nawet panie. Czarne, białe, muzułmanki łowią. Do koloru, do wyboru.

W 4 secie 3-3. Mam nadzieję, że Nadal nadal pozostanie w grze.

Zrzucam foty. Dziś mało, bo nie było co. Manhattan, to jednak Manhattan.

Nadal wygrał, a parę godzin wcześniej ścięła mi Ula “hery”. Byliśmy na zakupach, co bym nie umarł z głodu przez 2 dni. Trochę klasycznego, amerykańskiego żarcia. Ale tylko trochę. Państwo ma niszczarkę do warzyw i soków i sobie piję. Mój wynalazek to marchew, jabłko, imbir, seler. Burak trochę stęchlizną zaciąga.

0 Komentarzy

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.